Narodowi polskiemu nagrobek – Stanisław Michalkiewicz

Aktualizacja: 2011-12-15 12:29 pm

Z pozoru nie ma w tym logiki, jak w popularnej w roku 1968 anegdocie o Aaronku. Dyrektor szkoły spotyka Aaronka na szkolnym boisku. – Dlaczego nie na lekcji? – pyta srogo. – Bo, panie dyrektorze, logiki nie ma – odpowiada Aaronek. – Jak to: logiki nie ma? Co to ma znaczyć? – pyta dyrektor. – A bo, panie dyrektorze, ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel wyrzucił mnie za drzwi. I teraz oni wszyscy siedzą tam w tym smrodzie, a ja – na świeżym powietrzu. Była to taka aluzja do żydowskich emigrantów, którzy dzisiaj twierdzą, że byli z Polski „wyrzucani”, a nawet – „deportowani”, podczas gdy po prostu skwapliwie korzystali z okazji wyrwania się z cudnego raju, który – mówiąc nawiasem – bardzo wielu spośród nich nie tylko „tworzyło” ale nawet „umacniało” – bardzo często przy pomocy mokrej roboty w UB lub Informacji Wojskowej.

Ta skłonność oprawców do przebierania się za ofiary zresztą wcale się nie skończyła. Na przykład Seweryn Blumsztajn, były walterowiec z ówczesnego chederu Jacka Kuronia, w żydowskiej gazecie dla ludności tubylczej twierdzi, że przebrani w napoleońskie mundury uczestnicy historycznej rekonstrukcji 11 listopada zaatakowali ubranych w kominiarki Niemców – chociaż było akurat odwrotnie. Oto, jak działa Ministerstwo Prawdy. Tylko patrzeć, jak obok „kłamstwa oświecimskiego”, czy „wałęsowskiego” pojawi się „kłamstwo listopadowe”, które skwapliwie podżyruje stado autorytetów moralnych, albo drżące ze strachu, by nie ujrzały światła dziennego kompromaty o sekretnej współpracy z bezpieką, albo gotowe każdego pocałować w d… z wdzięczności za jakąś „kulturalną” szaraszkę, w której można trochę podoić Rzeczpospolitą pod pretekstem „tworzenia” jakichś knotów, za które normalnie nikt nie dałby złamanego grosza.

Tak nawiasem mówiąc, charakterystyczne dla wielu osób publicznych jest to, że ich życiorysy rozpoczynają się dopiero od roku 1990 – tak jakby przedtem w ogóle nie żyły na ziemi. Przyczyny tej zagadki można wydedukować np. z postępowania Jego Ekscelencji abpa Henryka Muszyńskiego – tego, co to przez jakieś roztargnienie, albo nawet – przez przypadek, przez kilkadziesiąt lat trzymał na biurku wizytówkę ubeka, który go – oczywiście „bez wiedzy i zgody” fałszywie zarejestrował w charakterze tajnego współpracownika. Kiedy media zaczęły się na ten temat rozpisywać, natychmiast do niego zadzwonił, a ten wystawił mu certyfikat niewinności.

Widać jednak pozostał jakiś – jak mawiał rzymski cesarz Klaudiusz – „ślad po zatarciu”, bo oto co się dzieje. Pod wpływem zarządzonej po katastrofie smoleńskiej powszechnej żałośliwości, nastrój ten musiał jakoś udzielić się Jego Ekscelencji, który w jednym z żałobnych kazań tak się zapomniał, że wskazał na potrzebę „kontynuowania misji” prezydenta Kaczyńskiego. Ale został natychmiast naprostowany przez przodującą w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym funkcjonariuszkę „GW”, rzuconą przez ścisłe kierownictwo na religijny odcinek frontu ideologicznego, czyli panią red. Katarzynę Wiśniewską, przy pomocy dwóch słów: „lustrację też?

Toteż trudno się dziwić, że właśnie Jego Ekscelencja posłusznie stanął obecnie w obronie przewielebnego księdza Adama Bonieckiego, któremu żydokomuna (prof. Śpiewak z Żydowskiego Instytutu Historycznego zapewnia co prawda, że żydokomuny „nie ma”, ale w iluż to przypadkach taka nieobecność bywa tylko wyższą formą obecności?) zorganizowała prawdziwy festiwal w nadziej przyspieszenia budowy wytęsknionej Źywej Cerkwi. Czy nie z podobnych przyczyn – jeśli oczywiście nie brać pod uwagę charakterystycznej dla „ludzi kultury” megalomanii i narcyzmu – przeciwko pochówkowi prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu zaprotestował Andrzej Wajda?

