Zaszkodziły ci dwie literki – AK

Tuż przed referendum w 1946 r. aresztowano prewencyjnie wielu działaczy PSL-u, by nie mogli uczestniczyć w agitacji politycznej. Mojego ojca UB więziło przez dwa tygodnie w piwnicy urzędu w okropnych warunkach.

W koszarach KBW w Lublinie, w których Roman Domański zakładał głośniki radiowe mieściły się też pomieszczenia , w których UB przesłuchiwał zatrzymanych. To dawało mu też dodatkowe możliwości obserwacji.

– Przechodząc korytarzem tego swoistego wydziału śledczego przez otwarte drzwi widziałem pewnego razu, jak ubowiec bił więźnia krzesłem po głowie – wspomina Roman Domański. – Ręce mnie wtedy świerzbiły, ale musiałem iść dalej.

Oprócz zadań wywiadowczych Roman Domański brał też udział w akcjach oddziału WiN-u, do którego należał.

– Zapamiętałem szczególnie napad na bank w biały dzień – Potrzebowaliśmy bowiem pieniędzy na działalność. Po jakichś dwóch miesiącach mojej aktywności był Poczdam i okazało się, że Amerykanie i Anglicy sprzedali nas Stalinowi i nie ma już wolnej Polski. Dla mnie to był szok. Gdy wstępowałem do WiN-u mówiono mi, że wkrótce wybuchnie III wojna światowa, że przyjdą Amerykanie i nas wyzwolą spod sowieckiej okupacji. Później też nam to cały czas mówiono, najzwyczajniej nas okłamując. Mówiono, że mamy przetrwać tylko kilka miesięcy, żeby tworzyć kadry przyszłego wojska. Skontaktowałem się z „Jaskrem” dowódcą batalionu WiN i poprosiłem o zwolnienie z organizacji. Dalsza walka nie miała sensu. „Jaskier” zgodził się na moje odejście z organizacji. Wyjechałem na Zachód, zamieszkując w Maszewie k. Gorzowa Wielkopolskiego. Ojciec został w Maszewie  kierownikiem szkoły, a ja wykorzystując swoje umiejętności zacząłem reperować radia.

Z Maszewa do Gorzowa

Z Maszewa Roman Domański przeprowadził się szybko do Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie były większe szanse dla młodych ludzi. Miasto dźwigało się z ruin i zaludniało nowymi mieszkańcami, głównie Polakami z Ziem Wschodnich.

– Poznałem w nim takiego starszego pana fotografa, który oprócz wykonywania zdjęć, zajmował się także handlem używanymi radiami – wspomina. – Potrzebował kogoś, kto będzie naprawiał stare odbiorniki i mnie do tego zaangażował. Na podstawie metryki urodzenia uzyskałem nowy dokument tożsamości na moje właściwe nazwisko. Wkrótce otworzyłem własny zakład naprawy odbiorników radiowych w śródmieściu Gorzowa przy ul. Chrobrego. Sam zaś mieszkałem przy Grottgera. Szybko dorobiłem się nowego motocykla DKW-200 i wstąpiłem do klubu motocyklowego. Po przeszkoleniu brałem udział w zawodach na stadionie żużlowym w Gorzowie, gdzie zdobyłem I miejsce, a w Poznaniu drugie. Do Polski przyjechał wówczas Stanisław Mikołajczyk i wtedy wstąpiłem do Polskiego Stronnictwa Ludowego. Mój ojciec bardzo zaangażował się w tworzenie jego struktur w województwie zielonogórskim. Organizował on zebrania i wiece w ważniejszych miejscowościach regionu, a ja woziłem go do nich na swoim motocyklu.  Tuż przed referendum w 1946 r. aresztowano prewencyjnie wielu działaczy PSL-u, by nie mogli uczestniczyć w agitacji politycznej. Mojego ojca UB więziło przez dwa tygodnie w piwnicy urzędu w okropnych warunkach. Ja również zostałem zatrzymany przez UB na ulicy obok mojego zakładu. Też przetrzymywano mnie aż do zakończenia referendum. Zwolniono mnie i ojca dopiero, gdy komuniści je wygrali. Ojciec w dalszym ciągu wierzył, że mimo tych represji naród polski nie da się ogłupić i wyborów parlamentarnych komuniści nie wygrają. Wciąż karmił się złudzeniami. Ja ich oczywiście nie miałem. Pomagałem ojcu, ale uważałem, że Mikołajczyk z PSL-em porywał się z motyką na słońce… Ojciec w wyborach w 1947 r. został wybrany posłem do Sejmu mimo, że całe wybory zostały sfałszowane. Był z tego bardzo dumny. Mnie niespodziewanie mimo, że miałem zachlapane nagle wezwano do WKR-u i spytano – czy nie chciałbym pójść do wojska do lotnictwa? – Odpowiedziałem oczywiście, że chcę! Aż podskoczyłem z radości. Nie dlatego oczywiście, że pójdę do wojska, ale dlatego, że latając na samolotach będę mógł dać dyla na Zachód. Kolega na korytarzu WKR-u , gdy dowiedział się, że idę do lotnictwa, złapał mnie za rękaw, odciągnął na bok i mówi – po co ci to?

