Rząd Cię podsłuchuje

Aktualizacja: 2011-06-23 10:27 pm

W 2010 r. co trzydziesty Polak był inwigilowany – wynika z oficjalnie dostępnych danych. W żadnym innym kraju Unii Europejskiej nie ma takiej skali podsłuchów i zapytań o billingi, a ten niechlubny rekord świadczy o potężnej władzy ABW, która praktycznie pozostaje poza wszelką kontrolą

Na początku stycznia 2008 r. rolę koordynatora służb specjalnych przejął premier, ale to jest fikcja. „Gazeta Polska” ustaliła, że Donald Tusk nie odbywa żadnych stałych narad, spotkań i konsultacji z szefami służb. Tymczasem pozostające bez kontroli służby specjalne uzyskały tak silną, a jednocześnie niebezpieczną pozycję, jakiej nie miały przez ostatnie 21 lat. Wskazuje ona na to, że faktycznym szefem rządu jest Krzysztof Bondaryk, którego premier nie odwołał mimo katastrofalnych wpadek. Wiedza, którą zebrał Bondaryk przez cztery lata urzędowania w ABW, jest wystarczająca, by go za rządów PO nikt ze stanowiska nie usunął. Jednocześnie dotychczasowe jego działania pokazały, że dla Platformy jest w stanie zrobić niemal wszystko.

Pod kontrolą służb?

W ubiegłym roku Gromosław Czempiński, były funkcjonariusz wywiadu PRL, a później szef Urzędu Ochrony Państwa, ogłosił, że przekonywał Donalda Tuska i Andrzeja Olechowskiego do założenia Platformy Obywatelskiej. Jak ujawnił Sławomir Cenckiewicz na łamach „Rzeczpospolitej”, Olechowski w okresie PRL został zarejestrowany jako kontakt operacyjny Gromosława Czempińskiego o pseudonimach „Tener” i „Must”.

W czasie gdy Czempiński pełnił funkcję szefa Urzędu Ochrony Państwa, Krzysztof Bondaryk kierował Delegaturą UOP w Białymstoku. W wyborach parlamentarnych w 2001 r. bez powodzenia kandydował do Sejmu z listy Platformy Obywatelskiej, natomiast w latach 2003-2005 był członkiem Rady Krajowej PO. W 2005 r., po wybuchu afery z Anną Jarucką, po której z wyborów prezydenckich zrezygnował Włodzimierz Cimoszewicz, Bondaryk (kojarzony z zakulisową grą służb specjalnych w tej sprawie) odszedł z Zarządu Krajowego PO. W radzie programowej Platformy znalazł się Wojciech Brochwicz, w latach 90. dyrektor w Urzędzie Ochrony Państwa. Pod koniec lat 80. w Białymstoku był on sekretarzem ds. kształcenia ideologicznego i propagandy zarządu wojewódzkiego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej – prowadził wówczas kursy dla kandydatów do PZPR w Białymstoku. To właśnie Wojciech Brochwicz w 1990 r. zarekomendował Bondaryka Andrzejowi Milczanowskiemu, ówczesnemu szefowi UOP, i dzięki temu Krzysztof Bondaryk został przełożonym białostockiej Delegatury UOP.

Imperium „Bonda”

Obecny szef ABW zapewnił kierowanej przez siebie służbie unikalną pozycję na rynku telekomunikacyjnym. Ten 52-letni oficer jest znany z fascynacji możliwościami, jakie daje praca operacyjna służb. Genezy tej fascynacji należy szukać na początku lat 90., kiedy Bondaryk jako szef Delegatury UOP w Białymstoku zetknął się z oficerami byłej SB.

Bondaryk zna rynek telekomunikacyjny jak mało kto: pracował dla jednego z większych operatorów linii telefonii komórkowej ERA PTC. Według prof. Andrzeja Zybertowicza, Bondaryk to jedna z kluczowych postaci „bandy czworga”, czyli grupy jego dawnych znajomych z UOP odpowiadających w przeszłości za monitorowanie podsłuchów w czterech spółkach telefonii komórkowej, jakie operują na polskim rynku. Zdaniem prof. Zybertowicza ta grupa już w okresie rządów PiS miała prowadzić monitorowanie zainteresowania służb w tym zakresie.

Zbigniew Wassermann nazywał go „szefem szefów”.

