Katolik wobec królestwa błędu – Łukasz Kluska

Jest rzeczą oczywistą, że prawda istnieje, ten bowiem, kto przeczy istnieniu prawdy, przyznaje, że prawda istnieje. Jeśli prawda nie istnieje, to prawdą musi byc to, że prawda nie istnieje” (Św. Tomasz z Akwinu).

Gdy słynny niemiecki poeta Henryk Heine stanął pewnego razu przed monumentalną budowlą katedry w Antwerpii, widok arcydzieła gotyckiej sztuki skłonił go do wyrażenia niezwykle głębokiej myśli: „Jene Zeiten hatten Dogmen, wir haben nur Meinungen: mit Meinungen… aber baut man keine Dome – tamte czasy miały dogmaty, my mamy tylko mniemania, a nimi nie można budować katedr”.

Katedra pw. Najświętszej Maryi Panny w Antwerpii

Oto doskonała diagnoza czasów w którym przyszło nam żyć, słowa których przesłanie wiernie oddaje istotę najbardziej koszmarnego błędu współczesnego świata. Fundamentalny błąd obecnej epoki polega bowiem na niczym innym jak kapitulacji ludzkiego umysłu wobec obiektywnej prawdy, na powszechnym dziś przekonaniu, że nie istnieje żadna prawda wykluczająca błąd. Kierując się tym przekonaniem nowoczesny świat podniósł błąd do godności prawa, do rangi równej prawdzie, innymi słowy przyznał kłamstwu i prawdzie ten sam status ontologiczny, czyniąc gwałt zdrowemu rozsądkowi. Jeśli niekiedy błąd może lub wręcz powinien być tolerowany – wyrwanie chwastu może czasem również zniszczyć i posiane zboże – obecne jednak wynoszenie go na piedestał prawa to największe szaleństwo świadczące o zepsuciu samych podstaw ludzkiego myślenia.

To absurdalne mniemanie zatruło dziś niemal wszystkie dziedziny życia społecznego, a nade wszystko osłabia najwyższą władzę człowieka, przez którą podobny jest on aniołom – atakuje bowiem sam jego rozum w najbardziej newralgicznym punkcie. W czym przejawia się ta aberracja? Jeśli weźmiemy do ręki konstytucję lub kodeks cywilny któregokolwiek ze współczesnych państw przeczytamy w nich zgodnie o ludzkim prawie do wolności sumienia. Gdy sięgniemy po gazety – niezależnie od ich spektrum światopoglądowego – racje w nich przedstawiane dziennikarze zgodnie motywują prawem do wolności prasy. Gdy przekroczymy gmachy nowoczesnych szkół i uniwersytetów, profesorowie wykładający tam najbardziej odrażające poglądy bronią ich, powołując się na prawo do wolności myśli i wypowiedzi, w klinikach aborcyjnych usłyszymy głos lekarzy podnoszący prawo kobiet do „wolności od macierzyństwa”, zaś gdy przekroczymy mury modernistycznych świątyń, kapłani pouczą nas zgodnie z błędami II Soboru Watykańskiego o prawie każdego człowieka do wolności religijnej.

Immanuel Kant (1724-1804) – protoplasta modernistycznej herezji

Co to wszystko oznacza? Czym jest prawo do wolności sumienia, prasy, wyznania? Są to niewątpliwie filary zasad, na których oparty jest cały współczesny świat, ale w istocie sprowadzają się one tylko do jednego przekonania: „Prawda nie ma dla nas znaczenia.” Jest to esencja dziedzictwa rewolucji francuskiej.

Biedne, chore stworzenia

Najgorszą chorobą współczesnej epoki, polegającą na powszechnym zatraceniu przez ludzi sensu obiektywnej prawdy, dzisiejszy świat zaraził się od niemieckiego filozofa Immanuela Kanta (1724-1804). Kant główne ostrze swoich szaleńczych poglądów wymierzył bowiem w samą istotę prawdy. Zaatakował on prawdę poprzez podważenie jej obiektywnego, czyli wykluczającego każdy błąd charakteru. Negatio proprietatum est deletio naturae – zaprzeczenie właściwości jakiejś rzeczy jest zniszczeniem samej jej natury. Przed Kantem, ludzie – prości czy wykształceni – wiedzieli, że prawdą jest po prostu to co istnieje, rzeczywistość której trzeba się podporządkować. Wiedzieli że prawda to nic innego jak zgodność rozumu z przedmiotem swego poznania – adequtio rei et intellectus. Współczesnej chorobie umysłów odpowiada współczesna pycha ludzka: nowoczesny człowiek woli sam określać, co jest, a co nie jest prawdą. Nie tylko nie interesuje go prawda objawiona, ale dokonuje nawet zamachu na prawdy wynikające z samego porządku naturalnego, czyniąc tym samym wszystko subiektywnym i względnym.

