Skąd wyglądać zbawienia? – Stanisław Michalkiewicz

Jak mawiał cyniczny i permanentnie bezpieniężny król Stanisław August Poniatowski, kiedy tylko udało mu się wydębić od jakiegoś lichwiarza pożyczkę – „zbawienie przychodzi od Żydów”. Oczywiście cytował świętego Pawła, który co prawda powiedział te słowa w trochę innym sensie, ale przy odrobinie tolerancji można również zastosować je do spraw pieniężnych. Nawiasem mówiąc, szczególną pozycję w świecie finansów Żydzi zawdzięczają chrześcijaństwu, a w szczególności – świętemu Hieronimowi i św. Ambrożemu którzy doszli do wniosku, ze pożyczanie pieniędzy na procent, czyli tzw. lichwa, jest grzechem. Dopóki chrześcijaństwo trwało w katakumbach, poglądy św. Hieronima i św. Ambrożego nie miały poważniejszych konsekwencji w obrocie finansowym. Kiedy jednak cesarz Teodozjusz Wielki zakazał kultu pogańskiego i uczynił chrześcijaństwo religią państwową, postępowanie sprzeczne z poglądami św. Hieronima i św. Ambrożego stało się nie tylko grzechem, ale i przestępstwem. Jak mówił żmudzki szlachcic, pan Surwint, z Panem Bogiem łatwiej niż z ludźmi, toteż pożyczaniem na procent, czyli lichwiarstwem, mogli odtąd w świecie chrześcijańskim zajmować się wyłącznie Żydzi, monopolizując obrót finansowy, wskutek czego również król Stanisław August Poniatowski pozwalał sobie na tego rodzaju żarty.

Zmonopolizowanie obrotu finansowego w świecie cywilizowanym przyniosło licznym Żydom wiele wymiernych korzyści, nie mówiąc już o ugruntowaniu pozycji całej diaspory. Na przykład Jakub Attali, którego z racji najprzedniejszych korzeni o żaden antysemityzm posądzić by się nie ośmielił nawet tak służbisty ormowiec politycznej poprawności, jak pan Józef Białek z Kielc, w swojej książce „Żydzi, świat pieniądze” wspomina, że osoby nie mogące wylegitymować się żydowską protekcją nie miały najmniejszych szans powodzenia w handlu murzyńskimi niewolnikami – z którego to powodu Ludwik Farrakhan czyni dzisiaj Żydom gorzkie wyrzuty i nawet domaga się od nich reparacji za czerpanie zysków z holokaustowania Murzynów poprzez sprzedawanie ich w niewolę. Ale mniejsza już o te historyczne dygresje, bo nie chodzi tutaj o nie, tylko o cytaty.

Skoro wolno było Stanisławowi Augustowi cytować nawet świętego Pawła, to czyż ja nie mogę posłużyć się cytatem z innego żydowskiego autora? Jasne że mogę i nawet powinienem, bo kogóż mają cytować publicyści pomawiani przez Cezarego Michalskiego w dzienniku „Dziennik” o poglądy antysemickie? Nie będę się z red. Michalskim spierał, bo musiałbym wyprowadzać go z błędu i co do tego, że pan Tomasz Jastrun przyszedł do mnie, a nie ja do niego, a przede wszystkim – również co do tego, że hiszpański winny destylat „Veterano” nie jest bynajmniej koniakiem z najwyższej półki, chociaż oczywiście smak swój ma. Wprawdzie red. Michalski chwali mnie i za inteligencję i za poczucie humoru, ale już nie ryzykuje żadnego naśladownictwa. I słusznie, bo jest jeszcze młody i cała kariera dopiero przed nim, więc jasne, że musi się akomodować, bo inaczej – kto wie – może w sklepie nie sprzedadzą mu koniaku, albo i szynki? Dopiero w moim wieku można pozwolić sobie na luksus szczerości – oczywiście do momentu wejścia w życie traktatu reformującego, który ujmie nas wszystkich w cęgi faszystowskiego reżymu europejsów. Próbkę tego, co nas czeka mogliśmy poznać z wystąpienia Daniela Cohn-Bendita, który czeskiemu prezydentowi zabronił kontaktowania się z pewnym Irlandczykiem. Potem, kiedy już delatorzy w rodzaju pana Józefa Białka z Kielc zaczną korzystać z możliwości stworzonych przez europejski nakaz aresztowania, będę mógł co najwyżej wołać de profundis, do czego radzę przygotowywać się już teraz, zanim padnie salwa, bo potem będzie za późno.

