Posmoleńska III RP – Zdzisław Krasnodębski

Los się jednak uwziął na nas, Polaków. Powróciło coś, co – jak się wydawało – należy już bezpowrotnie do przeszłości. Powróciły dawne dylematy moralne i polityczno-etyczne rozterki. Jakie są dopuszczalne granice kompromisu?

Polskie dylematy w roku 2012, drugim roku po tragedii smoleńskiej.

Los się jednak uwziął na nas, Polaków. Powróciło coś, co – jak się wydawało – należy już bezpowrotnie do przeszłości. Powróciły dawne dylematy moralne i polityczno-etyczne rozterki.

Jakie są dopuszczalne granice kompromisu? Jak wobec władzy powinien się zachowywać przyzwoity człowiek? Co jest jeszcze realizmem, a co już oportunizmem i zdradą wartości? Czy działać w ramach istniejącego systemu, czy też budować struktury równoległe? Czy liczyć na stopniowe zmiany i działać na ich rzecz od wewnątrz, czy raczej liczyć na zryw, przełom, powstanie? Z mar powstali „biali”, spierając się z „czerwonymi”, ściera się duch pozytywistów z duchem romantyków.

Nawet skandaliczny mesjanizm polski, mimo stanowczego werdyktu profesor Janion, że paradygmat romantyczny już nie obowiązuje, a Konrad zamienił się w Gustawa, odżył z nieoczekiwaną siłą. Tysiące ludzi maszerują w obronie niepodległości, powiewają polskimi flagami – wyśmiewani i karykaturowani przez media.

Znamienne, że dylematy współczesnego Polaka wyartykułowali ostatnio ci, którzy w zasadzie negują ich sensowność, twierdząc, że mówienie o „drugim obiegu” czy potrzebie budowania równoległego społeczeństwa, „Polski wolnych Polaków” przeciwstawionej „Polsce lemingów”, to wielka przesada i nadużycie, bo przecież III RP, choć niedoskonała, nie jest jednak PRL, że przecież odbywają się wybory – i trzeba szanować pana prezydenta, pana premiera, a nawet panią „marszałkinię”, niezależnie od tego, czy oni nas szanują, czy szanują wolną Polskę, jej instytucje i historię, czy szanują swoje słowo.

Już jednak sam fakt, że te męczące pytania, te dylematy na nowo się pojawiły, że nie można od nich uciec, świadczy, iż coś fundamentalnie złego stało się w RP i że owa pocieszająca konstatacja jest zafałszowaniem rzeczywistości. Bo przecież nie są to dylematy wydumane i nie dotyczą tylko tych, którzy działają w polityce czy „metapolityce”, obracając się we wpływowych kręgach w stolicy, obecnej czy dawnej, lub zajmują się historiozoficzno-etycznymi spekulacjami. Odczuwają je także zwykli ludzie. Oni także muszą decydować, czy pisać pracę magisterską na drażliwy temat u niezbyt dobrze widzianego profesora? Czy angażować się w przedsięwzięcia opozycyjne, gdy ma się nieskończony przewód habilitacyjny? Czy wypowiadać się krytycznie o władzy, prowadząc fundację lub kierując stowarzyszeniem, i stracić być może szanse na dotację? Czy zezwolić na „PiS-owskie” zebranie w prowadzonym przez siebie domu kultury lub szkole? Nawet niektórzy proboszczowie zastanawiają się, wspominając los ks. Sławomira Źarskiego, czy zbyt śmiałym kazaniem nie obrażą miejscowego burmistrza lub sekretarza powiatowego PO.

Wątpliwości, czy można stosować historyczne analogie i odwoływać się do nasyconych znaczeniami pojęć z przeszłości, pojawiały się również dawniej. W stanie wojennym niektórzy twierdzili, że posługiwanie się symbolami i słownictwem ruchu oporu z czasów niemieckiej okupacji to ogromne nadużycie. Byli oburzeni, że na murach Warszawy znowu pojawiały się znaki Polski Walczącej, że mówi się o „podziemiu”, że kolporterki prasy podziemnej stylizują się na łączniczki AK. Bo też rzeczywiście czas niemieckiej okupacji i czas wojny polsko-jaruzelskiej dzieliła przepaść, jeśli idzie o skalę stosowanej przemocy.

