Libia rozkłada nogi? – Stanisław Michalkiewicz

Funkcjonujące w naszym nieszczęśliwym kraju Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało z siebie oświadczenie wyrażające zadowolenie z rychłego końca 42-letniego reżymu pułkownika Muammara Kaddafiego. Ten rychły koniec nadchodzi za sprawą rebeliantów, którzy się przeciwko pułkownikowi Kaddafiemu zbuntowali i ostatnio zajęli nawet Trypolis – z wyjątkiem twierdzy Bab-al-azija, w której złowrogi Kaddafi się broni. „Już w gruzach leżą Maurów posady, naród ich dźwiga żelaza. Bronią się jeszcze twierdze Grenady, ale w Grenadzie zaraza”. Okazuje się, że Adam Mickiewicz wszystko przewidział – nawet „zarazę”, to znaczy – pułkownika Muammara Kaddafiego, no i gruzy, a także „żelaza”, czyli broń, z której rebelianci tak chętnie strzelają w powietrze, kiedy pojawi się przed nimi jakaś telewizyjna kamera. Zamiast Grenady powinna być oczywiście Bab-al-azija – ale nie bądźmy drobiazgowi.

W tej sytuacji nietrudno się dziwić Ministerstwu Spraw Zagranicznych, że wyraża zadowolenie; 42 lata to stanowczo za dużo, a co za dużo – to niezdrowo, zwłaszcza, gdy przez 42 lata panuje „zaraza”. Ciekawe, że funkcjonujące w naszym nieszczęśliwym kraju Ministerstwo Spraw Zagranicznych 42 lata temu też wyrażało zadowolenie, tylko z innego powodu – że mianowicie „zaraza” w osobie pułkownika Kaddafiego przejęła w Libii władzę na skutek obalenia tamtejszego króla Idrisa. To znaczy – powód w gruncie rzeczy był ten sam, tylko inne okoliczności. Obalenie króla Idrisa i objęcie władzy przez pułkownika Kaddafiego stwarzało nadzieje dla nadzorujących podówczas nasz nieszczęśliwy kraj Sowieciarzy, że usadowią się w Północnej Afryce i będą ją po swojemu uszczęśliwiać – żeby wszystkim było tak dobrze, jak im w cudnym raju. Nasz nieszczęśliwy kraj miał w tym uszczęśliwianiu partycypować i w tym celu nasi Umiłowani Przywódcy, w osobach między innymi generała Wojciecha Jaruzelskiego, bardzo się z „zarazą” zaprzyjaźnili, posyłali „zarazie” broń, budowali jej drogi i różne inne obiekty, a także wysyłali do „zarazy” najlepszych synów naszego nieszczęśliwego kraju, żeby zdobywali tam szlif dyplomatyczny. Co „zaraza” naszemu nieszczęśliwemu krajowi dała w zamian – tego już dzisiaj się nie dowiemy. W każdym razie wyrazów szczerej sympatii „zaraza” nam nie szczędziła.

Nawiasem mówiąc, rozwój sytuacji w Libii pokazuje, że sytuacja rewolucyjna w jakimś kraju zachodzi wtedy, kiedy jakieś inne, zwłaszcza wpływowe państwo, albo przynajmniej – jakiś bogaty grandziarz w rodzaju, dajmy na to – „filantropa” – objawi zainteresowanie wywołaniem tam rewolucji i futruje rewolucjonistów zarówno pieniędzmi, jak i bronią, a w miarę potrzeby – wspiera ich również bezpośrednio w ramach tzw. „kinetycznej operacji militarnej”. Rewolucjoniści-teoretycy myślą, że sytuacja rewolucyjna powstaje w momencie, gdy lud jest niezadowolony z Umiłowanych Przywódców. Ale lud zawsze, albo prawie zawsze jest ze swoich Umiłowanych Przywódców niezadowolony, jeśli nawet nie w całości, to w części – ale rewolucje jakoś nie wszędzie chcą wybuchać. „Bo nie zrozumie prosty lud nigdy potężnej duszy władcy” – pisał proroczo Janusz Szpotański w zakończeniu poematu „Caryca i zwierciadło” – „dlatego musi świszczeć knut i muszą dręczyć go oprawcy.