Wracając tedy do cytatów, to na wieść o ataku miłującego pokój izraelskiego lotnictwa na strefę Gazy, przypomniał mi się młodzieńczy wiersz Juliana Tuwima pod tytułem „Wiosna”, w którym przyrównuje on miasto do „gigantycznej krosty”. Krosta jest rodzajem jątrzącej się rany, która w dodatku wywołuje stan zapalny w bliższej, a potem coraz dalszej okolicy. Czyż nie jest to przypadkiem metafora Izraela? Od 1948 roku stoczył co najmniej cztery duże wojny z sąsiadami, nie mówiąc o akcjach policyjnych przeciw cywilom. Na domiar złego, ta bliskowschodnia krosta zaczyna dawać przerzuty na Środkowy Wschód – bo przecież tylko idiota może uwierzyć, że wojna w Iraku i Afganistanie ma na celu zainstalowanie tam demokracji – cokolwiek miałoby to oznaczać. Jeśli zatem wojna w Iraku i Afganistanie kosztuje około 200 mln dolarów dziennie, to ile kosztowały cztery izraelskie wojny i policyjne akcje? Czy rzeczywiście gospodarka izraelska jest w stanie na to wszystko zarobić, czy przeciwnie – Izrael nie jest żadnym wysuniętym bastionem, tylko rodzajem krosty, czarnej dziury pochłaniającej coraz to więcej sił żywotnych zachodniej cywilizacji, którą poza tym znaczna część żydowskiej diaspory podkopuje w samych fundamentach?

Wspominam o tym, bo minęło już ponad pół roku od spotkania pana prezydenta Kaczyńskiego z szefem Mosadu, a jak dotąd nie wiadomo, czemu właściwie to spotkanie miałoby służyć. Jak dotąd bowiem Mosad nie doprowadził ani do tego, by „międzynarodowa prasa” nie pisała o „polskich obozach zagłady”, ani do tego, by ustało wysuwanie wobec Polski żydowskich roszczeń majątkowych. Przeciwnie – właśnie rząd ogłosił, że je już wkrótce zaspokoi, co prawda – tylko w 20 procentach, ale za to – uznając za „uprawnionych” wszystkich, którzy mieli obywatelstwo polskie, albo potomków takich spadkodawców. Nie wygląda nawet na to, by Mosad załatwił z tutejszą diasporą, żeby przestała prezydenta Kaczyńskiego przezywać. Tymczasem kiedy tylko Kondoliza ogłosiła, że USA odpuszczają forsowanie obecności Gruzji i Ukrainy w NATO, zaraz pan Smolar skrytykował prezydenta Kaczyńskiego za „postjagiellońskie mrzonki”. Czy w takim razie mamy odtąd kolaborować z Niemcami? Taki jest nowy rozkaz? No dobrze, ale to już robi rząd pana premiera Tuska, którego pewni ministrowie nawet biorą za to pieniądze za pośrednictwem Fundacji Adenauera – więc jakie są właściwie te pryncypialne różnice między panem prezydentem i panem premierem w polityce zagranicznej?

Ponad rok temu, 13 grudnia w Lizbonie premier Donald Tusk i minister Radosław Sikorski, podpisali w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej traktat reformujący, zwany od miejsca jego podpisania traktatem lizbońskim. Pan prezydent nie tylko był przy tym obecny, ale bardzo ten traktat zachwalał, jako swój osobisty sukces – bo tez właśnie on uczestniczył w negocjacjach. Traktat ten miał wejść w życie 1 stycznia 2009 roku, ale dzięki uporowi części Irlandczyków, formalnie w życie nie wejdzie. Europejsy będą próbowały Irlandię zgwałcić i szykują to bezeceństwo na październik. Pan prezydent Kaczyński na razie traktatu nie podpisuje, utrzymując, że czeka na wynik referendum w Irlandii. Ciekawe, że taką wagę przywiązuje do referendum irlandzkiego w sytuacji, gdy własnemu narodowi nie dał nawet szansy na wypowiedzenie się w sprawie niepodległości państwowej. Czyżby zbawienie nie pochodziło już od Żydów, tylko – od Irlandczyków?


Stanisław Michalkiewicz
Felieton  ·  tygodnik „Najwyższy Czas!”  ·  2009-01-02  |  www.michalkiewicz.pl

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.


Za: michalkiewicz.pl


Skip to content