Premier Tusk z fiutem w garści – Stanisław Michalkiewicz

Lajf is brutal, plugaws and full of zasadzkas – pewnie przepowiada sobie w ramach ćwiczeń w jezyku angielskim premier Donald Tusk, plując sobie ukradkiem w brodę i rozpamiętując nagłą utratę umiejętności podobania się wszystkim, która dziwnym trafem nastąpiła zaraz po lekkomyślnym zatrzymaniu generała Gromosława Czempińskiego i nadal się nasila. Ach, jest nawet coraz gorzej, bo już pal sześć to, że się tam jednemu z drugim cymbałowi nie będzie podobał. Dziury w niebie nie będzie, a jakby nawet, dajmy na to, przyszły wybory, to i tak wszystko zależy od tego, jaki rozkaz dostaną konfidenci, autorytety moralne, no i przede wszystkim – niezależne media głównego nurtu – a nie od tego, co tam, jeden z drugim cymbał sobie myśli. On sobie myśli zawsze to, co mu zasufluje redaktor Michnik, a znowu redaktor Michnik – no, mniejsza z tym; jeden proces z TVN na razie mi wystarczy. Cymbały będą głosować jak się należy, bo od tego właśnie są cymbałami, że jeśli nawet coś tam kiedyś i myślały, to pod wpływem telewizji szybko to zapominają. Więc o to mniejsza – bo najgorsze jest to, że wyrzynające się i denuncjujące nawzajem bezpieczniackie watahy, w ramach dalekiej dywersji co i rusz podkładają mu pod tyłek jakieś bomby z opóźnionym zapłonem – ostatnio na przykład – reformę emerytalną.

Ta reforma tylko tak się nazywa przez grzeczność, bo tak naprawdę chodzi tylko o zredukowanie zobowiązań państwa wobec emerytów. Jak się wszystkim przedłuży wiek emerytalny chociaż o dwa lata i przy okazji za jednym zamachem zrówna kobiety z mężczyznami, to w przypadku kobiet będzie to aż całych siedem lat oszczędności. W przypadku mężczyzn – wprawdzie tylko dwa – ale przecież i przez dwa lata też niejedno można jeszcze wykombinować. Do tego dochodzi przecież jeszcze Narodowy Program Eutanazji, ukryty zarówno w ustawie o refundacji leków, jak i przedsięwzięciach organizacyjnych państwowej służby zdrowia – dodatkowo wsparty przez Narodowy Program Depopulacji – Narodowy, bo dotyczący mniej wartościowego narodu tubylczego. Świadczy o tym na przykład umieszczenie środków antykoncepcyjnych na liście medykamentów refundowanych i to na wysokim poziomie refundacji. Od razu widać, że chodzi nie tylko o poprawę rentowności mniej wartościowego społeczeństwa tubylczego – bo jak schorowani starcy poumierają z braku leków, to dla budżetu korzyść podwójna: nie tylko nie trzeba będzie ich leczyć, ale również nie trzeba będzie wypłacać im emerytur.

Trochę wprawdzie szkoda wpływów z podatku dochodowego od tych emerytów, ale temu ubytkowi można zaradzić poprzez uruchomienie masowej utylizacji zwłok, co w poemacie „Towarzysz Szmaciak” przewidział Janusz Szpotański pisząc, że „trzeba doić, strzyc to bydło, a kiedy padnie – zrobić mydło”. Ileż nowych i oryginalnych miejsc pracy dla „młodych, wykształconych” można by przy tej okazji stworzyć! Więc chodzi nie tylko o poprawę rentowności tubylczego społeczeństwa – ale i zredukowanie jego liczebności w stopniu umożliwiającym wygodne zasiedlenie nieszczęśliwego tubylczego kraju przez starszych i mądrzejszych – zwłaszcza gdyby na Środkowym Wschodzie z jakichś powodów coś poszło nie tak, to znaczy – gdyby nie powiodła się demokratyzacja złowrogiego Iranu, który nie tylko, że jest złowrogi, to jeszcze ośmiela się dysponować 11 procentami światowych zasobów ropy (Arabia Saudyjska – 262 mld baryłek, Iran – 132 mld baryłek, Irak – 115 mld, Kuwejt – 99 mld, Zjednoczone Emiraty Arabskie – 97 mld, Wenezuela – 77 mld, Rosja – 72 mld, Libia – 39 mld, Kazachstan – 39 mld, Nigeria 35 mld, USA – 21 mld i Chiny – 17 mld baryłek).

