Przedwyborcze harce jurydyczne – Stanisław Michalkiewicz

Ach, przed jakim trudnym zadaniem zostało postawionych piętnastu biednych ludzi! To znaczy – sędziów Trybunału Konstytucyjnego, którzy na rozkaz rządzących naszym nieszczęśliwym krajem Sił Wyższych mieli wykombinować uzasadnienie prawne dla zmian systemu wyborczego, wprowadzonych przez tak zwany „kodeks wyborczy” – potworną kobyłę, której przeczytanie, a cóż dopiero – zrozumienie przekracza możliwości umysłu ludzkiego – uchwaloną na początku tego roku w celu umożliwienia razwiedczykom obsadzenia Sejmu i Senatu wedle swojego upodobania, a ściślej – według ustalonego w międzygangowym kompromisie układu sił. Oligarchizacja politycznej sceny posunęła się tak daleko, że razwiedka nie potrafi już ukryć ręcznego sterowania demokratyczną fasadą naszego demokratycznego państwa prawnego, chociaż, gwoli kamuflażu, kazała Umiłowanym Przywódcom przeforsować rzeczony kodeks. Jeszcze raz sprawdza się spostrzeżenie Tacyta, że im słabsze państwo, tym więcej w nim ustaw i rozporządzeń.

Ale samo wydanie ustawy, to jedna rzecz, a przekonanie ludności tubylczej, że wszystko jest w najlepszym porządku, to rzecz inna. Z tego ostatniego względu nie można było otwartym tekstem wpisać do kodeksu zasady, że posłem lub senatorem może zostać tylko kandydat zatwierdzony przez oficera prowadzącego za pośrednictwem odpowiedniej instancji partyjnej, więc wykombinowano rozmaite rozwiązania zastępcze, na podobieństwo potraw w rodzaju węgorza z drobiu w opakowaniu zastępczym, zachwalanych przez reżymową telewizję jako „smakołyki” w schyłkowym okresie najmiłościwszego panowania Edwarda Gierka. I te umysłowe wydzieliny Wysokiej Izby dostał do przeżucia Trybunał Konstytucyjny. Jakże w tej sytuacji nie współczuć biednym sędziom, którzy z pewnością odczuwali ciężar zadania, zrzuconego na ich barki przez Siły Wyższe.

Dowodem ciężaru tego brzemienia były wielogodzinne narady, jakie Trybunał odbywał ku irytacji niezależnych dziennikarzy, zapewnie swoimi kanałami zawczasu poinformowanych o ostatecznym wyniku – ale pozory praworządności zachować przecież było trzeba. Wreszcie rada w radę sędziowie uradzili, że kodeks wyborczy jest – jakże by inaczej – zasadniczo z konstytucją zgodny, chociaż nie we wszystkich szczegółach. I tak na przykład okazało się, że o ile wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych do Senatu konstytucji nie narusza, to pomysł dwudniowych wyborów – jak najbardziej, podobnie jak zakaz posługiwania się przez wyborcze komitety billboardami i telewizyjnymi reklamówkami. Ale znowu dla symetrii zgodne z konstytucją jest głosowanie przez pełnomocnika. Słowem – Trybunał wydał wyrok salomonowy, zgodnie z zasadą: Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek.

Inna rzecz, że nie wszystkim sędziom takie nachalstwo się spodobało, o czym świadczyło aż dziewięć zdań odrębnych na 15 uczestników składu sądzącego. Zdanie odrębne złożył nawet pan prezes Rzepliński dotychczas znany raczej z posiadania poglądów takich, jak trzeba. Ale jakże inaczej, kiedy – co zauważył sędzia Mirosław Granat – kodeks wyborczy był już cztery razy nowelizowany, a w przygotowaniu jest nowelizacja piąta? Wprawdzie pan sędzia taktownie już tego nie dopowiedział, ale sami przecież widzimy, że kiedy w rządzącym naszym nieszczęśliwym krajem bezpieczniackim dyrektoriacie trwa walka buldogów pod dywanem, to musi się to przekładać na ustawodawstwo, zwłaszcza – ustawodawstwo wyborcze. Najważniejszym tedy postanowieniem, które okazało się z konstytucją zgodne, wydaje się możliwość głosowania przez pełnomocnika. W ten sposób wilk może być syty i owca cała, bo wystarczy, że każdy legat bezpieczniackiego dyrektoriatu pozbiera pełnomicnictwa od swoich konfidentów i ich rodzin i zagłosuje jak trzeba. Dajmy na to, pan minister Graś, który zresztą żadnym legatem bezpieczniackim nie jest, a jego nazwisko wymieniam tutaj tylko przykładowo, mógłby pozbierać pełnomocnictwa od „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, następnie, przemieszczając się rządowym śmigłowcem z jednego okręgu wyborczego do drugiego, wsypywać do urn karty do głosowania z załączonymi pełnomocnictwami, albo nawet i bez pełnomocnictw, żeby zasada tajności była zachowana i w ten sposób Platforma Obywatelska uzyskałaby tyle głosów, ile tam zaplanowano w gronie starszych i mądrzejszych. Bo powiedzmy sobie szczerze – osobiste głosowanie, zwłaszcza tajne, zachęca ludzi do różnych figlów, podczas gdy głosowanie przez pełnomocników czyni naszą młodą demokrację znacznie bardziej przewidywalną.