A jednak rozumiemy, dlaczego w tych czasach represji, gdy czołgi stały na ulicy, sięgano po historyczne symbole i słowa, mimo że wszyscy wiedzieli, że „internat” nie może się równać z pobytem w alei Szucha, ZOMO z gestapo, że Jaruzelski jest komunistą, a nie narodowym socjalistą.

Dzisiaj również trudno nie zauważyć różnic między obecnym „drugim obiegiem” a drugim obiegiem w PRL. Najczęściej nie grozi za jego organizowanie więzienie, a powielacze zostały zastąpione Internetem. Formalnie obowiązuje wolność słowa i można z niej korzystać. Ale obecny „drugi obieg” zrodziła ta sama co kiedyś potrzeba informacji, nieskrępowanej dyskusji i kontrolowania rządzących. Znowu hasło „prasa kłamie” nabrało w jakże wielu przypadkach aktualności, bo też rozbrajanie wiadomości negatywnych dla rządu, dyfamacja opozycji i dezinformacja należą do głównych zadań prorządowych mediów, a więc olbrzymiej większości mediów w Polsce.

W III RP rządzonej przez PO wszystkie reguły i procedury demokratyczne są nadal zachowane. Jednak, jak wiemy, mają one sens tylko w pewnych warunkach. Także Rosja jest formalnie demokracją, a na Ukrainie formalnie niezależny sąd skazał na pobyt w kolonii karnej Julię Tymoszenko, Łukaszenko został wybrany przez większość Białorusinów. Wiemy wszakże, że gdy opinia publiczna jest zmanipulowana i pozbawiona podstawowych informacji, gdy rządzący nie ponoszą żadnej odpowiedzialności ze swe czyny i słowa, gdy nie mają skrupułów, gdy naród pogrąża się w politycznej apatii, to i demokracja jest tylko udawana.

Słabość demokracji?

Niestety rozwój wypadków prowadzi Polskę w tym kierunku. Niedawno odbyły się wprawdzie wybory, lecz czy obywatele rzeczywiście wybrali to, o czym mówił Donald Tusk w swoim exposé, a Radosław Sikorski w Berlinie? Niby nie ma cenzury, ale dziennikarze i tak wiedzą, co mają pisać, by nie mieć trudności ze spłatą kredytów – nie muszą w tym celu zasięgać opinii specjalistów z ulicy Mysiej. Z jednej strony oficjalne kontakty ze społeczeństwem stają się coraz bardziej sztuczne i upozowane – nie przypadkiem jazdy tuskobusem przypominały gospodarskie wizyty Edwarda Gierka, a bożonarodzeniowe orędzie prezydenta nieodparcie nasuwało wspomnienia o orędziach Henryka Jabłońskiego. Z drugiej strony nic tak nie demaskuje platformianej władzy jak jej lęk przed ludźmi, przed spontanicznym tłumem. Dzisiaj oddziela się Bronisława Komorowskiego od ludu nie tylko silnymi zastępami służb porządkowych, lecz także wolną przestrzenią, by nie doleciały do niego gwizdy i niezbyt pochlebne komentarze.

Można twierdzić, że wspomniane dylematy towarzyszą nam stale od 1989 r. Jak wiemy, od samego początku byli ludzie, którzy kontestowali III RP, wskazując na jej zasadnicze wady konstrukcyjne.

I niewątpliwe wiele było racji w tej krytyce. Nowe i ciekawe jest to, że wybitni publicyści i naukowcy, którzy potrafili opisywać III RP jako demokrację fasadową, gdy premierem był Leszek Miller, którzy byli wstrząśnięci aferą Rywina, potrafili tak gładko przejść do porządku dziennego nad aferą hazardową i nie widzą ani obecnych nadużyć władz, ani fasadowości polskiej demokracji. A przecież Miller żadną miarą nie może się mierzyć z Tuskiem. Pokazuje to, że choroba jeszcze się pogłębiła, wdarła się głębiej w społeczną tkankę, dotarła do części posolidarnościowej inteligencji.

Można wszystkie te zjawiska bagatelizować jako zwykłe słabości systemu demokratycznego występujące także we Francji, w Niemczech czy USA. Wszędzie ludzie władzy mają skłonność do jej nadużywania, a konformiści nie mają łatwego życia.

Można zapomnieć o morderstwie politycznym w Łodzi i samopodpaleniu się przed kancelarią premiera RP, o działaniach ministra Klicha, Grada, Grabarczyka czy Kopacz, o inwestorze z Kataru i euro wprowadzonym w 2012 r.

Nad jednym jednak nie można przejść do porządku dziennego – nad tragedią smoleńską.