Więc niby wszyscy wiedzą, że na „godne życie” dla wszystkich już nie starczy i teraz trzeba przystąpić do selekcji – ale jak przychodzi co do czego, to każdy udaje, że jest przeciw i okazuje się, że na placu boju z przysłowiowym fiutem w garści zostaje premier Tusk. Ale to było przecież przewidziane od samego początku – a warto przypomnieć, że kiedy starożytni Rzymianie wybierali ofiarnego byka dla Jowisza Największego i Najlepszego, to na początek złocili mu rogi. Taki byk mógł sobie wtedy myśleć o sobie bógwico – jaki to jest, dajmy na to, ważny i pełnomocny – a ostatnia rzecz, jaka by mu wtedy przyszła do głowy, to myśl, że w ten sposób jest tylko wyznaczony do zaszlachtowania. Okazuje się, że tamten starożytny trick znakomicie działa również w III Rzeczypospolitej.

Ciekawe, czy Jarosław Kaczyński zorientował się w sytuacji i na wszelki wypadek zgłosił w 2007 roku dymisję swego rządu, czy też zwyczajnie potknął się o własne nogi. Jeśli się zorientował, to przynosi to zaszczyt jego spostrzegawczości, no bo jeśli nie, to oczywiście nie ma o czym mówić. Wygląda jednak na to, że bezpieczniackie watahy, zagryzające się teraz i denuncjujące nawzajem pod kątem przewerbowania (minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki „nakazał” służbom „sprawdzenie”, czy p. Edmund Klich nie jest aby rosyjskim agentem) – w nadziei, że po rosyjskich wyborach, które wygra Włodzimierz Putin, a następnie, razem z Naszą Złotą Panią Anielą, przystąpi do selekcji kadrowej w naszym nieszczęśliwym kraju na następne 20 lat – wyznaczyły premiera Tuska i Platformę Obywatelską im. generała Gromosława Czempińskiego do czarnej roboty przy poprawianiu rentowności mniej wartościowego społeczeństwa tubylczego i redukcji jego liczebności, by potem, kiedy już czarna robota zostanie wykonana, w imieniu strategicznych partnerów powierzyć zewnętrzne znamiona władzy lewicy, jaka wyłoni się z politycznej sodomii Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera z Januszem Palikotem i jego trzódką dziwnie osobliwą.

Teoretycznie powszechne i przymusowe ubezpieczenia emerytalne miały być dowodem hojności socjalistycznego państwa wobec jego niewolników – ale to oczywiście tylko teoria, a właściwie pozór – bo już pozbawiony złudzeń Mikołaj Machiavelli zauważył, że „nie ma rzeczy, która by w takim stopniu sama siebie pożerała, jak właśnie hojność; uprawiając hojność sam niweczysz jej źródła i albo popadając w nędzę stajesz się przedmiotem pogardy, albo popadając w zdzierstwo stajesz się przedmiotem nienawiści.” Sprawdza się to właśnie w przypadku powszechnych i przymusowych ubezpieczeń emerytalnych, bo rozsadzają one naturalną funkcję ekonomiczną rodziny sprawiając, że posiadanie dzieci przestaje być inwestycją, a staje się obciążeniem.

Toteż po stu latach funkcjonowania tego systemu, wspieranego w międzyczasie przez postępackich durniów i kobiety „z rozdziwaczoną płcią” proaborcyjną propagandą, społeczeństwa obdarzone tym dobrodziejstwem zaczynają się starzeć, a rosnąca rzesza starców-wampirów z rosnącym przerażeniem spogląda na nasilającą się propagandę eutanazji. Najgorszy jest w tym wszystkim przymus – i to nawet nie tyle ze względów ekonomicznych, co moralnych – a ten przykład pokazuje, że to, co nie jest moralne, nie jest również, zwłaszcza na dłuższą metą, korzystne ekonomicznie. Ubezpieczenia bowiem są rodzajem hazardu; ja zakładam się z ZUS-em, że będę żył długo, a ZUS – że będę żył krótko. Jeśli żyję długo, to wygrałem, jeśli krótko – to wygrał ZUS. Taki zakład, to nic złego, jednak pod warunkiem, że nikt nie jest do niego przymuszany. Ale jakże nie przymuszać, kiedy, gdyby ubezpieczenia społeczne były umową cywilno-prawną, nikt przytomny by takiej umowy dobrowolnie nie podpisał? Bo w takiej umowie obowiązki ubezpieczonego byłyby od razu skonkretyzowane, podczas gdy obowiązki ubezpieczalni można by streścić w formule: coś kiedyś ci damy. „Coś” – bo Sejm zawsze może zmienić zasady naliczania emerytury – i „kiedyś” – bo Sejm – właśnie premier Tusk próbuje to przeforsować – zawsze może wydłużyć wiek emerytalny.