Ideałem byłoby, gdyby wszyscy obywatele wystawili pełnomocnictwa panu prezydentowi Komorowskiemu, który w ich imieniu zagłosowałby idealnie – dzięki czemu można by zaoszczędzić mnóstwo pieniędzy i czasu. A gdyby jeszcze – co forsował sędzia Marek Kotlinowski, ongiś jeden z filarów („bo Berman oraz Minc Hilary, ludowej władzy dwa filary…”) Ligi Polskich Rodzin – uznać dwudniowe głosowanie za zgodne z konstytucją, to przewidywalność naszej młodej demokracji mogłaby okazać się stuprocentowa, jak za czasów Józefa Stalina. Oczywiście reakcja zawsze będzie sypała piasek w szprychy i opóźniała marsz ku świetlanej przyszłości, więc PiS werbuje swoich zwolenników do Korpusu Ochrony Wyborów, którzy mają sprawdzać, czy nikt przypadkiem tych wyborów nie fałszuje. Ciekawe ilu konfidentów znajdzie się wśród ochotników do Korpusu – bo chyba nikt nie ma złudzeń, że razwiedka będzie starała się umieścić ich właśnie tam. Nawiasem mówiąc, to przedwyborcze zamieszanie dowodzi tajemniczości świata, bo przecież nasz nieszczęśliwy kraj od czasu przyłączenia do Unii Europejskiej został całkowicie ubezwłasnowolniony. Niby wszyscy o tym wiedzą, a przecież mimo to w miarę zbliżania się terminu wyborów emocje sięgają zenitu.

Niezależnie od tego miniony tydzień pozostaje pod znakiem niezawisłych sądów. Właśnie niezawisły sąd zakończył aferę Rywina, a właściwie – Michnina – bo przecież Rywin nie składał korupcyjnej propozycji sobie samemu, tylko redaktoru Michniku, który przynajmniej przez pewien czas sprawiał wrażenie zainteresowanego – oczywiście jak wiadomo, tylko dla potrzeb sławnego dziennikarskiego śledztwa, niemniej jednak. Któż zresztą może wiedzieć, czy i Rywin przypadkiem nie udawał, żeby osobiście przekonać się o niezłomności cnoty pana redaktora? Więc epilogiem afery Michnina jest wyrok 8 miesięcy więzienia, na jaki niezawisły sąd skazał był Aleksandrę Jakubowską w zawieszeniu na dwa lata. Warto przypomnieć, że i Rywin odsiedział swoje, zresztą pociągnięty do odpowiedzialności razem z synem, zgodnie z biblijną zasadą karcenia za grzechy ojców również dzieci – do dziesiątego pokolenia.

Ponieważ niezawisłe sądy najwyraźniej nie chcą się redaktoru Michniku sprzeciwiać, to właśnie pani sędzia Małgorzata Sobkowicz-Suwińska nakazała Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi przeprosić spółkę „Agora”, bo okazało się, że redaktorzy „Gazety Wyborczej” kochają Polskę prawie tak samo, jak Izrael, a chrześcijaństwo – prawie tak samo, jak judeochrześcijaństwo, no a od sprośnych błędów luksemburgizmu odcinają się zdecydowanie. Niestety towarzyszący w sądzie Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi przedstawiciele mniej wartościowego narodu tubylczego, zamiast padłszy ekspiacyjnie na kolana oddać cześć i chwałę spółce „Agora”, wykrzykując „hosanna!”, albo coś w tym rodzaju – wznosili okrzyki : „hańba!”, a nawet – o czym ze zgrozą informuje „Gazeta Wyborcza” – wysuwali „daleko idące zarzuty” wobec sądu i naczelnego redaktora „GW”. Od razu widać, że ten mniej wartościowy naród tubylczy coraz bardziej pogrąża się w sprośnych błędach Niebu obrzydłych, więc sytuacja chyba dojrzała do roztoczenia nad nim kurateli starszych i mądrzejszych?

Proces goni proces, bo oto jeszcze nie ucichły echa wstrząsu jakiego doznał czciciel Lecha Wałęsy pan mecenas Rydygier na widok zniewag i zelżywości spotykających „mędrca Europy”, to do niezawisłego sądu wystąpił pan Józef Drogoń, żądając od Pawła Zyzaka, autora pikantnej biografii Lecha Wałęsy, by wycofał ze swojej książki bodajże 10 zdjęć jego autorstwa. Pan Drogoń utrzymuje, że pozwolił panu Zyzakowi na wykorzystanie ich tylko w pracy magisterskiej, a nie w książce wydanej dla celów komercyjnych. Ciekawe, w jaki sposób Kukuniek zmłotował pana Drogonia, czym go nastraszył, albo posmarował, że wykorzystuje go w charakterze narzędzia do wycofania książki Pawła Zyzaka z rynku – bo taki byłby przecież skutek ewentualnego wyroku sądowego. Nic tak nie gorszy, jak prawda, więc nic dziwnego, że nie tylko sam bohater książki, ale cały Salon, nawet z udziałem Jego Ekscelencji Nieboszczyka, nie szczędził słów potępienia dla Pawła Zyzaka i jego książki, której dla jej nieczystości, żaden z krytyków nie wziął do ręki nawet przez papierek. Najwyraźniej nie mogąc doczekać się likwidacji wolności słowa metodą rewolucyjną, poprzez przywrócenie cenzury prewencyjnej, idąc śladem redaktora Michnika, również Lech Wałęsa stawia na ograniczenie i likwidację wolności słowa w naszym nieszczęśliwym kraju drogą ewolucyjną, za pośrednictwem niezawisłych sądów, które powinności swojej służby najwyraźniej rozumieją coraz lepiej.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=2135

Skip to content