Aktualizacja strony została wstrzymana

Korci mnie tytuł „Teoria spiskowa”

Jak większość Polaków uważam, że nie znamy prawdziwych przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. Za naszym narodowym dramatem kryje się mroczna tajemnica

Z Antonim Krauzem, reżyserem filmowym, autorem m.in. „Czarnego Czwartku”, rozmawia Agnieszka Źurek

„Czarny Czwartek”, Pana ostatni film, okazał się wielkim sukcesem. Nad czym Pan teraz pracuje?
– W moim wieku powinienem zapewne zamilknąć i rozpocząć życie emeryta. Ale postanowiłem zrobić jeszcze jeden film.

O czym?
– O katastrofie smoleńskiej. Na przełomie roku 2010 i 2011 podjąłem decyzję, że zrobię film na ten temat. Mówiąc o tym publicznie, liczyłem oczywiście na zdobycie współpracowników, ale liczyłem się także z tym, że jednocześnie natychmiast narobię sobie wrogów.

Ma Pan poczucie, że ten temat podlega w Polsce cenzurze?
– Tak. Nie rozumiem, dlaczego w telewizji publicznej nie pokazano żadnego z polskich filmów dokumentalnych o katastrofie smoleńskiej. W dodatku nawet uczciwi dziennikarze uważają, że w filmie o Smoleńsku, np. w „Mgle” Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej, konieczna jest prezentacja obu opinii: zarówno tych, którzy mówią prawdę, jak i tych, którzy kłamią. Dopiero wtedy film jest podobno obiektywny. Jak w znanym żarcie, w którym podczas spotkania polityków w studiu telewizyjnym jeden z dyskutantów mówi: „Pan mi przerywa!”. Drugi na to: „Bo pan kłamie!”. Pierwszy ripostuje: „Ale nie przerywam!”.

Uprawniona jest teza, że podobnie jak w czasach komunistycznych podpisywało się „lojalki”, tak teraz swoistą „lojalką” stało się przejawianie lekceważącego stosunku do tragedii smoleńskiej.
– Tak, zgadzam się z panią. Tragedia smoleńska, jak zauważył Jarosław Marek Rymkiewicz, stała się od początku mitem, rodzajem papierka lakmusowego określającego nasz stosunek do Polski. Nie rozumiem, dlaczego zniknęła z kampanii wyborczej. To ma ogromne znaczenie. Dlaczego mielibyśmy z tego zrezygnować? W imię czego?

Rozumiem, że tzw. raport Millera nie zamyka według Pana tematu katastrofy smoleńskiej, jak wielu by sobie tego życzyło?
– Rosja od siedemnastu miesięcy nie udostępnia nam najważniejszych dowodów rzeczowych. Nie wiemy zatem, na czym opiera się prowadzone w Polsce śledztwo. Zdumiewa mnie, że prokuratorzy godzą się z tą upokarzającą sytuacją. Raport komisji Millera zawiera obszerną analizę stosunków panujących w 36. Pułku Lotnictwa, a miał za zadanie wyjaśnić techniczne przyczyny katastrofy. Tymczasem w tej najważniejszej sprawie eksperci opierają się na hipotezach i własnych domysłach. Wszystko zmierza do tego, żeby ogłoszona przez nich wersja wydarzeń była możliwie zbliżona do tej przedstawionej w raporcie MAK. Zastanawiam się, jak to jest możliwe. Przecież zarówno eksperci z komisji Millera, jak i prokuratorzy czują się Polakami. Są zapewne osobami kompetentnymi, tymczasem godzą się brać udział w tej tragifarsie. Pomijam osobę ministra Millera. Po powrocie z Moskwy zapewniał publicznie, że posiada kopie nagrań z czarnych skrzynek, których wiarygodność jest niepodważalna. Zaraz potem okazało się, że w nagraniu brakuje 16 kluczowych sekund. Nie mam złudzeń co do postępowania polityków walczących o zajmowane przez siebie stanowiska, ale liczyłem na rzetelność ekspertów i prokuratorów, którzy firmują swoimi nazwiskami oficjalne dokumenty. Staram się pamiętać, żeby nie mówić źle o ludziach, ale skoro uczestniczą oni w haniebnej grze, to należy im to uświadomić.

