Pogody jesienne – Stanisław Michalkiewicz

Nic na tym świecie nie trwa wiecznie, wszystko kiedyś się kończy. Zauważył to już dawno ksiądz biskup Ignacy Krasicki, wspominając melancholijnie „wszystko to odmienne: łaska pańska, gust kobiet, pogody jesienne”. Trudno nie przywołać tego spostrzeżenia właśnie teraz, kiedy po upływie roku od powstania rządu premiera Donalda Tuska pojawiły się oznaki zwijania medialnego parasola ochronnego nad Platformą Obywatelską.

Jak pamiętamy, co najmniej od wiosny 2005 roku Platforma Obywatelska oraz osobiście Donald Tusk byli faworytami mediów, zwłaszcza TVN i Polsatu, no i oczywiście „Gazety Wyborczej”. Oznaczało to, że zarówno razwiedka, jak i Salon – obydwie strony umowy Okrągłego Stołu – uznały, iż program IV Rzeczypospolitej, a więc program odzyskiwania suwerenności politycznej, ekonomicznej i państwowej, przy pomocy którego Jarosław Kaczyński próbował pozyskać głosy wyborcze, rzeczywiście może zagrażać ich interesom i podważyć fundamenty ładu zaprojektowanego w Magdalence. Mimo to jednak, m.in. dzięki poparciu środowiska identyfikowanego z Radiem Maryja, zwycięzcą wyborów parlamentarnych w roku 2005 zostało Prawo i Sprawiedliwość – jednak bez większości sejmowej. Próby nawiązania politycznej współpracy z Platformą Obywatelską zakończyły się niepowodzeniem z powodu nieustępliwości obydwu stron w sprawie kontroli nad tzw. resortami siłowymi, a zwłaszcza – tajnymi służbami. W rezultacie doszło do utworzenia rządu premiera Marcinkiewicza, który jednak, pozbawiony stabilnej większości parlamentarnej, nie był zdolny do poważniejszych przedsięwzięć. Nie wzmocnił rządu również pakt stabilizacyjny, jaki PiS zawarło z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. W rezultacie doszło do zawarcia koalicji PiS z Samoobroną i LPR oraz zmiany premiera, którym został sam Jarosław Kaczyński. Podjął on próbę podporządkowania sobie koalicjantów poprzez wywołanie w ugrupowaniach koalicyjnych kryzysu przywództwa, jednak próba ta doprowadziła do rozpadu koalicji, co prezes PiS uznał za wystarczający powód do rozpisania nowych wyborów.

Tym razem jednak zwycięzcą została Platforma Obywatelska, utworzyła z Polskim Stronnictwem Ludowym koalicyjny rząd, który rozpoczął realizowanie programu odwdzięczania się razwiedce za nieustanne poparcie. Ten program był realizowany konsekwentnie od samego początku działalności rządu Tuska, ale w sejmowym exposé premier nie mógł tego ogłosić, również dlatego, że to nie on decydował o formach, w jakich musi się odwdzięczać, tylko raczej był o nich informowany na bieżąco. Dlatego też po roku działalności rządu nawet najwięksi jego entuzjaści mieli trudności ze wskazaniem jakiejś zrealizowanej obietnicy. Jeśli jednak podczas narady aktywu partyjnego z okazji pierwszej rocznicy powstania rządu premier Tusk powiedział, że PO Polskę „uporządkowała”, to jest to prawda w tym sensie, iż beneficjenci umowy Okrągłego Stołu umocnili się na kluczowych pozycjach życia publicznego.Trzeba bowiem pamiętać, że z punktu widzenia obydwu stron umowy Okrągłego Stołu Platforma Obywatelska stanowi tylko tzw. mniejsze zło w porównaniu z PiS, którego pogróżki zostały potraktowane serio. Nie chodzi mi bynajmniej o program IV Rzeczypospolitej rozumiany jako rekonkwista suwerenności politycznej, ekonomicznej i państwowej, bo mam wrażenie, że Jarosław Kaczyński wcale nie myślał serio o jego realizacji. Sądzę, że prawdziwym jego programem było wysadzenie w powietrze tzw. grupy trzymającej władzę i zajęcie jej miejsca bez zasadniczej zmiany modelu państwa i kierunku polityki zagranicznej.

Warto pamiętać, że PiS w referendum 2003 roku opowiedziało się za włączeniem Polski do Unii Europejskiej, więc trudno sobie wyobrazić, by było przeciwne wynikającym z tego konsekwencjom. Zresztą, nie tylko intencje liczą się w polityce, ale i skutki, a skutkiem rozpadu koalicji z Samoobroną i LPR było zniknięcie z centrum politycznej sceny wszelkich ugrupowań głoszących – mniejsza o to, czy szczerze, czy nieszczerze – hasła antyunijne. Ten prawdziwy program PiS też przez beneficjentów umowy Okrągłego Stołu został potraktowany serio, a ponieważ na skutek afery z Rywinem na lewicy pojawiły się objawy dekompozycji, postawiono na Platformę Obywatelską, która żadnych rewolucji pod tym względem nie zapowiadała.