Wprawdzie w ludzkiej pamięci powoli zaciera się wspomnienie nieszczęśliwego wypadku, jaki przytrafił się Bartłomiejowi Frykowskiemu w wiejskiej posiadłości bezrobotnej Karoliny Wajdy w Głuchach, ale to i owo można jeszcze odtworzyć. Mianowicie – że Frykowski nie tylko pchnął się nożem, ale jeszcze wytarł ślady krwi z podłogi i odciski własnych palców z rękojeści noża, przeszedł kilka kroków, usiadł na krześle i dopiero wtedy taktownie umarł. Śledztwo oczywiście umorzono – ale na tym tle łatwiej nam zrozumieć, że kiedy stanowczym protestem przeciwko wawelskiemu pochówkowi Siły Wyższe postanowiły zakończyć nabierający własnej dynamiki nastrój powszechnej żałośliwości, nie mogło przy tym zabraknąć pana Andrzeja, który nie takie rzeczy potrafi przecież wyreżyserować. Właśnie kręci film o Wałęsie. Cóż – zobaczymy – ale nie mogę powstrzymać się od przytoczenia anegdotki, jak to Xawery Dunikowski oglądał wystawę rzeźby socrealistycznej w czasach stalinowskich. – Widziałem – powiada – rzeźby w granicie, marmurze, brązie, nawet w glinie. Ale nigdy nie widziałem w wazelinie. W wazelinie – pierwszy raz.

Więc, jak wspomniałem, na pierwszy rzut oka wygląda na to, że żadnej logiki nie ma w tym, iż po 30 latach od wprowadzenia w naszym nieszczęśliwym kraju stanu wojennego, aż 51 procent ludności tubylczej uważa, że był on „uzasadniony”. Jakże dopatrywać się w tym logiki, skoro w Solidarności było 10 mln członków, w Solidarności Rolników Indywidualnych – co najmniej 2 miliony, a w Solidarności Rzemieślników – co najmniej milion? Co najmniej 13 mln członków – nie licząc członków rodzin – trzech organizacji, przeciwko którym stan wojenny został wprowadzony, które zostały zdelegalizowane, a ich członkowie poddani rozmaitym represjom. I to wszystko ma być w ocenie 51 procent ludności tubylczej „uzasadnione”? Ludność Polski w roku 1981 liczyła ok. 37 mln, zatem do wspomnianych trzech Solidarności należała połowa obywateli – bo przecież można chyba dodać do tego co najmniej milion sympatyków?

A jeśli wierzyć płk Kwiatkowskiemu, co to został przez razwiedkę odkomenderowany na funkcję badacza opinii publicznej, zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego popierał go znacznie większy odsetek ludności tubylczej. Oczywiście nie 99,99 procent – nawet generał Jaruzelski uważałby pewnie taki komunikat za nazbyt śmieszny, chociaż – gdyby Breżniew kazał, to kto wie – może i do dnia dzisiejszego kazałby nam w to wierzyć? – ale chyba 58 procent się uzbierało? Wygląda zatem na to, że co najmniej 8 procent członków wszystkich Solidarności uznało, że delegalizacja ich związków oraz represje wobec kolegów są „uzasadnione”.

Z pozoru żadnej logiki w tym nie ma – ale popatrzmy. 8 procent z 37 milionów to 2 960 000 – a więc prawie tyle, ilu członków liczyła Polska Zjednoczona Partia Robotnicza w ostatnich podrygach Edwarda Gierka. Jak wiadomo, znaczna część członków PZPR znalazła się w Solidarności. Ilu z potrzeby serca, a ilu – wykonując polecenie partyjne, albo ubeckie? Ci na pewno nie byli lojalnymi uczestnikami tego niepodległościowego zrywu, który tylko przypadkowo, na skutek splotu okoliczności, został ubrany w – co tu ukrywać – przyciasny kostium związku zawodowego. Jeśli się do niego przyłączyli, to wyłącznie po to, by wykonywać tam zadania wywiadowcze lub dywersyjne, mające na celu jego obezwładnienie i pacyfikację. Oznacza to jednak, że co najmniej połowa ludności tubylczej – bo przecież Polakami nazwać ich niepodobna; jacyż z nich „Polacy”, skoro uważają – również i dzisiaj – że Polakom żadna niepodległość nie jest do szczęścia potrzebna, a jeśli się o nią upominają, to trzeba im sprawić takie lanie, żeby popamiętali ruski miesiąc? Źe to po prostu – renegaci? Statystyka poparcia stanu wojennego w 30 lat po jego wprowadzeniu potwierdza w całej rozciągłości obawy, że naród polski jako taki już nie istnieje, że co najmniej połowa ludności tubylczej, to pozbawiona poczucia narodowego, uwsteczniona do poziomu przednarodowego narodowość. Quod erat demonstandum.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    gazeta internetowa „Super-Nowa” (www.super-nowa.pl)    15 grudnia 2011

Tags: , , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=48501 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]