Szaleństwo dzisiejszych dni polega więc na tym, że to podmiot (moje ja) chce kreować przedmiot, zamiast mu się podporządkować i przyjąć rzeczywistość taką jaka ona jest, a nie taką, jaką chciałbym, aby była. Człowiek zapragnął wyzwolić się z dogmatów na rzecz mniemań, z prawdy na rzecz miraży i nierzeczywistości. Wytłumaczmy to na prostym przykładzie: 2+2=4. Jedynym prawdziwym wynikiem w tej arytmetyce jest cztery. Podobne aksjomaty istnieją jednak także np. w etyce („dobro czyń, zła unikaj”) czy religii („człowiek ma obowiązek czcic Boga i Mu służyc”), zaś trucizna liberalizmu polega na tym, aby człowieka od tych zasad „wyzwolic”, czy wprowadzic dowolnośc w pojęcia i osądy moralne. Stąd powszechne dziś usprawiedliwianie, wybielanie, a nawet pochwalanie i przyznawanie praw wszelkim możliwym błędom, kłamstwom, zboczeniom i herezjom. Librał uwielbia twierdzenia, które można tak sformułowac, używając powyższej analogii:  „2+2=10, ale jeśli chcesz może być też 15”  Mówi się więc: „O co mamy się kłócić, życie jest tak krótkie?”; „Ja co prawda uważam, że dwa plus dwa jest cztery, ale to tylko moja prywatna opinia, nie będę starał się ciebie przekonać, jeśli uważasz że jest inaczej, masz do tego pełne prawo”, etc. etc.

Neutralność człowieka wobec prawdy jest największym nonsensem jaki możemy sobie wyobrazić. Prowadzi nas ona w kierunku najbardziej niedorzecznych konkluzji. Czym dalej posuwa się akceptacja odchyleń i zboczeń od czystej prawdy, tym większy poklask światowej opinii publicznej. Ale „wyzwolenie” od prawdy nie jest żadną wolnością, lecz najbardziej pospolitym zniewoleniem, gdyż jak podkreśla bp Ryszard Williamson: „Umysł człowieka został stworzony dla obiektywnej prawdy, tak jak nasze płuca zostały stworzone do oddychania. Umysł potrzebuje obiektywnej prawdy, podobnie jak płuca potrzebują tlenu, tak więc jak płuca bez tlenu z zewnątrz umierają, tak też śmiertelnie chorym staje się umysł bez obiektywnej prawdy.” Śmierć umysłu człowieka jest kresem wszelkiej jego wolności.

Statua „wolności religijnej” wzniesiona w Filadelfii w XIX wieku staraniem masońskiej loży B’nai B’rith

Śmierć rozumu

W obecnych czasach można wyszczególnić różne stadia degeneracji ludzkich umysłów. Są ludzie tak zepsuci, że nie istnieje już dla nich absolutnie żadna prawda, wszystko pozostaje względne, są bezkrytyczni wobec każdego nawet najbardziej niedorzecznego poglądu. Głoszą, że każdy ma swoja prawdę, a wszystkim „prawdom” należy się równouprawnienie, gdyż nic nie jest pewne i niepodważalne. Są też inni, którzy uznają możność istnienia mniej lub bardziej zbliżających się do prawdy opinii. W obu tych przypadkach może nawet nastąpić zwątpienie w same podstawy poznania,  jak np. pewność własnego istnienia (factum primum), zasada sprzeczności (principium primum) oraz zdolność rozumu do poznania prawdy przedmiotowej (conditio prima). Jest to nic innego, jak śmierć ludzkiego rozumu. Są wreszcie osoby, które uznają istnienie prawdy, ale pozostają w zupełnej obojętności wobec niej. Boją się wyznawać prawdę i bronić jej, tylko dlatego, aby nikomu się nie narazić. „Duchowe zero poznać po tym, że pragnie się wszystkim przypodobać” – pisał Feliks Koneczny. Zbliżają się tym samym nieuchronnie do stanu zupełnej śmierci własnego rozumu. Przez swój liberalizm, zgniłe kompromisy ze światem, koniunkturalność i egoizm ludzie ci powoli przestają pojmować autorytarny charakter prawdy, czyli to, że prawda wyklucza każdy błąd. Prawda bowiem ze swej istoty jest nieprzyjaciółką kłamstwa, nie może być między nimi zgody ani przyjaźni… Prawda i błąd są skazane to stan permanentnej wojny, sacrum bellum! „Między prawdą i błędem nie ma środka – między tymi dwoma przeciwnymi biegunami jest tylko otchłań; jest tak samo odległy od prawdy jak ten, kto nurza się w błędzie. Partycypuje się w prawdzie tylko gdy jest się z nią w całkowitej jedności” – pisał Juan Donoso Cortes.

