Zostawią Wam darmochę! – Andrzej Zybertowicz

Chciałoby się napisać coś o wieczności. Występując jednak w roli badacza-socjologa na temat Boga nie mam nic do powiedzenia. Co najwyżej o społecznej roli ludzkich wyobrażeń o Bogu. Badacz bowiem musi ograniczać się do tego, co empirycznie uchwytne. A skoro tak, to zacznijmy od następującego stwierdzenia:

pierwszym i najważniejszym światem człowieka jest jego mózg.

Każdego człowieka. Mądrego i głupiego. Biednego i bogatego. Leniwego i pracowitego.

Budowa i funkcje naszego mózgu się nie zmieniły od tysiącleci. Ten mózg dla swojego funkcjonowania potrzebuje zasilania. Zasilania energią oraz informacjami. Krótko mówiąc, potrzebuje chleba oraz igrzysk. Chleb przynosi energię, a igrzyska – bodźce, które ogniskują uwagę mózgu i ukierunkowują potencjał jego posiadacza w sposób bezpieczny dla systemu społecznego.

Kod władzy: chleb i igrzyska

Dobrze rozumieli to starożytni Rzymianie, którzy wiedzieli, że władcy potrafiący dać ludowi i chleb, i igrzyska, mogą spokojnie cieszyć się radościami, jakie przynosi rządzenie.

Zwróćmy uwagę, że owe rzymskie, oryginalne igrzyska, polegające np. na obserwacji krwawej walki gladiatorów, o wiele bardziej przypominały dzisiejsze surfowanie w internecie niż oglądanie widowiska sportowego w telewizorze. Różnica leży w interaktywności. Jednostki stanowiące tłum zgromadzony w amfiteatrach nie tylko swoim zachowaniem wywierały wpływ na ogólną atmosferę zdarzenia – tak jest i dzisiaj na meczach. Tłum miał także prawo podpowiedzenia władcy, czy ranny w walce gladiator ma zostać dobity czy ocalony. Udział w rzymskich igrzyskach to nie tylko ekscytacja wypływająca z biernej obserwacji zmagań. To także poczucie sprawstwa, poczucie wywierania wpływu na wolę samego Cezara, do którego należała ostateczna decyzja: życie czy śmierć dla pokonanego. Mądrzy władcy wiedzieli, że od czasu do czasu należy motłochowi – żądnemu krwi albo mającemu akurat napad wspaniałomyślności – ulec.

Internet – złudzenie podmiotowości

W dzisiejszym systemie władzy dla wielu ludzi, zwłaszcza posiadaczy młodych mózgów łasych na strumienie coraz bardziej ekscytujących (czytaj: uzależniających) bodźców, internet pełni tę samą funkcję co igrzyska dla ludu rzymskiego.

Psychologowie od dawna mówią, że dla jednostki jednym z podstawowych warunków zadowolenia z życia jest poczucie podmiotowości – sprawstwa i kontroli nad zdarzeniami.

Ale w świecie, gdzie zawsze istnieją bogaci i potężni, ci uprzywilejowani nie mogą pozwolić sobie na to, by byle kto, ludzie znikąd, nad którymi MY, elita, nie mamy kontroli, posiadali kontrolę nad zdarzeniami, które są istotne dla NAS.

Należy spodziewać się, że – raczej prędzej niż później – inicjatorzy projektów typu ACTA opamiętają się. Zrozumieją, że nie można bezkarnie zabierać ludowi zabawek, do których lud już zdołał się przyzwyczaić. Nie można ludzkim mózgom zabierać radości z kontroli nad internetową przystawką do „duszy” ludzkiej; nad nieskończonym oceanem wirtualnej wolności i kreatywności.

Już proste klikanie od stronki do stronki daje poczucie swobody. Wygrywanie w gry, uczestnictwo na forach, kreowanie grup dyskusyjnych, grup społecznościowych daje poczucie sprawstwa. Ci, którym tak powszednie użytkowanie internetu nie wystarcza, sięgają po hakerstwo. Dzięki niemu zyskują subiektywne poczucie sprawstwa wyższego rzędu: złudzenie kontroli nad regułami gry, które mają obowiązywać pozostałych internetowych podróżników.

Nie można fanów wirtualu lekkomyślnie płoszyć, naruszać poczucia ich bezpieczeństwa, gdy są online, bo zaczną rozrabiać w realu.

Spełniony sen kapitalisty

Oto jak wygląda spełniony sen kapitalisty: mam pełny monopol na niezbędne ludziom dobra, które tylko ja oferuję i mogę narzucać ceny, jakie chcę. No tak, ale ktoś te dobra musi wypracować. Najlepiej – niewolnicy, czyli istoty odpodmiotowione. Jednak każdy kapitalista wie, że „z niewolnika nie ma dobrego pracownika”. Zatem pracownika nie tylko trzeba opłacać, ale i dać mu pewną swobodę przy wykonywaniu zadań, ową przestrzeń podmiotowości.

I tu internet, dzięki takim rozwiązaniom jak Google oraz portale społecznościowe, wydaje się spełniać sen nie tylko kapitalisty, ale także totalitarysty. Na „darmowych” portalach społecznościowych niewolnicy (pardon: internauci) pracują za darmo i z radością. To dzięki godzinom ich życia spędzanych z pasją przed komputerami powstały już poważne fortuny. Czym więcej ruchu na tych portalach, czym więcej ich użytkowników, tym większa wartość rynkowa internetowych firm.

