- Bibula – pismo niezalezne - https://www.bibula.com -

Polska tonie w morzu urzędników. Co z tym zrobić?

Urzędników w aparacie administracji było ponad 400 tysięcy, obecnie jest blisko 550 tysięcy, a już niedługo może być ich milion! Pomimo wielkich deklaracji, jeszcze z 2007 roku, rządowi Donalda Tuska całkowicie nie udało się przeprowadzić żadnej reformy związanej z gigantycznym przyrostem urzędniczego zatrudnienia. Zaczynając drugą kadencję, już nie mówił o odchudzeniu, a hasło „tanie państwo” zniknęło bezpowrotnie. Dziś szczytem ambicji rządu na drugą kadencję jest powrót do stanu z 2007 roku, czyli sprzed rządów PO-PSL.

Armia wyborców

30 września zeszłego roku w administracji państwowej wraz z obowiązkowymi ubezpieczeniami społecznymi (ZUS, KRUS, NFZ) pracowało 538 tysięcy urzędników ze średnią pensją 4283 zł (średnia pensja w całej gospodarce wyniosła 3493 zł). Gdy PO obejmowała władzę, zatrudnienie w administracji wynosiło ok. 440 tysięcy urzędników z pensją 3288 zł. W ciągu jednej kadencji zatrudnienie wzrosło więc o ok. 100 tysięcy osób (wzrost o 23%), a średnie urzędnicze wynagrodzenie – o tysiąc złotych (wzrost o 30%). I to w latach podobno kryzysowych, gdy przyzwolenie społeczne na oszczędności na tej grupie zawodowej zdecydowanie było najwyższe. Ale te dodatkowe 100 tysięcy zatrudnionych to potężna armia wyborców. A pozostali też z pewnością doceniają podwyżkę w ciągu zaledwie jednej kadencji o tysiąc złotych i średnią pensję znacznie przekraczającą rynkową. Nie można również zapomnieć o licznych przywilejach, z których najważniejsze to: trzynaste pensje, miła atmosfera w pracy (żaden zatrudniony w sektorze prywatnym nie może sobie pozwolić na jawne ignorowanie odwiedzających go klientów z zewnątrz), poczucie realnej władzy i na koniec – niestety smutne, ale prawdziwe – przestrzeganie kodeksu pracy. Nie ma co udawać, że przedsiębiorcy prywatni przestrzegają całego kodeksu pracy i wszystkich przepisów BHP. Nie robią tego nie tylko ze względu na oszczędności, ale również dlatego, że tego nie da się przestrzegać. Normy ustalane w przepisach BHP są często wyśrubowane, właśnie pod państwo (między innymi szczegółowe rozporządzenia, na czym można siedzieć, ile metrów kwadratowych przynależy pracownikowi biurowemu itp. – wystarczy pójść do pierwszej lepszej korporacji z dużym biurem typu open space, by zobaczyć, że nijak przepisy mają się do rzeczywistości).

40-godzinny tydzień pracy to wymysł chyba również pod pracowników administracji publicznej, bo trudno znaleźć pracownika u pracodawcy prywatnego, który by nie doświadczył „darmowych” nadgodzin. Także praca na państwowym jest dziś czymś szczególnie pożądanym przez młodych absolwentów. Nie dlatego, że jest ciekawsza, ale dlatego że jest łatwiejsza, spokojniejsza i przede wszystkim (po pewnym czasie) lepiej płatna od tego, co może zaoferować sektor prywatny. Pracownicy zatrudnieni w administracji państwowej nie podlegają żadnej weryfikacji rynkowej. Oni podlegają weryfikacji przez swoich przełożonych, którzy wszak nie z własnej kieszeni ich wynagradzają. A przecież większość z nas chce być lubiana, więc tacy urzędnicy sami swoim podwładnym chętnie podnoszą wynagrodzenia na tyle, na ile tylko mogą. A że dotychczas rządząca partia chętnie finansuje te zachcianki urzędnicze, toteż i pensje rosną. A gdy forsy w budżecie brakuje, to zawsze znajdą się instytucje finansowe gotowe pożyczyć trochę środków na te urzędnicze uposażenia. A jeżeli i tego będzie mało, to zawsze można podnieść VAT o jeden punkt procentowy.