Tymczasem kiedy taki, dajmy na to, „filantrop”, wyłoży niechby nawet głupie 20 mln dolarów, to zaraz na Majdanie Niepodległości powstaje namiotowe miasteczko płomiennych rewolucjonistów, pokojowym manifestacjom nie ma końca, aż wreszcie znękany tyran ustępuje, dla niepoznaki i ratowania twarzy pozwalając dojść do głosu demokracji, to znaczy – głosy liczone są przez konfidentów, czyli mężów zaufania prawidłowo, na korzyść tego, który w następstwie dyskretnych, magdalenkowych ustaleń, ma wygrać. Ludzie się radują, bo myślą, że to wszystko naprawdę, a tymczasem kraj rozkłada się na wznak przed sponsorem rewolucji, który przecież zainwestowane miliony musi sobie zrekompensować krociowym zyskiem. Dlatego i w naszym nieszczęśliwym kraju rewolucja w 1989 roku się udała, ale teraz – mowy nie ma! Nikt na żadną rewolucję u nas nie pozwoli; ani Nasza Złota Pani Aniela, która ma względem nas swoje plany – ani zimny czekista Putin, który pragnie tylko, byśmy się z nim „pojednali”, ani wreszcie prezydent Obama – skoro na szczycie NATO w Lizbonie zgodził się na proklamowanie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja – a jakże robić strategiczne partnerstwo, albo niechby nawet „pojednanie” – bez konfidentów?

W Libii, to co innego. Tam rewolucja kierowana jest przez Przejściową Radę Narodową, której uczestnicy – jak przypuszczam – już dawniej przewerbowali się do razwiedek państw sponsorujących, albo zrobią to lada dzień. Polska też należy do grona sponsorów, o czym świadczy choćby odmowa ministra Sikorskiego odpowiedzi na pytanie, czy Polska przekazywała libijskim rebeliantom broń. Wiadomo, że na takie pytanie minister Sikorski nie może odpowiedzieć – po pierwsze dlatego, że ma to surowo zabronione od starszych i mądrzejszych, a po drugie – że nawet gdyby nie miał zakazane, to też by nie odpowiedział, „bo kłamać nie umie”. Czy już wszyscy się śmieją? Jeśli tak, to dobrze i możemy przejść do sprawy najważniejszej, to znaczy – co z libijskiej rewolucji będzie miał nasz nieszczęśliwy kraj.

Jak bowiem pamiętamy, kiedy za sprawą decyzji prezydenta Kwaśniewskiego i premiera Millera nasz nieszczęśliwy kraj wziął udział w pokojowej operacji wyzwalania Iraku spod władzy złowrogiego Saddama Husajna, najbardziej nam zależało na wprowadzeniu tam demokracji – żeby i Irakijczycy byli tak samo szczęśliwi, jak my. Oczywiście ci, co najbardziej się przy wprowadzani demokracji w Iraku zasłużyli, zostali wynagrodzeni z gadzinowego funduszu amerykańskiego, rozprowadzonego za pośrednictwem NUR Corporation, z którym w naszym nieszczęśliwym kraju kolaborować miała firemka Ostrowski Arms. Kto tam ile tego szmalcu wziął i gdzie schował – mniejsza o to – niech mu będzie na zdrowie.

Natomiast nasz nieszczęśliwy kraj został z podziału irackich łupów wyślizgany i kiedy nasze niezwyciężone wojska wreszcie opuściły demokratyczny Irak, niepodobna było nigdzie się dowiedzieć, czy wygraliśmy tę pokojową operację, czy nie. No bo jeśli wygraliśmy – to gdzie jeńcy, gdzie łupy, gdzie branki? A jeśli przegraliśmy, to kto powinien zostać powieszony? Przecież nie Andrzej Lepper, nieprawdaż? Więc żeby w Libii nie powtórzyło się to samo, co w Iraku, trzeba tę sprawę monitorować zawczasu, zanim jeszcze rewolucyjna Libia rozłoży nogi przed sponsorami tamtejszej rewolucji – jaka część łupów powinna przypaść naszemu nieszczęśliwemu krajowi za futrowanie rewolucjonistów bronią i kto ma dać forsę – czy przejściowa Rada Narodowa, czy Amerykanie, czy bezcenny Izrael – no i przede wszystkim – na ile będziemy mogli Libię obrabować, to znaczy pardon – oczywiście uczestniczyć w odbudowie ze zniszczeń i w ogóle. Rozumiem, że starsi i mądrzejsi ministru Sikorskiemu, którego niedawno sam generał Sławomir Petelicki awansował na męża stanu czasu wojny, już to wszystko obiecali. Skoro tak, to warto rozejrzeć się za następnym krajem, gdzie można by najpierw zrobić rewolucję, a potem go odbudować. W końcu mamy kryzys i trzeba się uwijać.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    gazeta internetowa „Super-Nowa” (www.super-nowa.pl)    25 sierpnia 2011

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2173

Skip to content