Czy ostała się jeszcze jakaś zdrowa przestrzeń, gdzie błąd nie został podniesiony do godności prawa? Tak, ludzie zgodnie nie akceptują dziś prawa do błędu, gdyby miał on godzić w ich przyziemne, osobiste interesy. Nie akceptują na przykład, aby kasjerka w banku miała w umowie praca zagwarantowane prawo do pomyłki przy wypłacaniu gotówki, nie akceptują, aby pracodawca pomylił się przy wypłacaniu im wynagrodzenia, nie akceptują, aby ktoś miał prawo do publicznego rozgłaszania nieprawdy o ich rodzicach.  Alc ci sami ludzie przez brak wiary i miłości akceptują nieograniczone prawo do wolności religijnej, przyznające fałszywym religiom i sektom prawo głoszenia publicznie poglądów obrażających kogoś nieskończenie ważniejszego niż ich rodzice. W materii godzącej w przyziemne dobra osobiste (z kategorii vanitas vanitatum) nikt nie chce sankcjonować prawa do błędu, ale w przedmiocie najwyższej wagi – jak wiara i moralność, od których przecież zależy cała nasza wieczność! – bez skrupułów przyznaje się prawo do nieokiełznanej wolności.

Niestety, ten najbardziej koszmarny błąd współczesnego świata, polegający na podniesieniu błędu do godności prawa, zdaje się podzielać także obecny papież Benedykt XVI. Rewolucyjność zasady wolności religijnej Vaticanum II polega na podniesieniu z poziomu tego, co może być – ze względu na różne okoliczności – zaledwie niekiedy tolerowane, do rangi prawa. Ogłoszenie w dziedzinie wiary prawa do wolności religijnej jest tym samym, co w zakresie moralności ogłoszenie z ambony: macie prawo gwałcić, kraść i mordować. Różnica jest jednak taka, że według zgodnej opinii wszystkich teologów grzechy przeciw wierze są znacznie cięższe niż przeciw moralności, choć jedne i drugie prowadzą w ogień piekła. Uznanie wolności religijnej jest równoznaczne z podłożeniem bomby z opóźnionym zapłonem pod same fundamenty Kościoła katolickiego, gdyż w sposób jasny jest to tożsame z odrzuceniem pewności prawdy, którą posiada Kościół w swym depozycie przez objawienie Boże. Dlatego też wszyscy papieże przed Soborem Watykańskim II (1962-65) jednym głosem uroczyście potępili wolność religijną. Dla przykładu Pius VII nazywa sankcjonowanie przez prawo publiczne równej wolności dla prawdy i błędu „tragiczną i zawsze godną potępienia herezją” (Post tam diturnitas), Grzegorz XVI – „majaczeniem” (Mirari vos), Pius IX – „monstrualnym błędem” (Qui pluribus), „najbardziej szkodliwym dla Kościoła katolickiego i zbawienia dusz” (Quanta cura), czymś co „prowadzi do łatwiejszego zepsucia obyczajów i umysłów” oraz „rozpowszechnia zasady indyferentyzmu” (Syllabus), Leon XIII – „publiczną zbrodnią”, czymś „równoważnym ateizmowi” i „sprzecznym z rozumem” (Immortale Dei). A Mały katechizm o Syllabusie wyjaśnia: „Pytanie: czy Kościół może zgodzić się na takie pojednanie (wolność religijną – przyp. aut)? Odpowiedź: Kościół nie może i nigdy nie będzie mógł zgodzić się na tego rodzaju pojednanie. Musiałby bowiem wyrzec się samego siebie, zdradziłby skarb powierzonych praw wiekuistych i stałby się winnym nieszczęścia ludów. P: Jak to? O: Przyjmując wolność sumienia i równość wyznań, Kościół straciłby rację bytu, skoro w oczach całego świata nie istniałaby jedyna i prawdziwa religia; przyjmując wolność prasy, to znaczy pisania wszystkiego, uświęciłby wolność czynienia wszyst­kiego; przyjmując zeświecczenie polityki, pozostawiłby sumienie ludzkie kaprysowi książąt lub zgro­madzeń, rządzących bez kontroli. Wszędzie siła po­szłaby przed prawem, a moralność Ewangelii musiałaby ustąpić moralności wilków”. Dla tych też powodów w 1875r. podczas jednej z audiencji, papież Pius IX wyraźnie podkreślił, że posłuszeństwo wobec całego nauczania zawartego w Syllabusie jest warunkiem koniecznym do osiągnięcia wiecznego zbawienia.

