„Wyborcza” ocenzurowała uniwersytet


Z prof. Tadeuszem Marczakiem, odwołanym wczoraj dyrektorem Instytutu Studiów Międzynarodowych na Uniwersytecie Wrocławskim, organizatorem zablokowanej konferencji naukowej na temat polityki historycznej w krajach sąsiadujących z Polską, rozmawia Mariusz Bober

Wczoraj odbyła się Rada Instytutu Stosunków Międzynarodowych. W jej trakcie prof. Romuald Gelles postawił kwestię dymisji dyrektora. Natomiast prof. Klaus Bachmann zgłosił formalny wniosek o odwołanie Pana z funkcji dyrektora Instytutu. Wniosek ten większością głosów został przyjęty. Jak Pan ocenia tę decyzję?
– Na razie nie chcę jej komentować.

„Gazeta Wyborcza” programuje funkcjonowanie Uniwersytetu Wrocławskiego?
– Sam się nad tym zastanawiam. W przyszłym roku nasz zakład planuje zorganizowanie dwóch konferencji. Pierwsza nosi tytuł „Geopolityka współpracy regionu bałtycko-czarnomorsko-kaspijskiego”, druga „Czy grożą nam nowe rugi pruskie. Niemieckie roszczenia majątkowe wobec Polski i Polaków”. Ale chyba na przyszłość będę musiał składać najpierw podanie o pozwolenie na zorganizowanie konferencji naukowej i zatwierdzenie prelegentów do lokalnej mutacji „GW” za pośrednictwem naszego rektora… Niestety, nie jest to do końca żart, bo jedna z moich koleżanek z uczelni wpadła na pomysł, aby przedstawiać wcześniej skład prelegentów do zatwierdzenia na uniwersytecie. Sformułowano więc coś, co można nazwać doktryną ograniczonej wolności słowa, na wzór breżniewowskiej doktryny o ograniczonej suwerenności. Dla mnie to jest nie do przyjęcia.

Władzom i wykładowcom Uniwersytetu Wrocławskiego to nie przeszkadza?
– Do tej pory nie zauważyłem wyraźnego sprzeciwu.

To może warto się zastanowić, jaki jest stan wolności badań naukowych w Polsce. Czy to tylko środowisko „GW” ma monopol na formułowanie jej wykładni?
– To jest podstawowy problem. Śledząc wypowiedzi internautów w tej sprawie, zauważyłem, że wielu ma skojarzenia z poprzednią epoką, że może zmienił się trochę ten ogólny wykonawca, ale w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło, zwłaszcza trzymanie się jedynie słusznej linii i pilnowanie jej przestrzegania. Natomiast w odniesieniu do zaistniałej sytuacji trzeba by stwierdzić, że mogą być tylko jedynie słuszni prelegenci. Jest to sytuacja, która mnie niepokoi i smuci. Bowiem dotąd całkiem inaczej oceniałem zachowanie różnych osób. I nagle okazuje się, że byłem w błędzie, że są podejmowane próby nakładania naukowcom kagańca w doborze tematów i referentów. A wydawało mi się, że to są zachowania z minionej już epoki.

Tym bardziej że nie ma już SB, ZOMO ani oficjalnej cenzury…
– Dlatego gdy rozmawiałem z dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, przypomniałem sobie swoją młodość. Przypomniałem sobie, jak w czasach PRL wzywano mnie na wrocławską „ul. Mysią”, gdzie mieścił się Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Dziennikarz „Wyborczej” pytał mnie, czy nie obawiam się, że szkodzę, zapraszając do udziału w konferencji taką osobę, jak prof. Jerzy Robert Nowak, itd.

Widać więc, kto dziś pełni funkcję żandarma poprawności politycznej w Polsce. Wydawałoby się jednak, że taki wpływ gazety na środowisko naukowe w demokratycznym kraju jest możliwy tylko o tyle, o ile sami naukowcy i uczelnia na to pozwalają…
– Pluralizm poglądów jest bardzo ważny. Niebezpieczeństwo polega na tym, że jedna strona monopolizuje wpływ na środowisko naukowe.

Jak Pan ocenia zachowanie swoich kolegów z Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy krytykowali Pana za zaproszenie na konferencję prof. Jerzego Roberta Nowaka? Czy rzeczywiście uważają, że należy zabraniać niektórym naukowcom wzięcia udziału w dyskusji naukowej, czy też ulegli nagonce „GW”?
– Trudno mi powiedzieć, z czego wypływają ich opinie. Sprawa jest o tyle zastanawiająca, że wysyłaliśmy zaproszenia na konferencję do niewielu osób. Tymczasem w sprawie konferencji wypowiadali się koledzy w ogóle niezajmujący się tematyką historyczną, m.in. biolog i filolodzy. Zresztą „GW” tak zniekształciła informacje na temat konferencji, że wynikało z nich właściwie, iż prof. Nowak będzie jedynym jej uczestnikiem. W tej sytuacji żaden pracownik naukowy nie zwrócił się do nas o wyjaśnienie, ale chętnie wypowiadali się dla „Gazety”. Z przykrością muszę więc powiedzieć, że zachowali się jak ludzie, którym do wydania osądu nie jest potrzebna znajomość faktów. Rozczarowała mnie też postawa mojego byłego nauczyciela, prof. Wojciecha Wrzesińskiego. Jego postawę odbieram jako próbę storpedowania konferencji na temat polityki historycznej, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co dzieje się wokół Polski. Ta sprawa powinna każdemu historykowi w Polsce leżeć na sercu, a prof. Wrzesiński jest właśnie historykiem. Mamy niepokojące sygnały, dochodzące przede wszystkim z Niemiec i Rosji. Konferencja miała pokazać to zjawisko. Moim zdaniem, użyto pretekstu, by storpedować konferencję poruszającą tak ważny temat.