Bondaryk, stając w listopadzie 2007 r. na czele ABW, dysponował potężnym kapitałem informacji, jakie dane posiadają operatorzy telefonii komórkowej i jak z nich dyskretnie korzystać. W ten sposób podległa mu służba skoncentrowała swoje wysiłki na nieograniczonym monitorowaniu telefonów obywateli. W ostatnich latach nabrało to rozmiarów niebezpiecznych dla demokratycznego państwa, jakim Polska chce być. Przykładem całkowitego rozpasania i bezkarności ABW była inwigilacja otoczenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego, do czego wykorzystano sprawę ujawnienia w prasie poufnego raportu ABW dotyczącego ostrzelania 23 listopada 2008 r. konwoju prezydenta podczas jego wizyty w Gruzji. Śledczy Bondaryka sprawdzali wówczas połączenia i billingi ministrów z Kancelarii Prezydenta, a nawet połączenia telefoniczne niektórych dziennikarzy zajmujących się tą sprawą. Prokuratura zaprzeczyła, że sprawdzane były również billingi prezydenta, ale pojawiły się podejrzenia, że służby sprawdzały „technicznie” połączenia głowy państwa.

Podsłuch taki jest zakładany na krótki okres i nie wymaga zgody prokuratora ani sądu. W tym wypadku chodzi m.in. o sprawdzanie jakości połączeń abonentów. Teoretycznie można na tej zasadzie podsłuchać każdego, a potem zniszczyć dokumenty – dowody takiej operacji. Robią to pracownicy firm telekomunikacyjnych z wydziałów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, zazwyczaj byli oficerowie służb. Można z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że sprawę ujawnienia raportu ABW wykorzystano jako pretekst do przeprowadzenia inwigilacji otoczenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ujawnienie bowiem dokumentu, który nie był nawet tajny, w żadnej mierze nie uprawniało Bondaryka do inwigilacji urzędników Kancelarii Prezydenta.

ABW ponad wszystko

Nie znamy pełnych statystyk stosowania przez ABW kontroli operacyjnej (podsłuchów, podglądu i kontroli korespondencji). Statystyka samych wniosków, jakie służby skierowały do firm telekomunikacyjnych odnośnie do danych ich klientów, wskazuje na gigantyczną skalę kontroli polskich obywateli. Należy zaznaczyć, że jest to kontrola jednej służby – ABW, albowiem wspomniane wnioski są kierowane w zdecydowanej większości przez tę agencję.

Politycy PiS już w 2005 r. twierdzili, że państwo straciło kontrolę nad podsłuchami telefonicznymi wskutek wytworzenia się nieformalnego układu na tym rynku. Ustawowo chcieli odciąć operatorów sieci komórkowych od kontroli nad podsłuchami i zmieniać prawo telekomunikacyjne tak, aby wyprowadzić podsłuchy z tych firm. Wówczas we wszystkich sieciach telefonii komórkowej tymi operacjami zarządzałby specjalny komputer, obsługiwany przez służby specjalne, funkcjonowałyby także procedury kontrolne.

Wątpliwości co do działań polskich służb wyrażał również Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych, a także Rzecznik Praw Obywatelskich. Ten ostatni w styczniu 2011 r. wystąpił do premiera o podjęcie działań w celu zmiany zasad dostępu służb specjalnych do billingów obywateli i „dostosowania go do konstytucyjnych standardów”. Sprawa zainteresowała również polskich eurodeputowanych, którzy zwrócili się do unijnej komisarz ds. sprawiedliwości Viviane Reding o podjęcie działań w celu wyjaśnienia inwigilacyjnych praktyk polskich służb. 1 stycznia 2011 r. weszło w życie rozporządzenie Ministerstwa Infrastruktury dotyczące retencji (gromadzenia i archiwizowanie danych o ruchu w sieciach telekomunikacyjnych). Operatorzy komórkowi i dostawcy internetu muszą gromadzić i przechowywać dane o połączeniach użytkowników i przechowywać je przez dwa lata (datę i godzinę połączenia, jego rodzaj i lokalizację rozmówców). Firmy telekomunikacyjne mają obowiązek współpracować w tym zakresie ze służbami specjalnymi, w tym ABW. I nie jest potrzebna na to zgoda sądu.

