Michnikowszczyna i „Folksdojcze” odrzucają pozory – Stanisław Michalkiewicz

Wprawdzie nieubłagany postęp przewala się przez nasz nieszczęśliwy świat na podobieństwo tornada, ale mimo to, tu i ówdzie nie tylko przetrwały enklawy tradycji, ale nawet rodzi się tradycja nowa. No, nie taka może znowu „nowa”, bo liczy sobie 30 lat, niemniej jednak, zwłaszcza w proporcji do innych, znacznie bardziej zaawansowanych tradycji, stara nie jest. Mam oczywiście na myśli nową świecką tradycję obchodów rocznicy stanu wojennego. Gdyby tak ktoś 13 grudnia 1981 roku zapadł w śpiączkę i obudził się z niej 13 grudnia roku 2011, to prawie nie zauważyłby różnicy. W telewizorze tak samo – generał Wojciech Jaruzelski, wprawdzie „przeprasza”, jednak porozumiewawczo mruga okiem do starej ubeckiej gwardii, że to „wicie, towarzysze, rozumicie” – nie jest naprawdę, tylko żeby dogodzić michnikowszczynie. Michnikowszczyna bowiem musi żyrować generału jego patriotyzm, ponieważ kłamstwo założycielskie III Rzeczypospolitej ufundowane jest na założeniu, że „patrioci” z razwiedki z jednej strony i „patrioci” w „lewicy laickiej” z drugiej, „pojednali się” w 1989 roku dla dobra Polski, wystawili na fronton „Matkę Boską w klapie”, czyli naturszczyka po przejściach nazwiskiem Wałęsa Lech i z tej sodomii narodziła się III Rzeczpospolita. Gdyby się okazało, że generał Jaruzelski patriotą jednak nie jest, że to zdrajczyszka, co to, gdyby mu Breżniew kazał, to utopiłby nasz nieszczęśliwy kraj w krwi bratniej, no to odium spadłoby również na michnikowszczynę – kogo to mianowicie stręczyła skołowanemu narodowi tubylczemu i za jaką cenę żyrowała certyfikat niewinności? Zatem michnikowszczyna nie ma dzisiaj wyjścia – musi powtarzać łgarstwo o patriotyzmie generała Jaruzelskiego nawet wtedy, gdy ten oświadcza, że gdyby ponownie stanął w obliczu Solidarności, to zrobiłby to samo.  Nawet wytresowany w mądrościach etapu tak wybitny przedstawiciel michnikowszczyny, jak Władysław Frasyniuk, powiedział, że on takie przeprosiny p…li, ale cóż;  Frasyniuk – to nie Michnik. Od Michnika wiele mógłby nauczyć się nawet kameleon, a zresztą – jeszcze tego brakowało, żeby „Żyd roku” 1990 miał się tłumaczyć przed jakimś mniej wartościowym narodem tubylczym. Mniej wartościowemu narodowi tubylczemu niczego tłumaczyć nie trzeba, tylko podawać mu prawdy, przydatne do wierzenia na konkretnym etapie.

Więc gdyby tak nasz człowiek wybudził się ze śpiączki 13 grudnia 2011 roku, to mógłby sobie pomyśleć, że czas stanął w miejscu, gdyby nie marsze, jakie przeciągnęły ulicami Warszawy 12 i 13 grudnia. 12 grudnia, w rocznicę „ostatniego dnia wolności”, Marsz zorganizował „Nowy Ekran”, podczas gdy 13 grudnia – Prawo i Sprawiedliwość – początkowo w proteście przeciwko berlińskiemu przemówieniu ministra Sikorskiego, a potem – również w rocznicę stanu wojennnego, nadając temu przedsięwzięciu nazwę Marszu Niepodległości i Solidarności. Marsze te nie były rozpędzane przez ZOMO, którego zresztą już „nie ma”, tak samo jak „nie ma” mafii, Żydów, Wojskowych Służb Informacyjnych, Służby Bezpieczeństwa czy komunizmu – i to jest ta różnica – bo podobnie jak w roku 1981 – również w roku 2011 aż 51 procent mniej wartościowej ludności tubylczej uważa, że stan wojenny był „uzasadniony”. Czy naród, zawierający aż 51 procent ludności tubylczej, wrogiej, a w każdym razie niechętnie  usposobionej do każdej manifestacji pragnienia polskiej niepodległości, będzie w stanie zachować niepodległość? Nie jest to wcale takie pewne, tym bardziej że i pozostała reszta zdecydowanie woli w tym celu na przykład maszerować w manifestacjach albo intronizować Chrystusa Króla, niż, dajmy na to – tworzyć silniejsze bataliony, nie mówiąc już o poważniejszych poświęceniach. 