Zresztą te wszystkie obowiązki, jakie państwo ma realizować wobec ubezpiecznonego za lat, dajmy na to, 40, czy 50, są już z tego powodu iluzoryczne. Świętej pamięci Krzysztof Dzierżawski, mający rzadką umiejętność prostego wyjaśniania skomplikowanych problemów, opowiadał kiedyś o swoim dziadku – ongiś poddanym Najjaśniejszego Pana w Galicji. Rozpoczął pracę jeszcze w okresie rozbiorowym i z tego tytułu został przez C-K Austrię objęty ubezpieczeniem emerytalnym. Cesarstwo, w zamian za jego składki, miało wypłacać mu emeryturę bodajże w 1950 roku. Ale w roku 1918 Cesarstwo trafił szlag. Dziadek Krzysztofa Dzierżawskiego, nie ruszając się z domu, został obywatelem innego państwa: Rzeczypospolitej Polskiej, która też pobierała od niego składki ubezpieczeniowe, obiecując, że w zamian… i tak dalej. Ale w 1939 roku Adolf Hitler utworzył na tym obszarze Generalne Gubernatorstwo, które też pobierało składki, obiecując, że w zamian… i tak dalej. W 1945 roku nastała Polska Ludowa, która też… i tak dalej – aż wreszcie, gdzieś w okolicy 1950 roku dziadek pana Dzierżawskiego dostał emeryturę – ale od zupełnie innego państwa i w wysokości zupełnie innej, niż pierwotnie mu obiecywano.

Nie pomoże puder-róż, kiedy pani stara już” – głosi porzekadło, a inne dodaje, że herbata nie stanie się słodsza od samego mieszania. Toteż prawdziwa reforma systemu emerytalnego powinna polegać na jego likwidacji, a przynajmniej – na likwidacji przymusu ubezpieczeń. U progu tak zwanej transformacji ustrojowej, kiedy państwo było jeszcze właścicielem prawie wszystkiego, możliwe było utworzenie Funduszu Emerytalnego, który stanowiłby zabezpieczenie roszczeń emerytalnych na wypadek prywatyzacji. Takie właśnie rozwiązanie proponowała Unia Polityki Realnej, ale oczywiście wszyscy namaszczeni idioci byli mądrzejsi, żadnego funduszu nie utworzono – no i dzisiaj mamy Narodowy Program Eutanazji, Narodowy Program Depopulacji i próby forsowania „reformy” emerytalnej przez premiera Donalda Tuska z fiutem w garści.

Ale i w tej sytuacji trzeba podjąć próbę – tylko oczywiście nie żadnego „dalszego doskonalenia” – ale likwidacji systemu. Powinna się ona rozpocząć od zniesienia od dnia – dajmy na to – 1 stycznia 2013 roku – przymusu ubezpieczeń emerytalnych. Jestem prawie pewien, że mało kto zapłaciłby składkę ZUS. No i bardzo dobrze – tylko, żeby uzyskać środki na realizację już wymagalnych zobowiązań wobec emerytów, trzeba by tego samego dnia wprowadzić podatek celowy na emerytów i rencistów – w pierwszym roku – w wysokości składki emerytalnej. W następnych latach jednak podatek ten byłby malejący, zwłaszcza gdyby rząd podtrzymał Narodowy Program Eutanazji – aż wreszcie, po 45 latach, można by go ostatecznie zlikwidować.

Gdyby zgodnie z postulatem UPR utworzony został w 1990 roku Fundusz Emerytalny – można by ten cel osiągnąć bez pomocy Narodowego Programu Eutanazji – ale w aktualnej sytuacji takiej pewności już nie ma. Dlatego ta propozycja jest oczywiście zła – ale ma tę zaletę, że jest lepsza od wszystkich innych – jeszcze gorszych. Wada tej propozycji polega na tym, że dwa pokolenia zostałyby obciążone bezekwiwalentnym świadczeniem w formie wspomnianego podatku celowego. Ale alternatywa jest jeszcze gorsza – ponieważ nie tylko dwa, ale wszystkie następne pokolenia będą obciążone nie malejącym, ale z roku na rok rosnącym opodatkowaniem na emerytury i renty – i nie będzie temu końca, podobnie jak cierpieniom piekielnym. I wszystko wskazuje na to, iż znowu nikt nie poprze radykalnego przecięcia pępowiny łączącej nas z tym niemoralnym i – co tu ukrywać – głęboko szkodliwym wynalazkiem, jakim są przymusowe ubezpieczenia społeczne. W takim razie trudno – najwyraźniej zasłużyliśmy na nieskończone cierpienia w piekle – ale oczywiście – socjalistycznym.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    serwis „Nowy Ekran” (www.nowyekran.pl)    13 lutego 2012

Za: michalkiewicz.pl |

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content