Myśli Pan, że chodziło bardziej o temat konferencji niż o osobę prof. Nowaka?
– Takie jest moje zdanie.

Po lekturze artykułów w „GW” można odnieść wrażenie, że chodziło być może także o zajmowane przez Pana stanowisko. „Gazeta” wręcz zaklinała Pana dymisję.
– Rzeczywiście, zapowiadano wcześniej moje odwołanie. Jednak można stwierdzić, że w porównaniu z okresem PRL jest to łagodny wymiar kary. Bardziej martwi mnie los inicjatyw, które podejmowałem w ISM. Stworzyłem na Uniwersytecie Wrocławskim zakład badań nad geopolityką, wydajemy – co prawda w skromnym nakładzie, ale – mający pewne oddziaływanie periodyk pt. „Racja stanu”. Niestety, jest on wciąż nieosiągalny na rynku, a finansowany na razie wyłącznie przez uczelnię. Tymczasem trzeba budzić refleksję na temat realizowania tej zasady.

W takim razie, jak wygląda w Polsce realizowanie naszej racji stanu w odniesieniu do sprawy tzw. polityki historycznej, z której nasi sąsiedzi robią narzędzie wywierania presji m.in. na nasz kraj? Niestety, dla wielu polityków, publicystów, a także naukowców to wciąż chyba abstrakcyjne zagrożenie.
– Symptomy zmian polityki naszych sąsiadów, zwłaszcza Rosji i Niemiec, były widoczne już dawno temu. Niestety, w Polsce nie zajmowano się tym. Gdy przed wielu laty padało nazwisko Eriki Steinbach, bagatelizowano ją, wmawiając Polakom, że nie ma ona żadnego wpływu na niemiecką politykę. Tymczasem gdyby wtedy np. sprawdzono, jakie koncerny niemieckie i jakimi kwotami wspierają Związek Wypędzonych, okazałoby się, że nie jest to wcale osoba z marginesu publicznego. Dziś mamy już na to dowody. Podobnie sytuacja wygląda w Rosji. Nawiązywanie w obecnej chwili do tradycji rosyjskiego imperializmu, próba rehabilitacji stalinizmu i Stalina jako twórcy tego imperium, jest bardzo niepokojące. Również ta tendencja była widoczna już od lat. W Polsce niemal niezauważona została książka Aleksieja Mitrofanowa „Kroki nowej geopolityki”. Ten zastępca Władimira Źyrinowskiego, przywódcy rosyjskich nacjonalistów, i wnuk sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Jurija Andropowa wzywał w ostatnich latach do rozbioru Polski między tych samych co dawniej „kontrahentów”. Znalazłem tylko dwie wzmianki na ten temat w Polsce. Widać więc, że ktoś zauważył tę pozycję, ale nikt nie bił na alarm. Tymczasem ten człowiek pełni istotną funkcję na scenie politycznej Rosji i nie jest wcale odosobniony w swoich poglądach. Dlatego trudno mi zrozumieć, skąd bierze się w Polsce to niezauważanie czy bagatelizowanie takich zagrożeń.

Czy takie poglądy można przypisać jedynie wpływom, jakie ma polityka odbudowywania imperium prowadzona przez byłego prezydenta, a obecnego premiera Władimira Putina?
– Warto przywołać tu opinię Jegora Gajdara [byłego wicepremiera w okresie rządów Borysa Jelcyna, obecnie krytyka polityki W. Putina – przyp. red.], który w swojej ostatniej książce skrytykował swojego byłego szefa za niedokonanie w Rosji rozrachunku z komunistyczną przeszłością. Porównał to z analogicznym problemem w Republice Weimarskiej, gdzie również nie dokonano rozrachunku niemieckiej polityki w okresie I wojny światowej. W efekcie w Republice Weimarskiej powszechnie krytykowano postanowienia traktatu wersalskiego, co stało się pożywką dla hitleryzmu. Gdy dziś w Niemczech eksponuje się krzywdy, których jakoby doznali podczas II wojny światowej obywatele tego kraju, to jest to również próba budowy agresywnych postaw w przyszłości. To nie jest akcja okolicznościowa. Za tym kryje się zapewne program polityczny. Obecnie mamy do czynienia z wielu takimi niebezpiecznymi sygnałami. Co prawda mamy też sojuszników do analizowania tych zagrożeń, ale trochę czujemy się osamotnieni.

Nagonka „GW” zablokuje dyskusję naukowców na ten ważny temat polityki historycznej?
– Myślę, że na dłuższą metę nie uda się zablokować poruszania tego tematu. Nie można już dłużej chować głowy w piasek przed tak poważnym zagadnieniem, jakim jest polityka historyczna naszych potężnych sąsiadów.

Do tej pory sprawa polityki historycznej – zarówno u naszych sąsiadów, jak i w Polsce – była przez nasze władze i elity ignorowana?
– Tak jak wiele innych zagrożeń. W ubiegłym roku zorganizowaliśmy konferencję na temat bezpieczeństwa energetycznego. Razem z naszymi gośćmi wskazywaliśmy na zagrożenia dla Polski w tym zakresie, ale jeszcze bardziej na szanse, jakie mamy i które, naszym zdaniem, są większe niż zagrożenia. Po stronie szans wskazywaliśmy zwłaszcza na szersze wykorzystanie źródeł geotermalnych. Niestety, zasięg naszego oddziaływania był niewielki.

Dziękuję za rozmowę.

Za: Nasz Dziennik, Czwartek, 11 grudnia 2008, Nr 289 (3306)

Skip to content