Jest ona punktem zwrotnym w historii Polski po 1989 r. Dziś widać, że władze RP od początku nie były zainteresowane wyjaśnieniem jej przyczyn, że od początku mataczyły w tej sprawie. A polskie elity proplatformiane pokazały swoje wredne oblicze, wyśmiewając żałobę narodową i skwapliwie, na komendę, padając na twarz przed putinowskim reżimem. Niedawno eksperci zespołu poselskiego przedstawili szczegółowe analizy podważające tezę, jakoby katastrofa nastąpiła w wyniku zderzenia samolotu z brzozą i oderwania się części skrzydła. Poważni uczeni, badając różne aspekty, twierdzą na podstawie dostępnych im danych, że oficjalne wyjaśnienie nie może być prawdziwe. Mogą się oczywiście mylić, ale to należy im udowodnić. W normalnym kraju eksperci komisji rządowej ustosunkowaliby się do ich twierdzeń i albo wykazaliby błędy, albo zgodziliby się z wnioskami. Tymczasem wszystko skwitowano kolejną drwiną i propozycją wysłania Antoniego Macierewicza na badania psychiatryczne. W mediach zaś zapadła głucha cisza, z wyjątkiem nielicznych jak ten tygodnik.

Racja stanu

Tragedia smoleńska i zachowanie się Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego, Radosława Sikorskiego w tej sprawie stawia nas w sytuacji zupełnie różnej od tej, w której może być Francuz oburzony stylem rządzenia Nicolasa Sarkozy’ego czy Niemiec zbulwersowany postępowaniem prezydenta Christiana Wulffa. Tu idzie bowiem o rzecz zupełnie elementarną, o rację stanu – o Boga, honor i ojczyznę. I nie do końca ma rację poeta piszący w słynnym wierszu: „Pan musi coś zrobić w tej sprawie (…) Drogi Panie Jarosławie”. My wszyscy musimy coś zrobić w tej sprawie. Ci zaś, którzy nic zrobić nie chcą, należą do jakiejś innej wspólnoty politycznej, nie naszej.

Oczywiście warto się zastanawiać, jak to robić. W argumentach neorealistów wiele rzeczy jest niejasnych. Cóż to bowiem znaczy „działać w ramach istniejącego systemu”? Czym innym jest usiłowanie przekonania innych Polaków do swoich racji, czym innym współdziałanie z rządem. Także w PRL nie opuszczało się dobrowolnie instytucji, w których można było uczciwie uprawiać swój zawód. Nikt nie twierdził, że nie można było studiować, że nie powinno się być inżynierem czy lekarzem.

Nie znaczyło to jednak, że trzeba było wstąpić do PZPR, co niestety uczyniło wielu przyzwoitych ludzi, zwiedzionych propaństwową retoryką, i potem musiało się tego wstydzić. Nie znaczyło również, że trzeba wejść do Rady Konsultacyjnej, PRON, zostać ormowcem czy esbekiem. I trzeba mieć nadzieję, że w miarę, jak będzie trwała platformiana władza, nie pojawi się nazbyt wielu neo-Dobraczyńskich, choć nie zabraknie pokus – na rozsądnych czekają przecież synekury od premiera i ordery od prezydenta.

Posmoleńska III RP ciągle stwarza o wiele więcej możliwości działania zgodnego z sumieniem, z wyznawanymi wartościami niż Polska Rzeczpospolita Ludowa, nawet w jej najbardziej „liberalnej” fazie. Dlatego też wysyłanie „do lasu” tych, którzy twierdzą, że jej suwerenność jest zagrożona, a władze działają wbrew żywotnym polskim interesom, jest sprowadzeniem wszystkiego do absurdu. To nie jest czas walki zbrojnej. I miejmy nadzieję, że taki czas już nigdy nie nadejdzie, choć wolni ludzie zawsze powinni być gotowi do obrony, bo inaczej nie zachowają wolności. Dzisiaj jest rzeczą oczywistą, że trzeba korzystać z tych możliwości działania, jakie dają oficjalne instytucje. Zresztą większość tych, którzy musieli odejść z mediów czy instytucji państwowych, nie odeszła dobrowolnie. Nie trzeba też unikać dyskusji z drugą stroną (choć nie ze wszystkimi i choć dyskusja nie zastąpi innych form walki politycznej) – tam, gdzie spełnione są elementarne warunki uczciwej, równorzędnej dyskusji.

