Ziemkiewicz: Źycie z dziurą w potylicy

Rafał Ziemkiewicz w swoim „Subotniku” na łamach „Rzeczpospolitej” analizuje sytuację w kraju oraz postawę rządu po katastrofie smoleńskiej. Publicysta stwierdza, że mimo wszystko „próbujemy jakoś nie zauważać, że mamy dziurę w potylicy i żyć, jakbyśmy jej nie mieli”.

– Rządowy tupolew z dwoma prezydentami RP − aktualnym i byłym prezydentem na wychodźstwie − bohaterską Anną Walentynowicz i kilkudziesięcioma innymi wybitnymi obywatelami spadł pono wypadkiem, bo we mgle podczas próby lądowania zahaczył skrzydłem o drzewo. Zahaczył, bo rosyjski kontroler upewniał pilotów, że są „na kursie i na ścieżce”, ale nauczyliśmy się już nie wypominać tego Rosjanom, w końcu wiadomo, jacy są drażliwi, i jak bardzo naszym zachodnim sojusznikom zależy na tym, żeby polskie fobie nie komplikowały im stosunków z tak ważnym graczem światowej polityki – napisał Ziemkiewicz w „Subotniku”.

Publicysta zwraca uwagę, że kilka miesięcy po Tragedii Smoleńskiej miała miejsce podobna katastrofa. Identyczny pod względem konstrukcji samolot podczas lądowania „skosił kilkadziesiąt drzewek, żłobiąc w nim sporą przecinkę − a skrzydła mu nie odpadły”.

Ziemkiewicz ma także zastrzeżenia odnośnie do zabezpieczenia miejsca katastrofy.

– Nie wiem, nie jestem fachowcem. Wiem, że takie rzeczy się bada. Kiedy kapitan Wrona wylądował na Okęciu bez podwozia − w końcu głupstwo w porównaniu z katastrofą w Smoleńsku − lotnisko było przez półtora dnia zablokowane, niczego było wolno tknąć, zanim wszystkie okoliczności wypadku nie zostaną zbadane, a ślady zabezpieczone. Taki jest światowy standard postępowania. Gdyby polski rządowy tupolew rozbił się gdziekolwiek na obszarach cywilizowanych, każdy okruch zostałby najpierw starannie obfotografowany, sporządzono by szczegółową mapę, potem nakarmiono by tymi danymi wielkie komputery, które by odtworzyły proces rozpadania się maszyny co do ułamka sekundy i co do milimetra – napisał w „Subotniku” Rafał Ziemkiewicz.

Publicysta wprost mówi też o niszczeniu śladów i licznych nieprawidłowościach związanych z zabezpieczeniem miejsca katastrofy.

– Jak wiemy, niszczenie śladów zaczęło się już w pierwszej godzinie po tragedii. Nie przekopywano ziemi na metr w głąb, jak kłamała z sejmowej trybuny pani Kopacz (jeszcze wiele dni potem szczątki walały się po lesie i może walają się tam nadal) ale starannie wszystko wymieszano, zaorano, i metodycznie zniszczono resztki wraku. Wszystko przy pełnym współudziale polskich władz, które gorliwie wyrzekały się chęci jakiegokolwiek partycypowania w śledztwie, badaniu śladów i zapisów czy sekcjach zwłok, jakiejkolwiek ciekawości co do zdarzenia. Tak gorliwie, że posunęły się nawet do kuriozalnego ogłoszenia post factum maszyny wojskowego specpułku w locie specjalnym rejsowym samolotem cywilnym – napisał Ziemkiewicz.

Odnosząc się do ustaleń zespołu parlamentarnego ds. katastrofy smoleńskiej, którym kieruje Antoni Macierewicz, Rafał Ziemkiewicz stwierdza, że ustalenia jego członków powinny zostać wzięte pod uwagę w związku ze śledztwem.

– Profesorowie, którzy dokonali obliczeń przedstawionych przez Macierewicza są uznanymi fachowcami, ale oczywiście mogli się mylić. Tylko nikt nie przedstawia żadnych innych obliczeń, nikt z nimi nie polemizuje na argumenty i fachową wiedzę. Jedynym powodem, dla którego mamy im nie wierzyć, jest chóralny rechot jaśnie oświeconych i fakt, że wyliczenia te przedstawił Macierewicz – napisał Ziemkiewicz.

Publicysta zauważa także, że wszystkie osoby mające odwagę dociekać prawdy o wydarzeniach z 10 kwietnia 2010 roku narażają się na ostracyzm.