To ważny, ale niekoniecznie najważniejszy społeczny wymiar internetu. Czy ważniejsza funkcja surfowania nie polega na tym, że stanowi on wentyl bezpieczeństwa dla systemu władzy? Mówiąc najprościej: spalisz tak wiele energii psychicznej w wirtualu, że na real niewiele ci jej pozostanie. Swe potrzeby sprawstwa tak intensywnie nasycisz w internecie, że wizja podmiotowości obywatelskiej wyda ci się całkiem mdła.

Od anty-ACTA do anty-Platformy?

Protesty przeciwko podpisaniu przez Polskę traktatu ACTA trwają. Niektórzy widzą to jako oznakę nasilającego się sprzeciwu wobec ekipy PO-PSL. Ba, widząc w tych protestach wyraz ogólniejszej frustracji społeczeństwa, zastanawiają się, czy manifestacje przeciw ACTA mogą wyzwolić energię społeczną prowadzącą do głębszych zmian politycznych w naszym kraju. Myśląc o tym, zwróćmy uwagę na dane Głównego Urzędu Statystycznego, który podał, że nasz PKB wzrósł ponad 4 proc. A zatem osiągnął – w kontekście europejskim – wysoki poziom.

To kontekst kluczowy, gdyż mówiący o warunkach życia codziennego milionów Polaków. Niezależnie od kolejnych wpadek obecnych władz, jeśli poziom życia istotnych grup społecznych nie tylko będzie utrzymywał się, a niektórych środowisk nawet rósł, nie należy wiązać z protestami w sprawie ACTA większych nadziei na zmianę politycznego układu sił w Polsce.

Ręce precz od naszych zabawek!

Protesty przeciw ACTA gromadzą głównie młodych ludzi. Chyba dominują gimnazjaliści i licealiści – przynajmniej tak to wyglądało na manifestacji w Toruniu w środę 25 stycznia 2012 r. Mam wrażenie, że u źródeł społeczno-ulicznego ożywienia młodzieży leży obawa, że zostaną im zabrane zabawki. Gdy jednak „dzieciaki” zobaczą, że zabawek nie tylko nikt im nie odbiera, ale nawet dostają do ręki kolejne darmowe produkty, np. oferty społecznościowe, to najprawdopodobniej się uspokoją.

Jednocześnie pamiętajmy, że ruchy społeczne niekiedy rozwijają się kaskadowo, do jednego przyłączają się inne, mogą pojawić się też trudne dziś do przewidzenia wydarzenia i impulsy. W dodatku część młodych ludzi w czasie protestów zaczyna odczuwać nieznane im wcześniej poczucie wolności, impulsy ku wspólnotowości oraz siłę zgromadzonego tłumu. Może być kuszące pozostawanie w takim stanie dłużej. Może powstać mechanizm psychologiczny nakręcający dalsze protesty i przedłużający ich trwanie.

Czy w Polsce internet jako narzędzie bardziej będzie strefą komunikacji dla mobilizacji społecznej w realu czy raczej formą zastępczej podmiotowości, której ludzie nie znajdują w świecie realnym? Prawdopodobnie wszystko przesądzi sytuacja gospodarcza. To od niej zależy skala podmiotowości konsumenckiej, która dla wielu osób jest ważniejsza od politycznej.

Rachunek strat i korzyści

Rządzący w wielu krajach przemyślą te protesty. Zrozumieją, że z punktu widzenia władzy internet to nie tylko wentyl bezpieczeństwa, ale cała strefa funkcjonalna dla obecnego systemu władzy. Ludzie w sieci mogą robić rzeczy, które dają im poczucie (często iluzoryczne) swobody, działania i oddziaływania. Elity polityki i biznesu wyciągną zapewne wniosek, że zabawek, które – jak dotąd – tak skutecznie służą odpolitycznieniu młodzieży (jak się mówi: postpolityczności), nie warto ludziom zabierać. Elity zrozumieją, że chcąc ograniczyć pewne formy aktywności w internecie, trzeba jednocześnie zapewnić ludziom inne zabawki.

A w czasach kryzysu, grożących spadkiem materialnej konsumpcji w „realu”, „virtual” może być wymarzonym buforem. Buforem bez granic, gdzie kierować i rozpraszać można potencjał buntu. Być może elity światowego korporacyjnego kapitalizmu uznają, że bardziej opłaca im się jeszcze głębiej „zanurzyć” młode pokolenie w internecie, niż surowo pilnować praw własności intelektualnej.

Elitom wielkiego kapitału warto inwestować w produkty, które spowodują, że ludzie… spacyfikują się sami, jednocześnie pracując na nowe fortuny internetowych magnatów.

Ci, którzy dziś bronią praw zagrożonej przez wolny internet własności intelektualnej, niebawem pewnie wyliczą, że inwestycja w igrzyska zawsze się opłaca.

Andrzej Zybertowicz

Autor jest socjologiem. Ostatnio wydał „Pociąg do Polski. Polska do pociągu” (wydawnictwo Prohibita), którym dojeżdża do Archipelagu Polskości.

Za: Publikacje "Gazety Polskiej" (04.02.2012) | http://autorzygazetypolskiej.salon24.pl/387809,zostawia-wam-darmoche

Skip to content