Z kim chciałby Pan kooperować w czasie pracy nad filmem?
– Współpracuję z wieloma życzliwymi mi osobami. W zeszłym tygodniu wróciłem z Gruzji. W Batumi, gdzie od kilku lat odbywa się festiwal filmowy, został pokazany „Czarny Czwartek”. Rozmawiałem też o pomocy przy realizacji filmu o katastrofie smoleńskiej. Prezydent Gruzji okazał nam wiele szacunku. Był solidarny z Polakami w dniach naszej narodowej żałoby. Przylot prezydenta Saakaszwilego do Krakowa na pogrzeb polskiej pary prezydenckiej, na którym zabrakło przedstawicieli sąsiadujących z nami krajów, był niezapomnianym gestem.

Gruzini potrafili docenić polskiego prezydenta bardziej niż niektórzy jego rodacy?
– Wizyta prezydenta Lecha Kaczyńskiego i czterech innych przywódców europejskich najprawdopodobniej zapobiegła zajęciu Tbilisi przez Rosjan. Kiedy do niej doszło, rosyjskie czołgi od stolicy Gruzji dzieliły jedynie dwie godziny drogi. Sytuacja była więc bardzo dramatyczna. Informacje, jakie docierały do nas wtedy na ten temat, były mocno okrojone i opatrzone tak okropnymi komentarzami, że wielu z nas do tej pory nie docenia wagi tamtej wizyty polskiego prezydenta w Gruzji. Doceniają ją natomiast Gruzini, okazują ogromny szacunek i wdzięczność Polsce i Polakom. Także o tym chciałbym opowiedzieć w moim filmie. Innym epizodem związanym z Gruzją jest słynne ostrzelanie kolumny samochodów na granicy z Osetią. Trudno w tym kontekście zapomnieć o słowach obecnego prezydenta, a wówczas marszałka Sejmu, Bronisława Komorowskiego: „Jaka wizyta, taki zamach”. W Gruzji istnieją przynajmniej dwa bardzo ważne miejsca związane z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Pierwsze z nich to aleja imienia Lecha i Marii Kaczyńskich w Tbilisi. Prowadzi ona z lotniska do centrum stolicy. W Batumi z kolei znajduje się bulwar imienia polskiej pary prezydenckiej. Przy tym bulwarze została także odsłonięta tablica poświęcona ich pamięci. Prezydent Bronisław Komorowski został zmuszony do złożenia tam kwiatów.

Polakom natomiast wciąż odmawia się uczczenia pamięci pary prezydenckiej.
– Nie mogę zapomnieć, że prezydent Rzeczypospolitej Polskiej miał za złe ludziom ustawienie krzyża przed Pałacem Prezydenckim. Przecież był to Krzyż Pamięci. Miał on upamiętnić nasz narodowy dramat do czasu postawienia poległym rodakom pomnika. Smutne jest to, że prezydent Komorowski kazał usunąć krzyż i nie godzi się na zbudowanie w tym miejscu pomnika. Absurdalne też wydają się argumenty prezydent Warszawy i konserwatora zabytków, że nowy pomnik na Krakowskim Przedmieściu zburzy harmonię architektoniczną tej części miasta. Brzmi to szczególnie niedorzecznie teraz, kiedy na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Karowej postawiono ohydną rzeźbę. Stanęła ona tam z okazji objęcia przez Polskę prezydencji w Unii Europejskiej. Wcześniej została ofiarowana przez autora rządowi duńskiemu. Ten, najwyraźniej chcąc się jej pozbyć, podarował ją nam. Pozostaje mieć nadzieję, że i my w podobny sposób pozbędziemy się tego okropieństwa.

W pracy nad filmem o Smoleńsku korzysta Pan z cudzych doświadczeń?
– Szalenie zaimponowali mi Gruzini. W połowie sierpnia na ekrany ich kin wszedł wyprodukowany w Stanach Zjednoczonych film pt. „Pięć dni wojny” opowiadający o wojnie rosyjsko-gruzińskiej. Jest to produkcja hollywoodzka, w której wzięli udział bardzo znani aktorzy – prezydenta Saakaszwilego gra np. Andy Garcia. Film ten został wyprodukowany za pieniądze Gruzinów mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Bardzo mi zaimponowało, że tak mały kraj, jakim jest Gruzja, posiadający zapewne niewielką diasporę w Stanach Zjednoczonych, był w stanie wyprodukować taki film. Przykład Gruzinów sprawił, że zacząłem myśleć o tym, że może w podobny sposób mógłby powstać niezależny od obecnego rządu film o Smoleńsku. Zależy mi na tym, żeby mój film nie był obciążony względami natury cenzuralnej, żeby był to film uczciwy, mówiący prawdę i przedstawiający narodową katastrofę w sposób adekwatny do rangi wydarzenia. Tragedia smoleńska jest już częścią polskiej historii i na pewno stanie się czymś ogromnie ważnym. To wydarzenie nie zniknie z naszej pamięci, wbrew temu, czego chciałoby wielu i o co wielu rządowych propagandystów się stara.

