Dedukujemy z ciszy – Stanisław Michalkiewicz

Jeszcze dzień, jeszcze dwa – i nasz nieszczęśliwy kraj pogrąży się w świątecznej nirwanie – gdzieś tak aż do Trzech Króli, kiedy akurat przypadną święta Bożego Narodzenia w Cerkwi Prawosławnej, posługującej się kalendarzem juliańskim, to znaczy – kalendarzem ustanowionym jeszcze przez Juliusza Cezara. Ten kalendarz, w odróżnieniu od dawnego kalendarza rzymskiego, dzielił rok nie na dziesięć, a na 12 miesięcy – ale ślad dawnego przetrwał w nazwach niektórych z nich: september (siódmy), czyli wrzesień, oktober (ósmy), czyli październik, november (dziewiąty), czyli listopad i december (dziesiąty), czyli grudzień – chociaż w kalendarzu juliańskim september był już miesiącem dziewiątym, oktober – dziesiątym, november – jedenastym, a december – dwunastym. Oktawian August miesiąc szósty (czerwiec) nazwał Juliusem na cześć Juliusza Cezara, który zresztą został z jego inicjatywy również deifikowany, tj. zaliczony w poczet bogów – zaś na cześć samego Oktawiana Augusta sierpień nazwano Augustem. Lata w Rzymie liczono od założenia miasta, czego dokonał, jak wiadomo, Romulus. Kiedy wyorywał bruzdę znacząc w ten sposób granice Rzymu, zagroził śmiercią każdemu, kto ją przekroczy. Pierwszą ofiarą tego zakazu był brat Romulusa Remus. Od roku 525, na polecenie papieża Jana I, wprowadzona została nowa rachuba czasu, mianowicie – od narodzenia Chrystusa.

Wspominam o tym wszystkim ze względu na alergię, o jakiej poinformował niedawno opinię publiczną poseł Janusz Palikot. Okazuje się, że nawet wiszący w sali plenarnej Sejmu krzyż wpływa destrukcyjnie na posłów jego trzódki. Wprawdzie dokładnie nie wiadomo na którego, ani w jaki konkretnie sposób wpływa, ale per facta concludentia nietrudno się domyślić, że chyba tak, iż głupieją. Prawdopodobnie jest to tylko wymówka spowodowana konfrontacją intelektualnych możliwości trzódki z machiną państwa, ale kto wie – może rzeczywiście głupieją na widok krzyża?

Jeśli tak, to święta Bożego Narodzenia, to dla nich szalenie niebezpieczny okres. Zreszta – nie tylko święta, bo zaraz po świętach przecież – Nowy Rok. A który? Ano – 2012 – oczywiście od narodzenia Chrystusa. Od tego wszystkiego taki, dajmy na to, poseł Roman Kotliński może stracić nawet resztkę rozumu. Nie ma rady; ze względu na bezpieczeństwo państwa trzódkę Janusza Palikota powinien zaraz po Trzech Królach dokładnie przebadać pan dr Janusz Związek – Główny Lekarz Weterynarii. W przeciwnym razie kto wie – może zaproponują, żeby nową erę liczyć od narodzin Janusza Palikota, albo nawet jeszcze gorsze rzeczy?

Ale to wszystko – pieśń przyszłości, bo na razie nasz nieszczęśliwy kraj zmierza do pogrążenia się w świątecznej nirwanie, w której media głównego nurtu będą jeszcze bardziej pracowały w służbie ciszy, niż teraz. Bo teraz też pracują w służbie ciszy – o czym świadczy choćby brak jakiejkolwiek informacji o pracy zespołu HEART, jaki na początku upływającego właśnie roku utworzył rząd Izraela w porozumieniu z Agencją Żydowską. Ten zespół miał realizować operację „odzyskiwania mienia żydowskiego w Europie Środkowej”, a przede wszystkim – w naszym nieszczęśliwym kraju. W początkach lutego cały rząd premiera Tuska in corpore bawił z wizytą w Izraelu. Co tam uradzono – bo przecież coś chyba uradzono? – tego nie wiemy, ponieważ nie ukazał się żaden konkretny komunikat. Nie można bowiem uznać za takowy wywiadu, jakiego udzielił jednej z tamtejszych gazet Władysław Bartoszewski. Powiedział on m.in., że wszystkie ugrupowania parlamentarne są niezmiennie przyjaźnie usposobione do Izraela – co w przełożeniu na język ludzki oznacza zapewne, że bez względu na rezultat wyborów i skład rządu, izraelski program rewindykacji majątkowych w Polsce nie jest zagrożony.

Tymczasem nasi Umiłowani Przywódcy, wśród których właśnie ukształtowała się ponad podziałami frakcja „Folksdojczów” – w ramach potępieńczych swarów spierają się już nawet nie o żadną politykę – bo jej uprawianie mają już – jak się wydaje – zakazane, tylko o to – co właściwie powiedział prezydent Lech Kaczyński na temat przekształcenia Unii Europejskiej w federację. Premier Tusk odczytał fragment jego wystąpienia z roku 2006 sugerując, że minister Sikorski, deklarując w Berlinie zgodę Polski na przekształcenie Unii Europejskiej w federację pod przywództwem Niemiec, tak naprawdę kontynuował misję prezydenta Kaczyńskiego.

