Trup wszystko ożywia – Stanisław Michalkiewicz

Mówcie sobie co chcecie, a jednak Opatrzność jest litościwa i miłosierna. Kiedy wydawało się, że nasi Umiłowani Przywódcy postanowili cały udręczony naród zanudzić na śmierć swoimi obiecankami i chytreńkimi socjotechnicznymi chwytami, zasuflowanymi im przez filutów udających znawców ludzkich dusz – co groziło katastrofalnym spadkiem frekwencji i ryzykiem podważenia legitymizacji demokratycznego parawany, rozpiętego przez Siły Wyższe gwoli przykrycia sromoty ręcznego sterowania państwem przez aroganckie bezpieczniackie watahy z WSI czy SB – litościwa Opatrzność po raz kolejny wkroczyła w dzieje naszego nieszczęśliwego kraju, spuszczając naszym Umiłowanym Przywódcom prawdziwy dar Niebios w postaci mężczyzny, który podpalił się naprzeciwko Kancelarii Premiera Tuska. Zgodnie z napisem na sztandarze wyhaftowanym przez polskie kobiety dla Brygady Spadochronowej na obczyźnie podczas II wojny światowej: „miłość żąda ofiary”, i tym razem nie obyło się bez ofiar, a konkretnie – bez ofiary w postaci wspomnianego mężczyzny, który nie wiadomo, czy ten eksperyment przeżyje z uwagi na rozległe podobno oparzenia dróg oddechowych, co zawsze rokuje źle. W każdym razie policja dotychczas go nie przesłuchała, a kto wie, czy w ogóle zdąży przeprowadzić taki dowód, zanim mężczyzna umrze, albo zanim odbędą się wybory. Bo dopiero wtedy wspomniany dar Niebios dla naszych Umiłowanych Przywódców okaże się bezcenny.

Jak bowiem pisał Kaden-Bandrowski w znakomitej powieści o władzy „Mateusz Bigda”, trup już nic nie powie, zatem można mu w usta włożyć wszystko, zależnie od aktualnego społecznego, czy też politycznego zapotrzebowania. I już widać przygotowania do tej fazy operacji; jedne media podkreślają, że w pozostawionym przez mężczyznę liście do premiera Tuska i materiałach wysłanych do pani minister Pitery, skarżył się na resort finansów, tolerujący szwindle w urzędzie skarbowym, podczas gdy inne media podkreślają, że wiele z tych pism trafiało również do wiadomości prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który tez na nie nie reagował. Nietrudno sobie wyobrazić jazgot, jaki teraz podniesie się nad naszym nieszczęśliwym krajem. Nie tylko Umiłowani Przywódcy, ale również giermkowie z niezależnych mediów będą sobie owego mężczyznę jeszcze żywego, albo już nie, przerzucali niczym gorący kartofel. Podobna sytuacja występuje w przypadku Adolfa Hitlera, do którego nie przyznają się socjaliści – chociaż to przecież ich człowiek, przywódca partii narodowo-socjalistycznej – i próbują przykleić go do prawicy, w dodatku „skrajnej” – bo mordował Żydów. No dobrze, ale jeśli mordowanie Żydów uzasadnia zaliczanie sprawcy do prawicy, to trzeba by przyjąć, że Żydzi, to lewica, czyli – horrible dictu – żydokomuna! Ładny interes! Czy socjaliści aby na pewno wiedzą, co czynią?

Odnotowując z satysfakcją kolejny dowód miłosiernej interwencji Opatrzności w dzieje naszego nieszczęśliwego kraju, spieszę donieść, co się wyprawia na drugiej półkuli, a konkretnie – w miejscowości Palo Alto w pobliżu San Francisco. Okazuje się, ze tam właśnie mieści się cos w rodzaju nieformalnej centrali Chińskiej Partii Komunistycznej. Chodzi o to, że ci kitajscy nomenklaturowcy, którzy na chińskiej drodze do socjalizmu już wystarczająco się nakradli, obawiając się sądu zagniewanego ludu pracującego, albo jakiejś ideologicznej wolty tamtejszych partyjnych kapryśników, najsampierw po cichu wysyłają do Kalifornii rodziny, niby to gwoli odbycia studiów lub kuracji, a na koniec przybywa tam sam pater familias z walizką pełną złota, za które kupuje tam albo nawet – rezydencje.