Po co ci mundur?

– Tyle byłeś w partyzantce, nawojowałeś się i jeszcze chcesz zakładać mundur? – po chwili dodał. – Do lotnictwa biorą tylko ochotników, to ciebie nie mogą zmusić. – Ja zaś twardo walę mu, że ja właśnie na ochotnika chcę iść do lotnictwa. Tamten spojrzał na mnie, jak na wariata i machnął ręką. Musiałem jeszcze pójść na drugie piętro WKR-u i uzyskać akceptację politruka. Obejrzał moje papiery i zapytał – no to jak było w tej Rosji? – O, strasznie było, chłopów męczyli, wyzyskiwali, bili. Dopiero, jak władza radziecka przyszła w 1939 r. na Wołyń, to wyzwoliła ich z ucisku polskich panów. Politruk – Żyd oczywiście, wysłuchał tej klasowej bajeczki, zaczerpniętej żywcem z jakiejś propagandowej broszury i wziął ją za dobra monetę. Starałem się mówić przekonywująco, by politruk myślał, że wierzę w te bzdury. Wiedziałem, że od jego podpisu zależy wszystko. Na końcu rozmowy z nim zapytałem – no to jak, jestem przyjęty? – Tak! – odpowiedział uznając, że jestem dostatecznie uświadomiony politycznie. Otrzymałem skierowanie do jednostki lotniczej do Krakowa. Tu na swoje nieszczęście przyznałem się, że byłem w Armii Krajowej i to do tego podoficerem. By za bardzo się nie narażać powiedziałem, że tylko kapralem, a nie starszym sierżantem, który to stopień faktycznie posiadałem tuż przed rozwiązaniem dywizji. Stopień starszego kaprala mi uznano. Nie była to jakaś specjalnie wielka szarża, ale dawała pewne przywileje ułatwiające żołnierskie życie. Nie musiałem już np. wychodzić na ćwiczenia poranne, pucować korytarzy itp. Miałem też pod sobą żołnierzy. Po pewnym czasie nagle całą naszą jednostką czyli 3 Pułk Lotnictwa Myśliwskiego przeniesiono na wybrzeże, lokując go w Gdyni-Oksywiu-Babich Dołach.

