Skandal we Lwowie – ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Polscy notable w milczeniu i ze spuszczonymi głowami wysłuchali wezwania banderowca do rozebrania pomnika ofiar UON-UPA we Wrocławiu

W ostatnim numerze „GP” ukazał się ciekawy reportaż Piotra Ferenca-Chudego „Zbrodnia na Wzgórzach Wuleckich”, relacjonujący na gorąco uroczystości odsłonięcia we Lwowie 3 bm. pomnika ku czci polskich profesorów zamordowanych przed 70 laty. Na podstawie listów nadesłanych przez rodaków zza Buga, którzy uczestniczyli w tym wydarzeniu, chciałbym dodać kilka faktów.

Poważnym zgrzytem w czasie uroczystości była nieobecność ministrów polskiego rządu, w tym min. Andrzeja Kunerta, sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Ten ostatni, po niedawnym blamażu z pochówkiem abp. Józefa Teodorowicza, wykręcił się sianem. Poza miejscowym abp. Mieczysławem Mokrzyckim nie zaproszono nikogo z polskich biskupów, choć wszyscy pomordowani byli Polakami i wiernymi obrządku łacińskiego. Przybył natomiast greckokatolicki arcybiskup lwowski Ihor Woźniak, znany gloryfikator Bandery i UPA, oraz greckokatolicki biskup Włodzimierz Juszczak z Wrocławia, który swego czasu domagał się ocenzurowania mojej strony internetowej i usunięcia z niej listu dr. hab. Bogusława Pazia z Uniwersytetu Wrocławskiego w sprawie ludobójstwa na Wołyniu. Kogo obaj hierarchowie reprezentowali? Trudno powiedzieć, ale na pewno nie rodziny ofiar.

Kolejnym zgrzytem był brak jakichkolwiek akcentów polskich, zwłaszcza biało-czerwonych flag. Na dodatek delegacja polska przepasana była szarfami nie w barwach narodowych, lecz w czerwono-żółtych kolorach Wrocławia, tak jakby swej polskości naprawdę się wstydziła. Z kolei sam pomnik, postawiony praktycznie tylko za polskie pieniądze, był opasany niebiesko-żółtymi barwami ukraińskimi, które do narodowości pomordowanych pasowały jak pięść do nosa. Tym bardziej że nacjonaliści spod tych barw brali czynny udział w układaniu list poskrypcyjnych i aresztowaniu ofiar. Czy byłoby możliwe, żeby pomnik ku czci ofiar Holokaustu Żydów opasano barwami niemieckimi? Już nie zgrzytem, ale skandalem był natomiast brak na pomniku napisu o ofiarach. Poszło o przymiotnik „polscy”, gdyż obecne władze Lwowa próbują wmówić, że rozstrzelani byli narodowości „lwowskiej” lub „galicyjskiej”. Podobnie jest – co można przeczytać w przewodnikach miejskich – z innymi wybitnymi Polakami urodzonymi na tych terenach. W ogóle wszystko, co wiąże się z Polską i polskością, jest fałszowane. Klasyczna goebbelsowska propaganda.

Te działania skomentowała dla portalu Kresy.pl Cecylia Bartel z Krakowa, córka premiera, prof. Kazimierza Bartela: „Z jednej strony oczywiście cieszę się, że po tylu latach doszło wreszcie do postawienia godnego upamiętnienia. Bardzo dobrze, że to się stało, ale nie rozumiem, dlaczego na pomniku nie ma żadnej tablicy. Przecież jak ktoś tutaj przyjdzie, to nie będzie wiedział, o co chodzi. Powinna być tablica z nazwiskami rozstrzelanych osób i oczywiście powinno być napisane, że byli to profesorowie polscy”.

Kolejnym skandalem było też niedopuszczenie do głosu rodzin ofiar. Zbigniew Kostecki, chirurg z Łańcuta, syn śp. Eugeniusza Kosteckiego, tak powiedział portalowi Kresy.pl: „Ta uroczystość bardzo mnie rozżaliła. Szczególnie jeśli chodzi o prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza, który w całej tej uroczystości i przy tylu przemówieniach nie znalazł nawet dwóch minut, żeby mogły się wypowiedzieć rodziny pomordowanych”. Z kolei inna krewna ofiar napisała do mnie: „Przy mnie Kostecki prosił Dutkiewicza o prawo zabrania głosu, ale prezydent wobec sędziwego starca zachował się wyjątkowo niegrzecznie. Co więcej, gdy mijałam powtórnie Dutkiewicza, jeden z towarzyszących mu dygnitarzy powiedział na głos, że rozstrzelany Kostecki nie był profesorem, lecz szewcem. To prawda, bo aresztowano go jako męża gospodyni prof. Władysława Dobrzanieckiego, także zamordowanego. Tutaj jednak pochodzenie społeczne nie powinno mieć żadnego znaczenia, bo przecież wszyscy oni zginęli za tę samą Polskę”.

Największym jednak skandalem było dopuszczenie do głosu Oleha Pankiewicza. Ten skrajny nacjonalista z partii „Swoboda”, znany m.in. z akcji pikietowania polskich pielgrzymów udających się pod pomnik w Hucie Pieniackiej, publicznie wezwał władze Wrocławia do demontażu pomnika ofiar ludobójstwa dokonanego na Polakach przez OUN-UPA. Odpowiedzią na takie wystąpienie w kraju, który broni swej godności, byłby ostry protest. Wrocławscy notable słuchali jednak tego w milczeniu i ze spuszczonymi głowami. Ani słowa sprzeciwu.

W jeszcze gorszym stylu odbyła się 26 czerwca br. uroczystość w kopalni soli w Salinie k. Dobromila, gdzie NKWD wymordowała w 1941 r. tysiąc osób, w większości Polaków, w tym przemyskiego historyka, dr. Waleriana Kramera oraz burmistrza Przemyśla, dr. Władysława Baldiniego. Uroczystość zdominowana została przez banderowców i ich czerwono-czarne flagi. Sytuację próbował ratować ks. dr Jacek Waligóra, proboszcz z Niżankowic, który wraz z pielgrzymami z Przemyśla i Przeworska sam wprosił się na tę uroczystość. Dla „Kuriera Galicyjskiego” powiedział później z żalem: „Smutne, że Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie jakby nie była i nie jest zainteresowana uzgodnieniem i wzniesieniem godnego upamiętnienia tych wielu niewinnych Rodaków, których szczątki do tej pory znajdują się w dwóch solankowych szybach we wspólnej mogile, a żadna tablica ani nie wymienia ich nazwisk, ani nawet nie wspomina, że tu leżą Polacy”.

ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Gazeta Polska, 13 lipca 2011 r.

Za: Blog ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego (12-07-2011) | http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=88&nid=4506

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content