W swoim filmie chciałby Pan opowiedzieć o tym, co działo się bezpośrednio po katastrofie, czy też będzie on osadzony w szerszym kontekście czasowym?
– Mam wrażenie, że opracowałem już formułę, dzięki której film będzie miał szansę spełnić swoje podstawowe zadanie, to znaczy stać się syntezą tego, czego dowiedzieliśmy się na temat katastrofy smoleńskiej. Chciałbym opowiedzieć także o tym, co zdarzyło się przed katastrofą, ponieważ moim zdaniem – i myślę, że nie jestem w swojej opinii szczególnie oryginalny – tam należy szukać jej przyczyn. Wersja o tym, że katastrofa była wynikiem błędu czy też niedoświadczenia pilotów, jest kompletnie nieprawdopodobna. Ta sama załoga dokonała przecież rzeczy zupełnie niezwykłej – to znaczy przelotu przez Atlantyk bez autopilota. Ten fakt świadczy o tym, jak doświadczeni byli to ludzie. Kapitan Arkadiusz Protasiuk trzy dni wcześniej jako drugi pilot lądował na Siewiernym. Tymczasem przez półtora roku na temat przyczyn katastrofy wymyślano kolejne kłamstwa, a potem nas nimi karmiono. Posuwano się do tak obrzydliwych insynuacji, jak np. w przypadku śp. generała Andrzeja Błasika. Dopiero po opublikowaniu pełnego stenogramu rozmów w kokpicie okazało się, że generał Błasik podawał pilotom właściwą wysokość. Na szczęście, dzięki odwadze wielu ludzi, prawda wychodzi na jaw.

Kiedy planuje Pan rozpoczęcie zdjęć do filmu?
– Bardzo bym chciał, żeby zdjęcia rozpoczęły się wiosną przyszłego roku. Chciałbym także, by był to film spełniający standardy, do których przyzwyczajony jest współczesny widz, żeby mógł konkurować z wielkimi produkcjami zachodnimi. Będzie się to wiązało z dużym wysiłkiem. Liczę na pomoc Gruzinów, a także Polonii amerykańskiej. W tej chwili na kontynencie amerykańskim pokazywany jest film „Czarny Czwartek” – na festiwalu w Montrealu – jednym z najbardziej znaczących festiwali filmowych na świecie – otrzymał nagrodę krytyków. We wrześniu „Czarny Czwartek” został pokazany w Nowym Jorku, w tym miesiącu można go będzie zobaczyć na festiwalu polskich filmów fabularnych w Los Angeles, a w listopadzie w Chicago. Wybieram się tam, licząc na spotkanie z Polonią, która podobno jest tam świetnie zorganizowana i bierze aktywny udział w życiu kraju. Liczę, że dzięki pomocy Polaków uda mi się zrobić film na miarę wydarzenia, jakim jest tragedia smoleńska.

Czy film ma już tytuł?
– Na razie posługuję się tytułem roboczym „Smoleńsk”. Jaki będzie ostateczny tytuł, jeszcze nie wiem. Nie należy zaczynać pracy od tytułu – musi on być adekwatny do zawartości filmu. No i przyciągać uwagę. Korci mnie, aby film o Smoleńsku nazwać „Teoria spiskowa”. To ulubiony epitet przeciwników poznania prawdy. Nie wiem, czy będzie się tak nazywać, ale taki tytuł byłby usprawiedliwiony. Bo jak większość Polaków uważam, że nie znamy prawdziwych przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem. Za naszym narodowym dramatem kryje się mroczna tajemnica. Gdyby jej nie było, nie oddalibyśmy inicjatywy w ręce Rosjan, a oni nie niszczyliby pospiesznie dowodów, tylko sami zażądaliby międzynarodowego śledztwa, żeby pokazać, że nie mają nic do ukrycia.