Na pilotaż do Dęblina

– Wcześniej złożyłem podanie o skierowanie na kurs pilotażu  do Dęblina. Wiedząc, że w tej sprawie dużą rolę odgrywa aparat polityczno-wychowawczy, który mnie będzie oceniał, starałem się z nim zaprzyjaźnić. Z dowódcą politycznym jednostki żeśmy sobie tęgo popili, żeby nabrał do mnie zaufania. Kręciłem się też wokół innych wpływowych oficerów m.in. Freya-Bieleckiego, który później uciekł na Zachód. Traktował mnie jako swojego pupilka. Po zainstalowaniu w Gdyni, dowództwo jednostki zrobiło zbiórkę, na której zaczęło szukać kandydatów do określonych służb. – Kto chce być meteorologiem, wystąp – padła pierwsza komenda – Przez moment się zawahałem. Kolega mnie jednak wyprzedził i zgłosił się pierwszy. Potrzebny był zaś tylko jeden kandydat. Po chwili pada następne pytanie – kto umie obsługiwać aparat filmowy. Od razu się zgłosiłem. Potrafiłem bowiem to robić. Pułk zaś chciał mieć specjalistę od zdjęć lotniczych. Funkcję tę traktowałem wyłącznie jako przejściową. Wciąż bowiem czekałem na odpowiedź na moje podanie w sprawie przyjęcia na kurs  pilotażu. Któregoś dnia dzwoni do mnie dowódca i prosi, żebym przyszedł. Spytałem, czy chodzi może o moje podanie o przyjęcie na kurs pilotażu? – Tak- usłyszałem w odpowiedzi. – No i jak? – zapytałem czując, że zna on odpowiedź. On nie powiedział nic, tylko rzucił w słuchawkę – przyjedź, pogadamy! Już wiedziałem, ze coś jest nie tak. Zameldowałem się, a on mi mówi, że odpowiedź na moje podanie jest odmowna. Po chwili zapytał – a wiesz, co ci zaszkodziło? – zaprzeczyłem. – On zaś uśmiechnął się i powiedział. – Zaszkodziły ci dwie literki – AK.

Dla Romana Domańskiego był to ogromny cios.  Zgłosił się do wojska, żeby uciec samolotem, a nie służyć w nim. Pozostał w szeregach pułku do 1949 r.

Nie chciał zostać w wojsku

– Namawiano mnie, żebym został w wojsku na zawodowego, ale nie chciałem – mówi Roman Domański. – Nie widziałem sensu. Lotnikiem nie zostałem, a stosunki w wojsku zaczęły się psuć. Wróciłem do rodziców. Nie mieszkali oni już koło Gorzowa Wielkopolskiego, ale w Pawłowie 5 km od Brzegu. Ojciec był tam kierownikiem szkoły. Zacząłem pracować w Zakładach Silników Elektrycznych w Brzegu. Założyłem rodzinę. Do 1956 r. stale znajdowałem się pod obserwacją UB. Funkcjonariusz bezpieczeństwa regularnie odwiedzał kadry przedsiębiorstwa i zaglądał do mojej teczki personalnej. Nie miałem możliwości studiowania i pełnienia wyższych stanowisk.  Po 1956 r. przeniosłem się do innego zakładu, czyli Fabryki Maszyn Rolniczych „Agromed” – Brzeg. Pracowałem jako ekonomista-zaopatrzeniowiec. W tamtej rzeczywistości  była to jedna z najtrudniejszych funkcji w przedsiębiorstwie. Od mojej operatywności zależało wykonanie przez nie planu. Jak nie udało mi się zdobyć materiałów, stawała produkcja.

Działka największą radością

W 1972 r. pan Roman Domański przeszedł na emeryturę. Od kilku lat po śmierci żony jest wdowcem. Myśli dużo o Wołyniu, choć od zakończenia wojny już na nim nie był. Kiedy zaistniały do tego warunki, choroba żony uniemożliwiła mu wyjazd w rodzinne strony. Udało się to tylko jego bratu zakonnikowi, który w Zasmykach odprawił Mszę św. Obecnie główną jego radością jest działka, której poświęca każda wolną chwilę. Bierze oczywiście udział w działalności wrocławskiego środowiska żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Uczestniczy w różnych uroczystościach patriotycznych. Wygłasza pogadanki w szkołach starając się, by młodzież poznała prawdę o czasach, w których przyszło mu żyć. Zależy mu też, by młodzież znała prawdę o Wołyniu, która wciąż jest zakłamywana i relatywizowana przez usłużnych historyków, zrównujących często kata z ofiarą.

Marek A. Koprowski

Za: Kresy.pl | http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/zaszkodzily-ci-dwie-literki-ak

Skip to content