Podczas gdy przedstawiciele pozostałych 49 procent maszerowali w nieutulonym żalu za niepodległością, młyny sprawiedliwości ukończyły swą pracę i malinowymi ustami Sądu Najwyższego orzekły, że jesienne wybory parlamentarne są ważne, bo jeśli nawet tu i ówdzie wystąpiły jakieś niedociągnięcia, to nie miały one wpływu na wynik wyborów. I słusznie, bo od kiedy to na wynik wyborów ma wpływ głosowanie? Nie tylko zresztą w naszym nieszczęśliwym kraju, bo w Rosji też – z tym że w naszym nieszczęśliwym kraju wszyscy najwyraźniej uznają taki stan rzeczy za normalny, a kto wie – może nawet i pożądany i nikt nie naciska, by głosowanie powtarzać, podczas gdy brukselski zdechlaczek, „prezydent” Unii Europejskiej van Rompuy, podobnie jak „Kłamczucha”, czyli Hilarzyca Clintonowa, nalegali, by w Rosji głosowanie zostało powtórzone. Inna rzecz, że van Rompuy bardzo się nie upierał, bo prezydent Miedwiediew zaproponował mu parę miliardów euro na zaklajstrowanie bankructwa Eurokołchozu. Tymczasem u nas – wiadomo; wynik wyborów nie zależy od żadnego głosowania, ale – po pierwsze – od tego, kogo Państwowa Komisja Wyborcza do wyborów dopuści, a po drugie – komu bezpieka pozwoli wygrać, a komu nie. Zatem orzeczenie Sądu Najwyższego jest w  jak najlepszym porządku i można tylko się dziwować, dlaczego aż tyle czasu zajęło mu stwierdzenie oczywistej oczywistości, znanej każdemu, i to na długo przed wyborami. 

Ale oczywista oczywistość to jedna, a wymagająca zostawienia sobie tempore deliberandi konieczność zachowania pozorów – to druga sprawa. Ponieważ kto jak kto, ale Sąd Najwyższy jakieś pozory musi zachowywać, to i zwłoka jest w tych okolicznościach całkowicie zrozumiała. Zatem, kiedy tylko Sąd Najwyższy ogłosił swoje rewelacje, w Sejmie rozpoczęły się potępieńcze swary naszych Umiłowanych Przywódców wokół berlińskiego przemówienia ministra Sikorskiego i prawdopodobnych obietnic, jakie premier Tusk złożył Naszej Złotej Pani Anieli w sprawie zrzutki do Międzynarodowego Funduszu Walutowego na „pożyczkę”, jakiej Fundusz ma udzielić unijnym bankrutom, a konkretnie – Italii, żeby wykupiła od banków niemieckich i francuskich swoje śmieciowe obligacje. Taką kombinację wykombinowała Nasza Złota Pani ze swoim francuskim kolaborantem Mikołajem Sarkozym, ponieważ unijne reguły zabraniają finansowania rządowych długów przez narodowe banki centralne – więc byłoby nieładnie, gdyby Europejski Bank Centralny nagle ostentacyjnie zaczął robić to, co zostało tak uroczyście potępione. Tedy landy strefy euro mają się zrzucić na 150 miliardów euro, podczas gdy landy zewnętrzne – na pozostałe 50 miliardów euro. Ponieważ Wlk. Brytania stanowczo odmówiła udziału w „unii fiskalnej” oraz tym przedsięwzięciu, a Szwecja i Czechy się wahają, nasz nieszczęśliwy kraj może  przekazać do MFW od 6 nawet do 17 miliardów euro z rezerwy walutowej Narodowego Banku Polskiego. Najwyraźniej Nasza Złota Pani Aniela musiała nadać tej sprawie najwyższy priorytet, bo w Sejmie objawił się foedus Stronnictwa Pruskiego (Platforma Obywatelska) ze Stronnictwem Ruskim (PSL i SLD) oraz dziwnie osobliwej trzódki Janusza Palikota, od razu przez złośliwców nazwany „Folksdojczami”. Wprawdzie „Folksdojcze” mają w Sejmie wysoką przewagę, ale jest jeden problem. PiS twierdzi, że ów finansowy transfer jest umową międzynarodową tego rodzaju, że stosują się do niej zasady wyszczególnione w art. 90 konstytucji, to znaczy, że ratyfikowanie takiej umowy przez prezydenta wymaga ustawy uchwalonej większością co najmniej 2/3 głosów. Otóż „Folksdojcze”, nawet wsparci 3 głosami posłów „niezależnych”, mają tylko 304 głosy, podczas gdy wymagana większość wynosi co najmniej 307. W tej sytuacji rysują się dwie możliwości: albo już wkrótce będziemy świadkami potężnej kampanii w wykonaniu „Folksdojczów” i tak zwanych „mediów głównego nurtu”, że nie chodzi o żadną „umowę międzynarodową”, której ratyfikacja wymaga ustawy podjętej większością 2/3 głosów, że chodzi tylko o zwykłą pożyczkę, a nawet nie żadną tam „pożyczkę”, tylko „udostępnienie”, które tak naprawdę niczego nie oznacza, a kto uważa inaczej, ten jest oszołomem, moherem i tłukiem pancernym, że „euro albo śmierć”, że skoro tak głęboko utkwiliśmy w gównie, to już przepadło i teraz ze wszystkimi musimy udawać, że to smaczna czekolada, że wreszcie – sam błogosławiony Jan Paweł II chciał, by Polska została przyłączona do Unii, więc nie można teraz rozkrwawiać mu serca sprośnymi błędami Niebu obrzydłymi – i tak dalej, i tak dalej – albo razwiedka, za pomocą konfidentów trzymanych dotąd na czarną godzinę, uruchomi serię nagłych rozłamów zarówno w PiS, jak i klubie Polska Solidarna, z których wyłoni się grupa „niezależnych posłów” zrażonych „antyeuropejskim fundamentalizmem” obydwu klubów i w ten sposób większość wymagana przez art. 90 konstytucji zostanie osiągnięta – albo wreszcie zobaczymy i jedno, i drugie – bo przecież jedno drugiego nie wyklucza, a Nasza Złota Pani nie życzy sobie żadnej partaniny.

Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Za: GONIEC, NR 50/2011, Piatek - 16 grudnia 2011 -- Toronto - Canada | http://www.goniec.net/teksty.html#1

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content