– Nie, to przecież niemożliwe, żeby Putin i jego czekiści mogli robić takie rzeczy. No, otruć Litwinienkę, wysadzić parę domów w Moskwie, żeby był pretekst do zaorania Czeczenii, to jeszcze, ale nie TO. Nie można w to uwierzyć. Trzeba myśleć rozsądnie. Jasne, wszyscy chcemy myśleć rozsądnie, wszyscy chcemy wierzyć, że to niemożliwe. No, prawie wszyscy − poza smoleńskimi wdowami i poza tymi, których rozmiar tego kłamstwa tak poraził i przeszył, że, jak Ewę Stankiewicz czy Joasię Lichocką zamienił w mickiewiczowskie upiory, próbujące kąsać rodaków i zarażać ich tym, co wszak najnormalniejsze, najoczywistsze, najbardziej ludzkie, ale właśnie dlatego − nie do przyjęcia, bo burzy cały porządek świata. A przecież trzeba żyć normalnie – napisał Rafał Ziemkiewicz.

KOMENTARZ BIBUŁY: Tym razem odniesiemy się krótko nie do samego tekstu R.Ziemkiewicza –  który logicznie przedstawia farsę „wyjaśniania” przyczyn katastrofy przez stronę rosyjską i polskie instytucje – lecz do tekstu p. Jana Engelgarda („polski historyk, publicysta i samorządowiec”) pt. „Wariacki przegląd prasy (1)„. Odnotowujemy ten tekst nie z uwagi jakąś celność zawartych w nim spostrzeżeń – bo takowych  nie znajdziemy tam – lecz z uwagi na zachowanie dla potomnych, że oto ujawnił się nam następny specjalista od lotnictwa (obok prof. Adama Wielomskiego…).

Engelgard wyśmiewa się z red. Ziemkiewicza, który wyraża wątpliwość w oficjalnie podawaną wersję katastrofy, piszą prosto – albo, lepiej: prostacko:

Chyba nie ma sensu wracać do dyskusji o przyczynach katastrofy, bo i po co. Wspomnę jedynie, że to, iż Tu-154 zahaczył o brzozę, to nie był rezultat wsłuchiwania się polskich pilotów w głos rosyjskiego kontrolera (tenże kontroler miał do dyspozycji stare sowieckie radary, które nie odczytywały wysokości, a poza tym nikt w kabinie nie reagował na jego słowa) – lecz błędnej decyzji o podjęciu lądowania w skrajnie niekorzystnych warunkach pogodowych (mimo komunikatu z wieży: „nie ma warunków do lądowania”) i odczytywania wysokości nie z tego wysokościomierza, co trzeba. Ale niech tam, redaktor pewnie i tak uważa to za kagiebowską propagandę.

Przywołujemy te historyczne słowa, bo niezależnie od znanej nienawiści autora i alergii do wszystkiego co kojarzy mu się z nazwiskiem „Kaczyński” czy nazwą „PiS” – jego sprawa jak chce kultywować tę jednostkę chorobową – a przy tym dziwnej słabości do pokłonów pod adresem Rosji i Niemiec, ale dlatego, że przerażają swoją obrzydliwością. „Chyba nie ma sensu wracać do dyskusji o przyczynach katastrofy, bo i po co.”  – pisze Engelgard. No właśnie – po co? Po co wyjaśniać katastrofy lotnicze, prawda? A już tym bardziej katastrofę, w której zginął osobnik o znienawidzonym nazwisku „Kaczyński”.

Każdy porządny człowiek, a tym bardziej ktoś firmujący się jako „narodowiec”, choćby jedynie z racji dochodzenia do prawdy, powinien zastanowić się nad bezsensownością raportu MAK-u. Tyle i tylko tyle. Dla niektórych jednak to i tak za wiele. Zamiast dochodzić do prawdy, ustalać przyczyny, lepiej przyjąć wygodną, podaną przez wroga wersję. No, chyba, że dla niektórych państwo rządzone przez oficera KGB, szefa KGB-bis (FSB), nie miało i nie ma wrogich zamiarów wobec Polski. Jeśli tak – to gratulujemy dobrego nastroju. Może więcej machorki?

Obawiamy się, że przed 60 laty ludzie o podobnym myśleniu również przyjęli i gorąco uwierzyli w wersję rosyjską. I dobrze było im z tym. I dalej bardzo uwielbiają grać rolę komediantów historii, wcale się przy tym nie męcząc w przyciasnym kostiumie.

Za: niezalezna.pl (2012-01-07) | http://niezalezna.pl/21424-ziemkiewicz-zycie-z-dziura-w-potylicy

Skip to content