Ale przecież są też granice

I wiemy, gdzie mniej więcej one przebiegają. Na przykład jeśli ktoś powołuje się na dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego, jeśli czyni z dawnej współpracy z nim swój kapitał polityczny, to powinien powstrzymywać się od przyjmowania zaszczytów, nagród i orderów od obecnej władzy do czasu, gdy okoliczności jego tragicznej śmierci zostaną wyjaśnione. Kto tego nie rozumie i postępuje inaczej, ten wykazuje brak wyczucia i wrażliwości. I nie pomogą tu ani greka, ani łacina – ani nawet „Pan Tadeusz”.

Polskie cechy wschodnie

Nie można także uwiarygodniać obecnych władz. Są legalne, ale – dopóki działania przed- i posmoleńskie nie zostały ukarane – nie są prawowite. Niestety „propaństwowa” retoryka neorealistów przypomina tę z czasu PRL. Wtedy też twierdzono, że Polska jest tylko jedna, nad Wisłą, że trzeba ją zmieniać od wewnątrz i uznawać realia geopolityczne.

Oczywiście jest tylko jedno państwo polskie i nie chodzi o to, żeby obok niego powstało inne, równoległe. Samoorganizacja społeczeństwa politycznego ma właśnie na celu wyrwanie tego, a nie innego państwa – Rzeczypospolitej Polskiej – z rąk ludzi, którzy nie cenią jego suwerenności i traktują jego obywateli jak medialnie urabialną masę. Do tego potrzebna jest możliwość komunikowania się – dlatego powstaje alternatywna sfera publiczna, dlatego też obywatele organizują się. I oby robili to jeszcze aktywniej, śmielej i sprawniej. Te organizacje nie zastąpią ministerstw, urzędów, armii, policji, ambasad. Ale tylko tak zorganizowane społeczeństwo może obronić swoją wolność i odzyskać państwo dla Polaków, tylko ono umożliwia realną demokrację – a nie zatomizowana masa, podzielona na grupy interesów, skazana na media kontrolowane przez władzę i zajęta wyłącznie swoim życiem prywatnym lub grzybobraniem.

Dzisiaj mamy w Polsce do czynienia z trójpodziałem. Obok insurgentów i konfederatów pojawili się neorealiści, którzy nie są zadowoleni z obecnej władzy, ale gotowi są z nią współpracować. Jedni zawiązują konfederację, zwołują pospolite ruszenie, inni – jak pod Ujściem – namawiają do rozejścia się do domów. Ale wielu obywateli w ogóle nie zauważyło, że stoimy przed wyborem, sądzi, że wszystko jest w porządku, że – co najwyżej – należy poprawić tę lub inną ustawę, zdyscyplinować tego lub innego ministra. I w ogóle niewiele ich to obchodzi. Wielu pobudzić mogą do protestu co najwyżej kłopoty z refundacją leków, bezrobocie albo wysoka cena benzyny, co ma w ich przypadku tę samą funkcję motywacyjną, jak podniesienie ceny wołowego bez kości lub szynki w PRL.

Polacy, zwani lemingami, utwierdzani są w dobrym samopoczuciu przez media i elity okołorządowe. Wierni władzy komentatorzy, socjologowie i politologowie produkują tony panegiryków na cześć szefa rządu i nienawistne pamflety na opozycję. Wielu zwolenników PO naprawdę sądzi, że sam spór o realizm świadczy tylko o postępującej aberracji opozycyjnej prawicy, która zamiast cieszyć się z III RP, z silnej pozycji Polski w Europie, z prezydencji, pogrąża się w szaleństwie. Nie widzą, że Polska w szybkim tempie nabiera cech wschodnich. A to, że jeszcze w Polsce rozbrzmiewa wolne słowo, zawdzięczamy w ogromnej mierze działalności niezależnych portali, blogerów, organizacji, stowarzyszeń i klubów oraz tym, którzy – gdy trzeba – wychodzą na ulicę, modlą się pod Pałacem Prezydenckim i demonstrują. Można powiedzieć, że to niewiele. Ale tak naprawdę w tej sytuacji to dużo, jakże dużo.

Zdzisław Krasnodębski

Uważam Rze 9. 01.2012

http://media.wp.pl/kat,1022943,page,4,wid,14148196,wiadomosc.html

Za: Hej-kto-Polak! (2 lutego 2012,) | http://hej-kto-polak.pl/wp/?p=38151

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content