Podsłuchowisko

Informacje dotyczące właściciela danego numeru telefonu, które są udostępniane ABW przez firmy telekomunikacyjne, mogą wprawić postronnego obserwatora w osłupienie. Jak dowiedziała się „Gazeta Polska”, poprzez zapytanie, do kogo należy interesujący agencję numer telefonu, służby uzyskują wszystkie dane na temat właściciela telefonu. Znajduje się tam komplet informacji, które wpisano podczas zawierania umowy z firmą telekomunikacyjną, m.in. numer prawa jazdy, NIP, PESEL, imiona rodziców, miejsce pracy, stan majątkowy. Dzięki temu ABW błyskawicznie namierza właściciela danego numeru, dostając dodatkowo komplet informacji na jego temat. Wszystko wskazuje na to, że w roku wyborów parlamentarnych władza pobije rekord inwigilacji obywateli. Jaki jest obecnie rozmiar tego zjawiska, świadczy fakt, że kilka tygodni temu Naczelna Rada Adwokacka w specjalnie opracowanym raporcie stwierdziła: „Polak jest najbardziej inwigilowanym obywatelem UE”. W ubiegłym roku służby pytały o billingi obywateli 1,3 mln razy, najwięcej ze wszystkich krajów Unii.

NRA w raporcie zwraca uwagę, jak mocno służby nadużywają prawa i jak nie liczą się z ochroną prywatności nie tylko obywateli, ale i całych grup społecznych, takich jak dziennikarze, lekarze czy adwokaci. ABW, SKW, CBA nie obejmuje żadna zewnętrzna kontrola, a gromadzenie określonych danych telekomunikacyjnych dotyczy wszystkich abonentów bez względu na fakt, czy dana osoba popełnia jakiekolwiek przestępstwo, czy zagraża bezpieczeństwu państwa. Takie praktyki są łamaniem konstytucyjnego prawa obywateli do zachowania prywatności.

Raport adwokatów powstał już po wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. W styczniu 2011 r. orzekł on bezczynność szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wobec wniosku Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka o udostępnienie informacji publicznej dotyczącej liczby i zakresu stosowania podsłuchów oraz innych form kontroli operacyjnej przez ABW. Krzysztof Bondaryk tych danych nie udostępnił, a po wyroku WSA Agencja odwołała się do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Kilka tygodni temu NSA oddalił skargę Bondaryka, stwierdzając, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego musi rozpatrzyć wniosek Fundacji Helsińskiej w sprawie ujawnienia liczby podsłuchów.

Tajemnice Platformy

Koleją sprawą, w której uczestniczyła ABW, była tzw. tarcza antykorupcyjna, czyli opis działań cywilnych i wojskowych służb specjalnych (ABW, CBA, SKW) dotyczących przedsiębiorstw, których prywatyzacja ma dla państwa kluczowe znaczenie. O tarczy antykorupcyjnej premier mówił w 2009 r. w związku z ujawnioną przez CBA aferą stoczniową. Ponieważ informacje na temat tarczy były bardzo nieprecyzyjne, przedstawiciele organizacji pozarządowych stawiali otwarte pytania, czy tarcza kiedykolwiek w ogóle istniała, ujawnienia informacji o funkcjonowania tarczy domagało się m.in. Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich. Premier odmówił, powołując się na ustawę o ochronie informacji niejawnych, więc stowarzyszenie wystąpiło o ponowne rozpatrzenie sprawy. Szef rządu wydał wówczas ostateczną decyzję, podtrzymując odmowę dostępu do treści polecenia. Od tej decyzji stowarzyszenie odwołało się do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który zwrócił się do premiera o udostępnienie tajnego protokołu dotyczącego tarczy antykorupcyjnej. Szef rządu znów odmówił, powołując się na ustawę o ochronie informacji niejawnych. Sprawa trafiła do NSA, który kilka dni temu zadecydował, że szef rządu musi udostępnić sądowi wszystkie dokumenty dotyczące tarczy, także tajny protokół.

Ta sprawa ma kolosalne znaczenie – informacje na temat tarczy jednoznacznie pokażą, czym naprawdę zajmowała się ABW w związku z ochroną przed korupcją w największych procesach prywatyzacyjnych.

