Rozporek jako róg obfitości – Stanisław Michalkiewicz

Ilu wielkich działaczów wyjrzało z rozporka!” – dziwował się poeta. I słusznie, bo zwłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju obserwujemy pogłębiający się proces dziedziczenia pozycji społecznej, a nawet właściwości umysłowych i charakterologicznych dzieci po rodzicach. W takiej, dajmy na to, monarchii stanowej, dzieci dziedziczyły tylko majątek i pozycję społeczną; syn magnata zostawał magnatem, a syn chłopa pozostawał chłopem, chyba że przeszedł do stanu duchownego lub zaciągnął się do wojska, bo wtedy wkraczał na szybką ścieżkę awansu. Ale, dajmy na to, reputacji mędrca już nie dziedziczył, podczas gdy u nas coraz częściej zdarza się i to.

Weźmy takiego pana red. Wojciecha Mazowieckiego, który uchodzi za tęgą głowę nawet nie dlatego, że zatrudnił go w swojej żydowskiej gazecie dla Polaków red. Michnik, tylko z uwagi na pochodzenie („Eliakim zrodził Azora, a Azor zrodził Sadoka…„) od Tadeusza Mazowieckiego, zażywającego reputacji mędrca, chociaż w swoim długim życiu znany jest raczej ze słynnej „postawy służebnej”. Lech Wałęsa, to co innego. Nie tylko zrobiono z niego laureata Pokojowej Nagrody Nobla, ale również – „mędrca Europy”, co w niektórych społecznościach pozaeuropejskich dało powód do kąśliwych uwag o moralnym i umysłowym upadku Starego Kontynentu. Były prezydent naszego państwa ma, jak wiadomo, liczne potomstwo, spośród którego karierę polityczną obrał syn Jarosław, aktualnie piastujący mandat europosła. Nie słyszałem wprawdzie o jakichś jego dokonaniach, które byłyby godne przynajmniej wzmianki w prasie, ale najwyraźniej ma ambicję odziedziczenia reputacji mędrca Europy, bo właśnie zaczął ostrzyć swój intelekt i dowcip na pośle Antonim Macierewiczu, który właśnie ogłosił raport sporządzony przez pracujący pod jego kierownictwem parlamentarny zespół, powołany do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. Podczas konferencji prasowej zwrócił uwagę, iż Rosjanie nie tylko nie oddali żadnego dowodu rzeczowego, z których każdy stanowi przecież własność Polski, ale według wszelkiego prawdopodobieństwa niektóre dowody rzeczowe, jak np. zapisy z „czarnych skrzynek”, po prostu spreparowali. Te stwierdzenia wzbudziły ostre ujadanie nie tylko ze strony byłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, ale również – ze strony jego syna, nie mówiąc już o człowieku o zszarpanych nerwach, który chyba tylko w naszym nieszczęśliwym kraju mógł zostać wicemarszałkiem Sejmu, czyli o Stefanie Niesiołowskim. Lech Wałęsa, najwyraźniej jeszcze trawiony wysoką gorączką z powodu zapalenia płuc, jakiego się nabawił, próbując uczyć demokracji Bogu ducha winnych Tunezyjczyków, skrytykował posła Macierewicza za snucie „teorii spiskowych”, podczas gdy syn-europoseł Jarosław uznał to za „kabaret”. Najwyraźniej w swoim niedługim życiu nigdy nie widział prawdziwego kabaretu, a najwyżej – Kubę Wojewódzkiego i jego – podobno nader liczne – kopulantki, więc wypada mu wybaczyć, bo nie tylko nie wie, co czyni, ale nawet – co mówi. Ten stan nieświadomości, a nawet amoku jest jeszcze bardziej widoczny w przypadku wicemarszałka Niesiołowskiego, którego jak najszybciej powinien przebadać pod kątem wścieklizny jakiś weterynarz już choćby dlatego, żeby na terenie parlamentu nie wybuchła epidemia. Wicemarszałek Niesiołowski sprawia wrażenie człowieka, któremu się wydaje, że wszyscy dookoła niego są wariatami, a tylko on jeden jest normalny. Właśnie kolejne podejrzenie o chorobę psychiczną rzucił na Antoniego Macierewicza, a nieco wcześniej – również na JE biskupa Meringa. Nietrudno dopatrzyć się w tym symptomów paranoi, nawet jeśli byłaby ona inspirowana politycznie. Takie rzeczy wielokrotnie się zdarzały i możemy tylko cieszyć się, że wicemarszałek Niesiołowki nie ma żadnej realnej władzy, a tylko narajony został premieru Tusku przez Siły Wyższe na chłopaka do pyskowania.