Z pozoru wszystko się zgadza – ale w takim razie dlaczego zarówno Donald Tusk, jak i Radosław Sikorski tak zaciekle krytykowali prezydenta Lecha Kaczyńskiego właśnie za politykę zagraniczną? To dobrze chciał, czy źle? Jeśli dobrze – to o co w takim razie chodziło? Paradoksalnie to dzisiejsze powoływanie się premiera Tuska na deklarację prezydenta Kaczyńskiego w Berlinie w roku 2006, wychodzi naprzeciw oskarżeniom o zdradę, jakie podnosi przeciwko niemu i ministrowi Sikorskiemu prezes Prawa i Sprawiedliwości. Nie ulega bowiem wątpliwości, że z niemieckiego punktu widzenia byłoby lepiej, gdyby Polską kierowali jacyś niemieccy agenci, niż ktoś, kto niemieckim agentem nie jest. W takiej sytuacji lepiej można zrozumieć zarówno wściekłe ataki Platformy Obywatelskiej i poprzebieranych za dziennikarzy konfidentów tajnych służb w mediach, które Siły Wyższe oddały do dyspozycji tej partii, na prezydenta Kaczyńskiego, jak i podobne ataki ze strony niemieckich mediów, w których przecież też musi roić się od agentów BND, dyspozycyjnych wobec Auswartiges Amt. Lepiej można też zrozumieć przyczyny radości, której nie kryła zarówno prasa niemiecka, jak i rosyjska, po zmianie rządu w Polsce w roku 2007. Już tam dobrze wiedzieli, z czego się tak cieszą.

Ale nie o to w tej chwili chodzi, bo ważniejsze są ewentualne konsekwencje przekształcenia Unii Europejskiej w federację, co tak skwapliwie zaproponował w Berlinie minister Sikorski. Warto zwrócić uwagę, że niezależnie od tego, czy federacja będzie, czy nie, to polityka regionalizacji Unii Europejskiej postępuje cierpliwie i metodycznie. Polityka regionalizacji z jednej, a „unia fiskalna” z drugiej strony niewątpliwie muszą oddziaływać na wewnętrzną spoistość państw, zwłaszcza takich, jak Polska. Przekształcenie Unii Europejskiej w federację w momencie osłabienia wewnętrznej spoistości państwa polskiego, do czego może przyczynić się również zmiana stosunków własnościowych na Ziemiach Zachodnich i Północnych, może stanowić znakomity impuls do realizacji scenariusza rozbiorowego, w którym Judeopolonia na „polskim terytorium etnograficznym”, czyli mówiąc krótko – Żydoland – odgrywałby ważną rolę, bezpiecznie pacyfikując mniej wartościowy naród tubylczy. Czy zatem zaawansowane przygotowania do tego scenariusza, w którym żydowskie rewindykacje majątkowe odgrywają nie mniej istotną rolę, nie są aby przyczyną, że w domu wisielca nikt ani słowem nie zająknie się o sznurze?

Na taką możliwość wskazuje jeszcze jedna poszlaka. Oto środowisko skupione wokół „Gazety Wyborczej”, będącej nieoficjalnym organem żydowskiego lobby w Polsce, od samego początku popiera rząd premiera Tuska właściwie bez zastrzeżeń. Wprawdzie funkcjonariusze tej gazety próbują dawać do zrozumienia, że czynią to z obawy przed „faszystowskimi” rządami PiS – ale możemy te opowieści spokojnie włożyć między bajki. Wprawdzie prezydent Kaczyński nie bez słuszności był krytykowany za nadskakiwanie Żydom, ale wydaje się, że było ono tylko fragmentem nadskakiwania Stanom Zjednoczonym, z których interesem związał był on swoją politykę wschodnią.

Lobby żydowskie w Polsce do czasu tę politykę nawet żyrowało, czego wyrazem były zachwyty red. Michnika nad gruzińską wyprawą prezydenta Kaczyńskiego, którego z tej okazji udelektował nawet określeniem „mój prezydent”. Kiedy jednak wkrótce potem ważniejszy od red. Michnika cadyk, czyli Aleksander Smolar skrytykował tę wschodnią politykę jako „postjagiellońskie mrzonki”, stało się oczywiste, że sanhedryn zorientował się, iż prezydent Obama wycofuje USA z aktywnej polityki w Europie Środkowej – a zdając sobie sprawę, że w tej sytuacji politykę europejską, zwłaszcza w tej części kontynentu będą kształtowali strategiczni partnerzy, tzn. – Niemcy i Rosja – postawił na kolaborację z Niemcami, co siłą rzeczy musiało przełożyć się również na kolaborację ze Stronnictwem Pruskim w Polsce. Zapłatą za tę kolaborację może być właśnie Judeopolonia, do której wstępem są żydowskie roszczenia majątkowe. Judeopolonia oznacza bowiem rozciągnięcie politycznego i administracyjnego nadzoru nad mniej wartościowym narodem tubylczym przez żydowską mniejszość, która będzie tu pełniła rolę szlachty. Zatem – pourquoi pas?

W tej sytuacji nałożenie surdyny na wszelkie informacje o trwającej przecież operacji „odzyskiwania mienia żydowskiego w Europie Środkowej” stanowi ważną informację, że przygotowywane jest coś, o czym mniej wartościowy naród tubylczy powinien dowiedzieć się dopiero w ostatniej chwili, kiedy zostanie postawiony przed faktami dokonanymi. Mało tego – ta surdyna wskazuje, że ta operacja może być ważniejsza nawet od projektowanej federacji – chyba, że przygotowania do federacji są tak zaawansowane, że dłużej ukrywać ich niepodobna. Bo dopóki przygotowania do wojny nie wychodzą poza dyplomatyczne gabinety, to ich ukrycie nie jest problemem. Kiedy jednak wojska już zaczynają się koncentrować nad granicą, to ukryć tego już niepodobna. I minister Sikorski mógł otrzymać zadanie przeprowadzenia rozpoznania walką.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    gazeta internetowa „Super-Nowa” (www.super-nowa.pl)    22 grudnia 2011

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2326

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content