Cel: wygrane wybory

W latach 2007-2009 nastąpiła marginalizacja większości istniejących w Polsce służb. Prawdziwym beneficjentem tego procesu okazała się ABW, której szef – Krzysztof Bonadryk – od początku należał do najbardziej zaufanych ludzi premiera. To właśnie kierowane przez niego ABW zaczęło zajmować się faktyczną ochroną kierownictwa partii i zwalczaniem przeciwników politycznych. ABW stopniowo przejmuje władzę nad polskimi specsłużbami: Służbą Kontrwywiadu Wojskowego, Agencją Wywiadu i Centralnym Biurem Antykorupcyjnym. Świadczą o tym m.in. zarządzenia dotyczące obowiązku przesyłania przez CBA, SKW i AW informacji do ABW (chodzi o Centrum Antyterrorystyczne – CAT), a także raport Krzysztofa Bondaryka w sprawie incydentu zbrojnego w Gruzji. Dzięki przyznanym CAT kompetencjom, niemających żadnego oparcia w zapisach ustawowych, kierownictwo ABW dysponuje dziś wiedzą o wszystkich najważniejszych i najtajniejszych sprawach w państwie.

Wzrostowi znaczenia ABW towarzyszyła przede wszystkim marginalizacja CBA. Stworzona od podstaw w 2006 r. CBA dość szybko osiągnęło operacyjną sprawność. Dlatego też proces tworzenia CBA na pewno był łatwiejszy od reformy służb wojskowych. Po zwycięstwie wyborczym Platformy CBA, jako dziecko PiS, stało się solą w oku rządzących. Kierownictwo CBA poddawano politycznej presji, która miała doprowadzić do jego zwasalizowania. Momentem zwrotnym stał się 13 października 2009 r., gdy premier Donald Tusk odwołał ze stanowiska szefa CBA Mariusza Kamińskiego. Media sugerowały, że za tą decyzją stały obawy Tuska o pogrążenie rządu wykrytą przez CBA aferą hazardową. Wraz z odwołanym szefem CBA ze służby odeszła wówczas liczna grupa funkcjonariuszy tworzących biuro od podstaw, co oznaczało jego znaczne osłabienie. Mariusz Kamiński, jako szef CBA, jeśli wierzyć wypowiedziom premiera Tuska z początku kadencji, miał być tym, który będzie pilnował ministrów i polityków PO. Okazało się jednak, że robił to zbyt skutecznie i musiał zapłacić dymisją.

Jednak wzmożona inwigilacja polskich służb ma związek z przygotowaniami do wyborów parlamentarnych. Coraz częściej podejmują one aktywne działania operacyjne wobec środowisk opozycyjnych. Sytuacja, w której największa i najsilniejsza polska służba aktywnie zajmuje się częścią środowiska dziennikarskiego, i to akurat tego, które pozwala sobie na krytyczne uwagi wobec władzy, jest chora. ABW pod pozorem działań profilaktycznych dotyczących ochrony tajemnic państwowych prowadzi procedury operacyjne, w których ramach zbierane są informacje o dziennikarzach i ich informatorach. Podobne praktyki obowiązują w SKW, gdzie pod szyldem ochrony interesów polskich sił zbrojnych monitorowane były telefony dziennikarzy i ich informatorów piszących o służbach wojskowych.

Cel: dziennikarze i historycy

Największym skandalem była jednak pod tym względem tzw. afera marszałkowa z maja 2008 r., w której trakcie ABW skierowało do operatorów wnioski dotyczące dziennikarzy opisujących jej przebieg bądź mających kontakty z jednym z głównych oskarżonych w tej aferze. W grupie tej znaleźli się dziennikarze „Rzeczpospolitej”, „Wprost”, „Naszego Dziennika” „Gazety Polskiej”, a nawet TVN. Najbardziej kuriozalne było to, że prowadzący sprawę prokurator zgodził się, aby dane uzyskane w tej sprawie przez służby mogły zostać wykorzystane przez wiceszefa ABW – płk. Jacka Mąkę do jego procesu cywilnego z Cezarym Gmyzem z „Rzeczpospolitej”. Na dodatek na potrzeby tej sprawy podsłuchiwano rozmowy dziennikarza z jego adwokatem i włączono je później do aktu oskarżenia.

Kolejna sprawa dotyczy głośnej książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”. ABW zajęła się badaniem legalności odtajnienia wykorzystanych do jej napisania dokumentów archiwalnych. W efekcie 9 stycznia 2009 r. bydgoska Prokuratura Okręgowa na wniosek ABW wszczęła śledztwo w tej sprawie. To pierwszy taki przypadek na świecie, by tajna służba badała naukowe opracowanie przygotowane przez zawodowych historyków. Sprawę komentowano w gremiach zachodnich historyków, którzy nie dowierzali, że polskie służby specjalne zajęły się pracą naukowców.
ABW ma jeszcze jeden instrument kontroli historyków – jest nim zbiór zastrzeżony IPN, którego pilnuje najmocniej. Dzięki temu nadal wiele akt dotyczących PRL jest utajniona i historycy nie mogą z nich korzystać.