Mniejsza  jednak o te wszystkie aberracje umysłowe i charakterologiczne naszych Umiłowanych Przywódców, bo ważniejsza jest merytoryczna strona sprawy. Ta nerwowa reakcja na raport posła Macierewicza wystąpiła na tle niepewności, co też może zawierać raport ministra Jerzego Millera, który właśnie przedstawił go premieru Tusku do przeczytania. Premier Tusk ma czytać 300-stronicowy raport przez cały tydzień, ale na tym nie koniec, bo ma on zostać udostępniony do wiadomości publicznej dopiero po przetłumaczeniu go na język angielski i rosyjski. Angielski – niechże będzie – ale dlaczego powtórnie tłumaczyć ten cały raport na język rosyjski? Przecież jest publiczną tajemnicą, że komisja min. Millera w zasadzie korzystała z makulatury wytworzonej przez Rosjan na jej użytek – oczywiście w języku rosyjskim – więc przetłumaczenie tego wszystkiego na język mniej wartościowego narodu tubylczego było konieczne. Ponieważ jeszcze w grudniu ub. roku prezydent Miedwiediew oświadczył, że „nie dopuszcza” myśli, by ustalenia polskie mogły różnić się od rosyjskich, to wydaje się, że to powtórne tłumaczenie ma na celu uzyskanie rosyjskiego imprimatur na wstęp i zakończenie. Zwłoka wywołana tymi wszystkimi koniecznymi procedurami budzi rozgoryczenie oficerów frontu ideologicznego, którzy swoim uczuciom dali wyraz piórem Piotra Pacewicza z „Gazety Wyborczej”, czyniącemu premieru Tusku wyrzuty jakby żywcem wzięte z poematu Janusza Szpotańskiego „Towarzysz Szmaciak”: „a ty się tutaj gimnastykuj z masami sam na sam na styku!”. Ale służba nie drużba – co zauważył już Franciszek Maria Arouet, używający pseudonimu Voltaire, pisząc, że „kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku”. Tę samą myśl nasi chłopi wyrażają trochę dosadniej, w postaci porzekadła: „jak wół pierdzi, to obora słucha”.  Ale bo też i Voltaire, któremu się wydawało, że zjadł wszystkie rozumy, niemile zaskoczony pierwszym rozbiorem Polski, napisał do króla pruskiego Fryderyka Wielkiego: „wy królowie zawsze zrobicie coś takiego, co ośmiesza nas, śmiertelników”. Jestem pewien, że red. Pacewicz nigdy o tym nie słyszał, bo gdyby słyszał, to nawet wysługując się Michnikowi, zachowałby trochę umiaru w zawierzaniu wszystkiemu, co podadzą do wierzenia Moskalikowie za pośrednictwem tubylczego mężyka stanu, ministra Jerzego Millera.