Naukę, którą Kościół raz ogłosił jako nieomylną prawdę, nikt i nigdy nie może poddać żadnej rewizji. Pogląd przeciwny to herezja, która prowadzi do konkluzji, że nie istnieje ustalona, obiektywna prawda wykluczająca wszelki błąd. Jeśli poprzednicy Benedykta mylili się, na jakiej podstawie możemy ufać, że obecny papież również nie błądzi? W tym właśnie przejawia się modernizm, jak podkreśla bp Williamson: „Benedykt XVI wierzy, że prawda katolicka, np. zasadnicze twierdzenia wiary zawarte w Syllabusie, encyklice Pascendi dominici gregis, itp., może ewoluować (a która w rzeczywistości nie może się zmieniać). Nie rozumie on, że antymodernistyczna nauka jego poprzedników ma właśnie taką niezmienną naturę i że nawet jako papież nie może jej zmieniać. Jego biedny umysł, jakkolwiek utalentowany, jest zarażony tą współczesną, zwłaszcza niemiecką, filozofią.”

Zagubieni katolicy ogłaszają Benedykta XVI papieżem tradycjonalistą i odnowicielem. Na ilustracji kard. Józef Ratzinger podczas wspólnego nabożeństwa z protestancką „biskupką” Marią Jepsen – feministką i zwolenniczką równouprawnienia dla homoseksualistów

Miraże posoborowych katolików

Zjawisko powstawania miraży, fikcyjnych obrazów, w warunkach pustynnych określane terminem „fatamorgana”, czerpie źródłosłów z imienia wróżki Morgany. Jest to postać przewijająca się w opowieściach o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu, której legenda przypisuje zdolność wywoływania miraży. Niestety, w jednym z ostatnich numerów „NCzasu!” w rolę zbliżoną do wspomnianej czarownicy wcielił się niechlubnie Adam Wielomski, usiłując wywołać wśród czytelników złudzenie jakoby obecny papież odrzucił modernizm z racji ogłoszenia encykliki Spe salvi oraz motu proprio Summorum Pontificum. W ostatnich czasach wielu szczerych katolików, znużonych 40-letnią włóczęgą przez wyjałowioną pustynię posoborowej apostazji, nagle zaczęło dostrzegać fikcyjny obraz źródełka ortodoksji, tam gdzie go nie ma. Zaczęli doń pędzić na oślep, jak spragnieni wody podróżnicy pustyni, odrzucając za siebie wszelkie bagaże i mądrość zdobytą w czasie podróży. Teologiczna fatamorgana zaślepiła im trzeźwy obraz rzeczywistości. Istotnie, w encyklice Spe salvi papież stwierdził, że nie ma zgody między duchowym dziedzictwem rewolucji francuskiej a Kościołem katolickim, ale cóż z tego, skoro ten sam papież dalej podziela modernistyczne błędy współczesnego świata, będące owocem tejże właśnie rewolucji –  zwłaszcza zaś podkopujący całą obiektywną prawdę błąd wolności religijnych. W przeciwieństwie do nauczania swego poprzednika uznał w ostatniej encyklice, że nie ma zgody między wartościami rewolucji a katolicyzmem, ale podobnie jak Jan Paweł II pochwala i dalej głosi urbi et orbi wszystkie błędne błędy Vaticanum II (ekumenizm, wolność religijna, kolegializm), które są przeniesieniem na grunt Kościoła jakobińskich zasad wolności, równości i braterstwa. Trudno więc ufać jego deklaracjom o odrzucaniu rewolucyjnego ducha 1789 r., podobnie jak nie można byłoby wierzyć deklaracjom osoby, która raz gromkimi słowy potępiałaby przemoc, a innym razem podżegała do wojny.