A propos „teorii spiskowych”. Czy teraz też zostaliśmy w pewien sposób opuszczeni przez naszych sojuszników?
– Tragedia smoleńska jest nie tylko częścią naszej historii, ale pokazuje także sytuację ogólnoświatową. Jesteśmy członkami NATO, a do tej pory Sojusz Północnoatlantycki nie udzielił nam w tej sprawie żadnej pomocy. Można oczywiście powiedzieć, że sprzyja temu postawa naszego rządu z premierem na czele, ale mimo to niepokojący jest fakt, że nie ma w NATO ani w strukturach UE ludzi, którzy pomogliby Polsce w dojściu do prawdy o katastrofie smoleńskiej. Mówi to wiele o sytuacji globalnej, o obecnym układzie sił w światowej polityce.

Pana film będzie zatem adresowany do szerszej publiczności niż polska widownia?
– Myślę, że film o Smoleńsku może zainteresować nie tylko Polaków. Wielu ludzi z całego świata okazało nam w tej sprawie solidarność. Zwykli obywatele, ale i kongresmeni amerykańscy czy przedstawiciele służb będący na emeryturze, którzy mogą wypowiadać się we własnym imieniu. W filmie pragnę pokazać najważniejsze wydarzenia od 2005 roku, kiedy Naród Polski wybrał na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, aż po tragiczny lot 10 kwietnia, podczas którego zginął prezydent wraz z elitą naszego Narodu i całym dowództwem Wojska Polskiego, którego szef miał za kilka dni zostać dowódcą NATO. Przecież coś takiego nie miało prawa się wydarzyć! Tak jak nie można uwierzyć w to, że NATO do tej pory milczy.

Kto będzie bohaterem Pana filmu?
– Z pewnością prezydent Lech Kaczyński. Ale nie tylko. W filmie o Smoleńsku zamierzam wykorzystać pomysł, który w latach siedemdziesiątych Andrzej Wajda zastosował w „Człowieku z marmuru”. Świadomie chcę nawiązać do tego wybitnego filmu, który dla mojego pokolenia był niezwykłym wydarzeniem, nie tylko artystycznym. W filmie Wajdy poznajemy dramatyczne losy bohatera, Birkuta, poprzez osobiste śledztwo młodej dziewczyny kręcącej o nim film. Rolą tą zadebiutowała wspaniale Krystyna Janda. Zapewne Wajda wzorował się na arcydziele Orsona Wellesa „Obywatel Kane”, w którym tytułowego bohatera poznajemy poprzez dziennikarskie śledztwo.

Podobny zabieg zastosuje Pan w swoim filmie?
– Źycie samo podpowiedziało mi ten pomysł. Tragedia smoleńska wykreowała niezwykłą postać, Ewę Stankiewicz. Wcześniej zrealizowała z Anną Ferens znakomity dokument: „Trzech kumpli”. Po Smoleńsku stała się sumieniem Polaków. Rekonstruując w filmie prawdziwe wydarzenia, chcę stworzyć wzorowaną na niej postać. Mogłaby mieć na imię Ewa. To poprzez jej działania będziemy poznawać prawdę o dramacie, który rozegrał się nieopodal lotniska w Smoleńsku. I o wcześniejszych wydarzeniach, które doprowadziły do katastrofy.

Nie boi się Pan trudności związanych z kręceniem filmu o Smoleńsku?
– Źycie nie skąpiło mi problemów. Mogę chyba powtórzyć za detektywem Marlowem, bohaterem kryminałów Chandlera: „Kłopoty to moja specjalność”. Jednocześnie przekonałem się, że gdy się robi coś ważnego, nie sposób uniknąć trudności, liczy się tylko efekt końcowy, czy wysiłek nie poszedł na marne. Prymas Stefan Wyszyński uważał, że jeśli spełnia się wolę Bożą, musi się udać. A jeśli się nie powiedzie, widać był to pomysł ludzki. Staram się postępować zgodnie z jego słowami. Zobaczymy, jak będzie tym razem.

Dziękuję za rozmowę.

Za: Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 8-9 października 2011, Nr 235 (4166) | http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20111008&typ=my&id=my03.txt