I kiedy już widać gołym okiem, że zbliżająca się nieubłaganie kampania wyborcza zostanie zdominowana wzajemnym okładaniem się raportami, dzięki czemu już nikt, nie tylko nasi Umiłowani Przywódcy, ale również wyborcy nie będą mieli głowy do zajmowania się innymi problemami państwa – wybuchł straszliwy skandal w związku z wypowiedzią ojca Tadeusza Rydzyka w Brukseli. Ojciec Rydzyk zauważył tam, nie tylko, że od 1939 roku Polska nie jest rządzona przez Polaków, ale również – że to co się u nas wyprawia, to jest „totalitaryzm”. Niezależnie od tego, co miał na myśli ojciec Rydzyk, mówiąc o Polsce nie rządzonej przez Polaków, to jest to prawda. Czymże bowiem jest rządzenie, jeśli nie ustanawianiem praw? A prawa w Polsce, jak powszechnie wiadomo, w przytłaczającej części pochodzą od Komisji Europejskiej, która zasypuje nasz kraj „dyrektywami” w ilości co najmniej jednej dziennie. W swoim czasie zapoznałem się z półrocznym planem prac legislacyjnych rządu, w którym na 116 projektów ustaw bodajże 100 stanowiły realizacje dyrektyw KE, a reszta – to były nowelizacje, polegające na dopisaniu np. „lub czasopisma”, podejmowane po to, by jakaś zblatowana z tym lub innym ministrem szajka trochę sobie nakradła. A ponieważ w Komisji Europejskiej jedynym Polakiem na 27 członków jest Janusz Lewandowski, który zresztą Bóg wie, komu naprawdę służy, to diagnoza ojca Rydzyka jest całkowicie trafna. Z „totalitaryzmem” trochę ojciec Rydzyk przesadził, bo gdyby tak było rzeczywiście, to zostałby aresztowany już na lotnisku – ale poza tym, coś jest na rzeczy. Polska bowiem rzeczywiście ześlizguje się w stronę totalniactwa, o czym świadczą choćby skandaliczne wybryki niezawisłych sądów, które najwyraźniej musiały otrzymać rozkaz przykręcenia śruby. Skandaliczne wyroki w sprawie Krzysztofa Wyszkowskiego, w sprawie Jerzego Jachowicza, czy Doroty Kani najlepiej o tym świadczą. Źeby nie być gołosłownym – oto za kraj totalniacki uważana jest u nas Białoruś. Jednym z przejawów tego totalniactwa jest postawienie przed niezawisłym sądem w Grodnie red. Jerzego Poczobuta, któremu za zniewagę prezydenta Łukaszenki grożą nawet 4 lata więzienia. Ale taki sam zarzut postawiła kielecka prokuratura Karolowi Litwinowi, któremu za nazwanie w niszowej kibicowskiej gazetce „Złoto Krwiści” premiera Tuska „ćwokiem”, grożą nawet 3 lata więzienia. Różnica nie tak znowu wielka, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że Białoruś już uchodzi za kraj totalniacki, a my dopiero się ześlizgujemy.

Oczywiście żaden z ochotników podnoszących klangor w ten sposób sprawy nie analizuje, tylko się „oburza”. Zachęcony tymi odgłosami minister Sikorski wystosował na ojca Rydzyka donos, w formie oficjalnej dyplomatycznej noty do Stolicy Apostolskiej. W odpowiedzi dostał blachę w czoło w postaci wyjaśnienia udzielonego mu przez rzecznika prasowego Watykanu, że Stolica Apostolska nie jest związana żadnymi wypowiedziami księdza Tadeusza Rydzyka. Krótko mówiąc – ośmieszył i siebie, i przy okazji Polskę – że takich mądrali ma u siebie za ministrów spraw zagranicznych. A jednak premier Tusk, zamiast litościwie rzucić na ten żałosny incydent zasłonę zapomnienia, wezwał był do siebie nuncjusza. Ten ruch oznacza, że minister Sikorski mógł zrobić to głupstwo na zlecenie, wykonując program żydowskiej loży Zakonu Synów Przymierza, która jeszcze w roku 2007 postawiła sobie dwa priorytety: realizację żydowskich roszczeń majątkowych kosztem Polski i pacyfikację Radia Maryja. Ponieważ planowana początkowo na ostatnią dekadę czerwca wizyta izraelskiego premiera Netanjahu w Warszawie została przełożona na lipiec, niepodobna nie dostrzec koincydencji między rozpętaniem tego dyplomatycznego skandalu a tą wizytą. Premier Netanjahu ma przekonywać tubylczy rząd do głosowania we wrześniu w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ za odrzuceniem palestyńskiego wniosku o uznanie niepodległego państwa. Jest to żądanie bezczelne w sytuacji, gdy rząd Izraela w zmowie z Agencją Żydowską uruchomił program tzw. odzyskiwania mienia żydowskiego w Europie Środkowej, w ramach którego Polska ma zostać wyszlamowana na równowartość 65 mld dolarów. Wygląda na to, że tubylczy rząd premiera Tuska nie tylko nie zamierza uzależnić polskiego stanowiska od odstąpienia Izraela od tego rabunku Polski, ale raczej uzależnia swoje trwanie przy zewnętrznych znamionach władzy za cenę posłusznej realizacji żydowskich postulatów, licząc zapewne na to, że strategiczni partnerzy właśnie tej ekipie powierzą nadzorowanie tubylców przy realizacji scenariusza rozbiorowego.

Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Za: GONIEC, NR 26/2011 - Toronto - Canada - Sobota - 2 lipca 2011 | http://www.goniec.net/teksty.html#teksty

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content