Jednak realizacja programu odwdzięczania musiała uświadomić premierowi Tuskowi, że na dłuższą metę jest on dla Platformy Obywatelskiej i dla niego samego niekorzystny, bo chociaż doprowadzi do umocnienia pozycji beneficjentów umowy Okrągłego Stołu w życiu publicznym, to jednak z tego samego powodu zapoczątkuje erozję popularności PO i jego osobiście. Poza tym ręczne sterowanie rządem zza kulis musiało być dla niego również coraz bardziej nieznośne ze względów prestiżowych. W rezultacie podjął próbę skonfrontowania się ze środowiskiem swoich dotychczasowych dobroczyńców, co objawiło się w postaci konfliktu rządu z PZPN. Okazało się, że rząd, chociaż uruchomił pozostające w jego formalnej dyspozycji Moce, nie jest w stanie podporządkować sobie tych środowisk. Armaty wprawdzie umilkły, ale napięcie pozostało. Musiało się ono jeszcze zwiększyć po wizycie premiera Tuska w Chinach, gdzie zaprosił on chińskich biznesmenów do inwestowania w Polsce – co mogło zostać odczytane jako próba podważenia dotychczasowej hierarchii w świecie biznesu i ustanowienia nowej, bardziej uzależnionej od łaskawości rządu – a zwłaszcza po wizycie w Katarze, gdzie premier Tusk zapowiedział rozpoczęcie importu skroplonego gazu i budowę gazoportu – a więc przedsięwzięć, przy pomocy których również Jarosław Kaczyński zamierzał osłabić potęgę „układu”, dla którego kontrola nad sektorem paliwowym stanowi istotny element stanu posiadania.

W tej sytuacji „układ” zareagował pierwszym poważnym ostrzeżeniem w postaci medialnych ataków na ministra Drzewieckiego i ministra Nowaka, które były dla nich całkowitym zaskoczeniem. Politycy PO tak dalece przyzwyczaili się do przychylności mediów, że gdy dziennikarka radia RMF FM zaczęła rozmawiać z ministrem Bonim normalnie, tzn. tak samo, jak – dajmy na to – z politykami PiS, ten był do tego stopnia zgorszony, że powiedział o tej „zniewadze” publicznie. Jednocześnie z tymi atakami opublikowane zostały wyniki sondażu, z którego wynikało, iż największymi wolnorynkowcami są w Polsce wyborcy… Sojuszu Lewicy Demokratycznej! Było to drugie poważne ostrzeżenie pod adresem PO, że może pojawić się dla niej polityczna alternatywa, która przelicytuje ją w retoryce modernizacyjnej i wolnorynkowej.

Trudno się zatem dziwić, że w sejmowym wystąpieniu premiera Tuska znalazła się oferta pojednania i współpracy skierowana do znienawidzonego PiS. Zarówno bowiem PO, jak i PiS, przy ostentacyjnej nieprzejednanej wrogości, mają ten sam polityczny cel – by ani z jednej, ani z drugiej strony nie pojawiła się dla nich polityczna alternatywa. Zatem wspólny interes obydwu partii polega z jednej strony na tym, by podsycanymi codziennie z obydwu stron przez harcowników hałaśliwymi sporami absorbować bez reszty uwagę opinii publicznej i doprowadzać ją w ten sposób do stanu kompletnego amoku, w którym przestanie zwracać uwagę na sprawy naprawdę ważne, a z drugiej strony – by blokować każdą próbę stworzenia alternatywy politycznej. Wtedy całkiem realna staje się możliwość ukształtowania się dwubiegunowej sceny politycznej, zdominowanej bez reszty przez obydwie partie, które co kadencja wymieniają się przy sterze państwa. Warto zwrócić uwagę, że odpowiadając na tę ofertę i zarazem odpierając zarzuty posła Chlebowskiego o niekonstruktywnym sposobie uprawiania polityki przez PiS, Jarosław Kaczyński przypomniał, iż PiS bodajże w 80 procentach przypadków głosowało tak samo jak Platforma Obywatelska. Już choćby ta statystyka pokazuje, że tak naprawdę większość sporów między PO i PiS może mieć charakter wyłącznie instrumentalny, socjotechniczny.

Oczywiście gest premiera Tuska miał również taki charakter, ale nie sądzę, żeby wyłącznie. Musi on bowiem liczyć się z tym, że dla beneficjentów Okrągłego Stołu jest wyłącznie „mniejszym złem” i jeśli tylko dopracują się oni własnej alternatywy politycznej, to bez wahania zwiną nad nim ochronny parasol mediów, wycofają wsparcie agentury, a i Salon z dnia na dzień też przestanie Platformę obcmokiwać. Mogła to być również odpowiedź na owo pierwsze poważne ostrzeżenie. Przemawia za tym także ostatnia deklaracja ministra Sikorskiego, który dopuścił możliwość „prawie stałej” obecności rosyjskich inspektorów w amerykańskich instalacjach wojskowych, jakie ewentualnie powstaną na terenie Polski. Wygląda to tak, jakby rząd premiera Tuska próbował ofensywy na kilku frontach: wobec tubylczego „układu”, wobec swojego umiłowanego wroga i nawet wobec strategicznych partnerów.

Stanisław Michalkiewicz
Felieton  ·  „Nasz Dziennik”  ·  2008-11-26  |  www.michalkiewicz.pl

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza z cyklu „Ścieżka obok drogi” ukazuje się w „Naszym Dzienniku” w każdy piątek.


Za: michalkiewicz.pl


Skip to content