W przerobionej z oficerskich kwater letniej rezydencji prezydenta Trumana w Key West na Florydzie jest stół do gry w pokera, podarowany prezydentowi przez Flotę Stanów Zjednoczonych. Blat stołu składa się z czterech warstw mahoniu, zaś w ostatniej, górnej warstwie, stolarze marynarki umieścili pięć mosiężnych popielniczek, wykonanych z łusek pocisków, z również mosiężnymi podpórkami na cygara. Podobno prezydent Truman dla relaksu grywał z przyjaciółmi w pokera – ale nie na pieniądze – co z naciskiem podkreśla przewodniczka. I rzeczywiście – na środku stołu jest specjalny pojemnik z żetonami. A w kącie, oparty o ścianę, stoi dodatkowy blat, który nakładany był na stół „pokerowy”, kiedy do wakacyjnej rezydencji amerykańskich prezydentów przybywali przedstawiciele innych państw, żeby przy tym właśnie stole załatwić sprawy nader światowe. Na przykład do prezydenta Kennedy’ego przybył brytyjski premier Harold Macmillan, żeby przedyskutować zagadnienia związane z instalacją sowieckich pocisków nuklearnych na Kubie, położonej zaledwie 90 mil od Key West – o czym informuje specjalny betonowy słup ustawiony tuż nad brzegiem oceanu. Bywali tu również i Rosjanie, kiedy na przykład trzeba było przygotować operację „Pustynna Burza” przeciwko straszliwemu Saddamowi Husajnowi – jak wiadomo w jej następstwie schwytanemu i powieszonemu z wyroku niezawisłego irackiego sądu. Bywał tutaj i prezydent Eisenhower i prezydent Carter i prezydent Clinton i prezydent Bush, natomiast prezydent Obama na razie się nie pojawił. Pewnie dlatego, że woli Hawaje – wyjaśnia przewodniczka.
Widok stołu do gry w pokera, przy którym władcy świata, a przynajmniej – sporych jego fragmentów nie tylko dyskutowali o sprawach nader światowych, ale również wiele z nich tu rozstrzygali, skłonił mnie do rozmyślań na temat autentyczności demokracji. No bo jakże nie zastanawiać się nad autentycznością demokracji, skoro podejmowane przy tym stole rozstrzygnięcia objawiały się zdumionemu światu w postaci ich następstw, często, a właściwie najczęściej sprawiających wrażenie spontanicznych odruchów szerokich mas ludowych? Na przykład generał Colin Powell coś tam przy pokerowym stoliku na Key West uzgodnił ze swoim rosyjskim odpowiednikiem, a wkrótce potem, w leżącym na drugiej półkuli Iraku, szerokie masy ludowe nagle objawiły zniecierpliwienie straszliwym reżimem Saddama Husajna, który dotąd nie tylko pokornie znosiły, ale nawet sprawiały wrażenie szalenie z niego zadowolonych – tak to przynajmniej wyglądało w irackiej telewizji, w której na pewno nie brakowało, no i oczywiście – nadal nie brakuje gwiazd formatu naszego pana redaktora Tomasza Lisa, czy Kamila Durczoka.
Zresztą – powiedzmy sobie szczerze – gdzie ich nie ma? Raz mówią to, a raz tamto, w zależności od tego, jaka wersja zostanie zatwierdzona do podawania do wierzenia szerokim masom ludowym przez uczestników bliskich spotkań przy tym w rezydencji na Key West, czy ustawionych w innych miejscach pokerowych stolikach. No i szerokie masy ludowe wierzą, jakże by inaczej – czego najlepszym dowodem jest epidemia politycznej wścieklizny, trapiąca nasz mniej wartościowy naród tubylczy co najmniej od sześciu lat, kiedy to Siły Wyższe potraktowały serio pogróżki Jarosława Kaczyńskiego, że wysadzi je w powietrze gwoli przygotowania gruntu pod założenie IV Rzeczypospolitej. Siły Wyższe o żadnej IV Rzeczypospolitej nie chciały oczywiście słyszeć, bo najbardziej pasowała im i nadal pasuje Rzeczpospolita III, której ustrojowe fundamenty położył generał Kiszczak wraz ze swoimi konfidentami i garścią pożytecznych idiotów, przydających całej operacji pozorów spontanu i odlotu.
W rezultacie mamy dziwaczną sytuację, bo z jednej strony – epidemia politycznej wścieklizny rozszerza się z szybkością płomienia, podczas gdy z drugiej – „młodzi, wykształceni, z wielkich miast” aż wyłażą ze skóry, żeby wszyscy uważali ich za cudzoziemców, którzy w naszym nieszczęśliwym kraju znaleźli się zupełnie przypadkowo, a co najwyżej – w interesach. Czyżby i ta epidemia była pozorna i stanowiła tylko element rzeczywistości podstawionej?
Wykluczyć tego nie można, bo na przykład niejaki „Mark” za pośrednictwem poczty elektronicznej uszczęśliwia mnie codziennie porcją ubeckich rzygowin, których sam chyba nie wymyśla, bo taka wydajność przekraczałaby możliwości pojedynczego umysłu ludzkiego. Coraz bardziej tedy podejrzewam, że to jest po prostu kryptonim jakiegoś konfidenckiego plutonu, a może nawet kompanii, która na rozkaz przełożonego uruchamia gruczoły jadowe, być może nawet według receptury spreparowanej przez jakieś makbetowskie wiedźmy.
A przecież nasza chata rozśpiewana z kraja, więc jakież potencjały muszą być uruchamiane przy pokerowych stolikach w przypadku, gdy chodzi o rozpętanie jaśminowej, czy dajmy na to – choćby tylko pomarańczowej rewolucji? Nawiasem mówiąc, takie konfidenckie plutony muszą stanowić pierwszą linię ideowego frontu Salonu, gdzie subtelne umysły snują wytworne fantasmagorie, które na podobieństwo wymyślonych przez Stanisława Lema maskonów, mają szerokim masom ludowym uwiarygodniać rzeczywistość podstawioną. Ale i Salon, podobnie jak były prezydent Aleksander Kwaśniewski, co to nosi garnitury, mówi językami i nawet potrafi jeść bezę, starannie ukrytymi korzonkami czerpie siły żywotne z krwawej, gnilnej masy nawozu historii, przygotowanego w swoim czasie przez Edmunda Kwaska i kolegów, co to własnymi butami wdeptywali wrogów ludu w ziemię, żeby dzisiaj mogły na niej rozkwitać różne ozdoby rodzaju ludzkiego. I tylko czasami spod zasłony pozorów przebija brutalna rzeczywistość, ot na przykład teraz, kiedy to grupa byłych ministrów spraw zagranicznych, spośród których jedynie Władysław Bartoszewski nie był konfidentem, w podskokach potępiła Jarosława Kaczyńskiego za stwierdzenie, że wybór Naszej Złotej Pani Anieli na kanclerza Niemiec nie był przypadkowy. Rzeczywiście musi Niemiec mocno trzymać w garści tych wszystkich ministrów, skoro nawet nie zauważają idiotyzmu swego protestu. Zresztą – odkąd Kaligula mianował senatorem swojego konia, lepiej nie przeceniać inteligencji różnych dygnitarzy, zwłaszcza w takim nieszczęśliwym kraju, jak nasz.
Stanisław Michalkiewicz
Felieton • tygodnik „Najwyższy Czas!” • 14 października 2011
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.