W ten sposób tuż pod San Francisco, a właściwie – pod nosem słynnej Doliny Krzemowej rozwija się i umacnia komunistyczna jaczejka – forpoczta chińskiej ekspansji na Amerykę, aktualnie szamoczącą się pod socjalistycznymi rządami prezydenta Baracka Husejna Obamy, który właśnie dokonał odkrycia, że gwoli ulżenia nieszczęsnej doli biedaków, trzeba opodatkować bogatych. Nie jest to, powiedzmy sobie szczerze, wynalazek oryginalny, bo wpadli nań bolszewicy już w 1917 roku, ale każde pokolenie myśli, że przed nim była tabula rasa. Jak pamiętamy, kiedy w Piotrogrodzie wielką księżnę obudziła strzelanina na ulicy („za Lenina – strzelanina, za Stalina – dyscyplina”), wysłałam pokojówkę, żeby sprawdziła co się dzieje. Ta po powrocie zameldowała, że właśnie wybuchła rewolucja. – No a powiedz mi, gołąbeczko, czego właściwie chcą, ci rewolucjoniści? – Oni chcą, żeby nie było bogatych – odparła rezolutna służebnica.

Nie jest zatem wykluczone, że pod takimi światłymi rządami również Ameryka doczeka się swojej rewolucji bolszewickiej tym bardziej, ze za sprawą systemu podatkowego rosną szeregi proletariatu i to w dodatku – cudzoziemskiego chowu. Oto kiedy objeżdżaliśmy słynną Dolinę Krzemową, z której, co prawda, dzisiaj pozostała już raczej legenda i okazałe budynki zarządów firm, które produkcję poprzenosiły do Chin lub Indii – chociaż trafiają się jeszcze i firmy małe, zatrudniające nie więcej niż 100 osób i nawiązujące do tamtej heroicznej legendy – uderzyło mnie, że wśród pracowników wychodzących na lunch, prawie wcale nie ma ludzi białych, tylko Chińczycy i Hindusi. Towarzyszący nam polski inżynier, nawiasem mówiąc, przed trzema laty z jednej firm w tej Dolinie zwolniony, wyjaśnił, że to są pracownicy zakontraktowani w Indiach czy Chinach na 5 lat i teoretycznie po tym czasie powinni wrócić do ojczyzny. Sądziłem tedy, że amerykańscy krwiopijcy płacą tym Hindusom i Kitajcom najwyżej 10 procent stawki białych pracowników, ale ze zdumieniem dowiedziałem się, że mają oni stawki co najmniej takie same, a niekiedy nawet wyższe.

Na czym w takim razie polega interes w ich sprowadzaniu do USA? Okazało się, że sprawcą całego zamieszania jest – jak zresztą zwykle – rząd. Oto dzięki zatrudnianiu cudzoziemskich pracowników, amerykańskie firmy utrzymują, że one tylko usługowo realizują zagraniczne projekty, dzięki czemu unikają płacenia amerykańskiego podatku – i na tym właśnie polega interes z tymi Hindusami i Chińczykami. W tym momencie przypomniało mi się spostrzeżenie Stefana Kisielewskiego, że socjalizm bohatersko walczy z problemami nie znanymi w innym ustroju – ale skoro tak, to znaczy socjalizm zapuścił już korzenie i w Ameryce. W tym – co tu ukrywać – smętnym obrazku jest przecież i światełko w tunelu. Licealiści francuscy na pierwszym miejscu wśród celów życiowych postawili bezpieczeństwo – żeby nikt ich z pracy nie mógł wywalić i żeby dostawali socjal. Licealiści amerykańscy – własne przedsiębiorstwo. Znaczy – duch jeszcze nie wywietrzał.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    30 września 2011

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2212

Skip to content