***

Św. Pius X, niezłomna pogromca modernizmu, dla swojego pontyfikatu wybrał hasło, które szczególnie dziś pozostaje aktualne: „Odnowić wszystko w Chrystusie”

Obecny czasy są widownią zupełnie bezprecedensowego kryzysu w całej historii, gdyż po ostatnim soborze w Kościele szeroko się rozplenił najpoważniejszy błąd filozoficzny nowoczesnego świata. Kryzys, którego jesteśmy świadkami, nie jest jedynie kryzysem moralnym, z jakim borykało się papiestwo np. w XVI wieku, lecz jego przyczyny stokroć gorsze, gdyż tkwią na płaszczyźnie intelektualnej. Upadki moralne duchowieństwa, o których skrupulatnie donoszą media, są jedynie następstwem, a nie przyczyną tego kryzysu. Modernizm to nic innego jak religijny komunizm. Komunizm głosi równość na płaszczyźnie ekonomicznej, modernizm zaś stawia równość między błędem a prawdą, między dogmatem a herezją. Mówienie o pierwszych oznakach odwrotu od tego piekielnego procesu dowodzi tak naprawdę tylko zupełnej ignorancji co do tego, jak głęboko fałszywa religia wbiła swe szpony w widzialne struktury Kościoła. Dziś bowiem zarówno duchowieństwo, jak i wierni – o ile zupełnie nie stracili wiary – w wymiarze powszechnym zatracili zupełnie sens jej dogmatycznego charakteru. Podobnie jak zdrowe zasady ekonomii wykluczają i potępiają socjalizm, tak prawdziwa religia katolicka musi wykluczać i potępiać wszystkie błędy fałszywych religii. Ten, kto neguje konieczność walki z błędem, stracił sens obiektywnej prawdy: stracił więc wszystko. Mniemaniami bowiem nie tylko nie można budować katedr, lecz nade wszystko nie sposób nimi zbudować drogi do nieba. W imię mniemań nie sposób złożyć najmniejszego aktu ofiary i poświęcenia. Tylko ten, kto posiada absolutną pewność prawdy, ma siłę walczyć o nią, z miłości cierpieć dla niej i złożyć jej wszystko w ofierze.

Bp Tihamer Tóth w jednym ze swych kazań przytacza następującą historię:

W 1927 roku, podczas prześladowań katolików w Meksyku, schwytano 18-letniego chłopca, którego starano się zmusić, by zawołał: „Niech ginie Chrystus!”
– Tego nie mogę zrobić, jestem katolikiem – odpowiedział chłopiec.
– A więc jesteś rewolucjonistą?
– Rewolucjonistą? Nie! Nigdy nim nie byłem. Tego mi nikt nie dowiedzie, ale jestem katolikiem i nigdy nie wyprę się Chrystusa!
Porwano wtedy chłopca, przywiązano do samochodu ciężarowego, i puszczono motor. Wloką za wozem nieszczęśliwego, broczącego krwią, pokrytego ranami i kurzem ulicznym. Jego rodzice byli wówczas w domu. Na chwilę zatrzymano auto, jeszcze jedną próbę chcą zrobić.
– Wołaj: Niech żyje Callas! – (wódz partii masońskiej)
A chłopiec z całej siły woła: „Niech żyje Chrystus!”
Wówczas rzucili się na nie niego z bagnetami. W międzyczasie jakaś kobieta pobiegła do domu matki torturowanego z wiadomością: „Chodź prędko; chcą, żeby twój syn wyparł się wiary.” Przychodzi drżąca matka, jej ukochany syn leży w kałuży własnej krwi. Wówczas następuje wstrząsająca scena. Matka pochyla się nad konającym synem, który wije się w boleściach, i głośno woła: „Choćby cię nawet chcieli zabić, nie wypieraj się wiary! Wiara więcej warta niż życie! Niech żyje Chrystus Król!” Syn robi ostatni wysiłek, i powtarza za matką: „Niech żyje Chrystus Król!…” i umiera… na ulicy w oczach matki.

Precz z modernizmem! Viva Cristo Rey!

Łukasz Kluska

Za: Zawsze Wierni, 7(110), lipiec 2008 | http://www.piusx.org.pl/zawsze_wierni/numer/110

Skip to content