Gdyby liczyć, ile nas kosztują urzędnicze pensje, to przyjmując średnią za pierwsze trzy kwartały i mnożąc ją przez liczbę urzędników, otrzymujemy ok. 2,3 miliarda złotych miesięcznie. Ale przecież pensja brutto to nie jedyne koszty, jakie ponosi podatnik, bo jeszcze są koszty po stronie pracodawcy. Od pensji 4283 zł to dodatkowe 790 złotych, zatem łączny koszt wynosi 2,7 miliarda zł miesięcznie, czyli 32 miliardy rocznie. Niemało, ale wbrew pozorom też niedużo, jeżeli wziąć pod uwagę, że państwo polskie wyda w 2011 roku ok. 670 miliardów złotych. Okaże się, że urzędnicze pensje to zaledwie 5% całych wydatków państwa. Ciężko znaleźć prywatną firmę, w której zaledwie 5% wszystkich kosztów stanowiłyby wydatki administracyjne. Tylko że trudno też znaleźć prywatną firmę, która ma pod przymusem zapewnione finansowanie od wszystkich, dosłownie wszystkich ludzi w Polsce, którzy choćby oddychają. A gdyby ktoś uchylał się od uczestnictwa w tym finansowaniu, to zawsze można posłać odpowiednie służby, które przywrócą porządek. Poza tym duża część z tych 670 miliardów idzie na kolejne wynagrodzenia – tym razem: nauczycieli, lekarzy, pielęgniarek, wojskowych, policji, strażaków. Więc tak naprawdę koszty funkcjonowania tego państwa będą znacznie wyższe.

Tylko o ile jest jakiś pożytek z nauczycieli czy strażaków, to sami urzędnicy nie zajmują się tworzeniem żadnej wartości dodanej – oni zajmują się tylko wydawaniem pieniędzy. Wprawdzie zaraz się mogą odezwać głosy uniourzędników, że oni nie marnują pieniędzy, bo załatwiają dotacje z Unii. Ale na te dotacje też ktoś musiał się złożyć i z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że Polska jeszcze długo z Unii nie wyciągnie tyle, ile już nas to kosztowało.

Dziś wydaje się, że nie ma woli politycznej, żeby przynajmniej o te sto tysięcy urzędników odchudzić naszą drogą administrację. W końcu jakby nie patrzeć, są to liczni wyborcy, często uzależnieni od lokalnej władzy (większość wzrostu administracji wystąpiła w samorządach, głównie w urzędach marszałkowskich, które rozpasane unijną forsą potrafią nawet wyciągnąć dotację do… urzędniczych pensji). Trudno oczekiwać, żeby premier nagle zakrzyknął: „Sto tysięcy na bruk, ale już!”, bo to nie tylko nie poskutkuje, ale spowoduje jeszcze utratę głosów pewnej grupy wyborców.

Odciąć od finansowania

Pomysły na ukrócenie rozrostu urzędników są różne, nawet z posłaniem urzędników na wcześniejszą emeryturę. Wydaje się, że koncepcja ta nie jest aż tak bardzo nierozsądna. Zamiast płacić urzędnikom za przeszkadzanie innym w pracy, można im płacić za nicnierobienie. Pożytek z nicnierobienia jest większy niż z przeszkadzania. A i koszty emerytury są prawie trzykrotnie niższe (średnia emerytura to ok. 1800 zł brutto). Wydaje się więc, że oszczędność (a niech nawet urzędnicy dostają 2 tysiące zł emerytury) z wywalenia połowy urzędników wyniosłaby ok. 10 miliardów złotych rocznie. Teoretycznie same plusy. Tylko że wtedy państwo straciłoby całą swoją powagę wobec pozostałych pracowników. Bo jak wytłumaczyć przeciętnemu Kowalskiemu, że człowiek, który poświęcił całą swoją zawodową karierę (często w dobrej wierze, z troski o funkcjonowanie mitycznego państwa) marnotrawieniu wysiłku i pracy innych ludzi, ma w nagrodę otrzymać długie wakacje na koszt podatnika? I kto da gwarancję, że na jego miejsce nie zostaną zatrudnieni nowi urzędnicy? Wtedy ten przeciętny Kowalski nie tylko musiałby na barkach dalej dźwigać nowych urzędników, ale jeszcze dodatkowych emerytów-urzędników, nie mówiąc o tym, że taki wcześniejszy emeryt miałby niezły ubaw – najpierw wydawał i trwonił pieniądze innych, a potem dostał za to nagrodę. Jedyny racjonalny pomysł na zmniejszenie liczby urzędników to odciąć ich od finansowania. Zwykli urzędnicy wykonują polecenia płynące z góry, z różnych ustaw i rozporządzeń. A te są narzucane przez aktualny rząd (tak się jakoś złożyło, że władza ustawodawcza i wykonawcza w Polsce jest zawsze w jednym ręku). Ten daje tyle pieniędzy, na ile mu starcza. Gdyby miał ich mniej, to byłoby mniej urzędników. Kapiąca forsa unijna jeszcze tylko spotęgowała istniejący stan rzeczy. Rządy się zmieniają, a urzędników nie ubywa – wręcz przeciwnie. Wiara w to, że jakikolwiek rząd to zmieni, jest dużą naiwnością. Na ten moment wniosek jest smutny: urzędników jest dużo i mniej nie będzie, bo nie widać znikąd światełka w tunelu. Wprawdzie jeszcze niedawno wydawało się, że kryzys finansowy odrobinę zmieni obecną sytuację, ale jak widać, poprzez dalsze podnoszenie podatków rząd znajdzie pieniądze na dodatkowe obłaskawienie urzędniczej kasty.

Kto za to zapłaci? Od 1 lutego składka rentowa rośnie o 33%.

Marek Langalis