Cel: internauci

Po dziennikarzach i historykach na celowniku służb znaleźli się internauci. Normą demokracji jest, że internet jest przestrzenią maksymalnie wolną, co nie znaczy, że w ogóle nie jest monitorowany przez służby. Dzieje się to jednak zazwyczaj w bardzo poważnych przypadkach, takich jak terroryzm, zabójstwa, zorganizowana przestępczość, hakerstwo czy handel narkotykami na dużą skalę. ABW tymczasem zajęło się sprawą, którą nie zainteresowałaby się żadna poważna agencja na świecie. 20 maja 2011 r. o godz. 6.00 funkcjonariusze ABW wtargnęli do mieszkania 25-letniego studenta, właściciela strony AntyKomor.pl., rekwirując mu laptopa. Jako powód porannego najścia podali obrazę prezydenta. Kilka dni później okazało się, że akcja ABW została poprzedzona doniesieniem agencji do Prokuratury Rejonowej w Tomaszowie Mazowieckim. Akcja ABW w domu studenta miała pokazać wszystkim internautom, że krytykować władzy, nawet w bardzo żartobliwej formie, nie można. Sytuacja ta uwidoczniła zarazem, że ABW zamiast ścigać najgroźniejsze zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa, zajmuje się nieprawomyślnymi użytkownikami internetu. To dowodzi, że ABW, podobnie jak SB w czasach PRL-u, staje się coraz bardziej prawdziwą tarczą i mieczem władzy.

Cel: kibice

W maju 2011 r. okazało się również, że ABW włączyła się aktywnie do walki z kibicami, którzy zaczęli demonstrować swoje niezadowolenie wobec działań premiera Donalda Tuska, m.in. dotyczących zakazów stadionowych. ABW zajęła się tym problemem – według oficjalnej wersji Agencji, kibice mogą mieć kontakty z ekstremistami politycznymi – nazistami, neofaszystami bądź z członkami zorganizowanych grup przestępczych. Działania ABW ubrane zostały organizacyjnie w akcję prewencyjną, jaką ma prowadzić policja przed Euro 2012.

Taka logika działania ABW przypomina prowadzoną w latach osiemdziesiątych akcję „Hiacynt”, w której ramach dokonano rejestracji osób o skłonnościach homoseksualnych. SB zakładała wówczas, że jak któryś z zarejestrowanych wystąpi przeciw władzy, to służba wyciągnie mu jego homoseksualizm. Być może studiujący dokumentację „Hiacynta” Krzysztof Bonadryk wpadł na pomysł przeprowadzenia podobnej akcji w odniesieniu do polskich kibiców, którzy odważyli się nazwać premiera Tuska „matołem”.

W czasie koalicji AWS-UW Krzysztof Bondaryk był wiceministrem w MSWiA, gdzie podlegało mu m.in. Krajowe Centrum Informacji Kryminalnej. Wówczas „Gazeta Wyborcza” zarzucała mu nadużycia przy archiwizowaniu dokumentów związanych z lustracją. Chodziło o materiały obyczajowe, w tym te, które dotyczyły osób o orientacji homoseksualnej (tzw. różowe teczki z akcji MO „Hiacynt”).

Według projektu, do KCIK miały być przekazywane wszelkie informacje operacyjne z WSI, UOP, Policji, Straży Granicznej, Głównego Inspektoratu Celnego, Inspekcji Skarbowej. KCIK docelowo miał zostać centrum operacyjnym panującym nad wszystkimi służbami. Sejm jednak wówczas odrzucił ten projekt. Bondaryk zrealizował go dopiero za rządów PO – Agencja stała się obersłużbą, posiadającą w praktyce kontrolę nad wszystkimi specsłużbami.

Pewne jest jedno – to, co już dzisiaj wiemy o działaniach ABW, uprawnia nas do wniosku, że w przyszłości weryfikacja kadr ABW będzie niezbędna.

Dorota Kania,

Leszek Pietrzak,
były pracownik UOP, IPN, BBN, historyk, analityk, publicysta. W latach 2006-2008 był członkiem Komisji Weryfikacyjnej WSI.

Tags: , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=39755 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]