Aktualizacja strony została wstrzymana

Poziom konformizmu dziennikarskiego – nie do zniesienia

Z dr Hanną Karp, medioznawcą z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, rozmawia Paulina Jarosińska

„Gazeta Wyborcza”, jak i „Rzeczpospolita” zmieniają kierunek, jeśli chodzi o przekaz o katastrofie smoleńskiej. W weekendowym wydaniu gazety Adama Michnika pojawia się informacja o komendzie „odchodzimy”, o której „Nasz Dziennik” pisał już pół roku temu. „GW” przez 9 miesięcy sączyła tezę o winie pilotów, podpierając ją nieraz kompletnie irracjonalnymi argumentami. O czym świadczy ta zmiana?
– Proszę zauważyć, że zmiana azymutu „Gazety Wyborczej”, jeśli chodzi o sposób relacjonowania merytorycznie i formalnie całej sprawy katastrofy smoleńskiej, odbywa się już po opublikowaniu przez MAK raportu końcowego. Możemy więc przyjąć, że to właśnie konferencja spowodowała przestawienie sposobu relacjonowania o katastrofie w ogóle we wszystkich mediach w Polsce. „Gazeta Wyborcza” natychmiast uwzględniła wszystko, co się z tym wiąże – łącznie z rezonansem, jaki wywołała konferencja MAK u polskiego odbiorcy. Pismo Adama Michnika ma bardzo wyczulone ucho na wszystkie drgania opinii publicznej i uwzględnia je, jeśli to jest po jego myśli. Jednak potrafi też iść ostro pod prąd. „Gazeta Wyborcza” ma swoją politykę i nie zamierza z niej rezygnować. Bywa, że często „drażni się” wręcz z opinią publiczną. Czytelnicy mogą czuć się nieraz głęboko upokorzeni kampaniami realizowanymi według tezy redaktorów tej gazety. To przestawienie narracji nie wynika jednak z redakcyjnego koniunkturalizmu. „Wyborcza” wciąż realizuje swoją politykę z żelazną konsekwencją. Przestawienie narracji na temat katastrofy smoleńskiej wpisuje się w jej główny nurt. Po pierwsze, wszyscy w Polsce odnotowali długą nieobecność premiera, a za nim całego rządu i prezydenta w obliczu tak ważnych zaistniałych nowych okoliczności. Wypowiedź Donalda Tuska pojawiła się o wiele za późno, natomiast Bronisław Komorowski zapadł na „chorobę dyplomatyczną” i nie wydał nawet żadnego merytorycznego oświadczenia w sprawie raportu MAK. Jesteśmy w sytuacji zawieszenia władzy w Polsce. „Gazeta Wyborcza” stara się „zapanować” nad całą sytuacją i narzucić opinii publicznej swoją interpretację. Sytuacja jest rozwojowa. „Wyborcza” zdaje sobie sprawę z tego i chce znów stać na czele frontu medialnego, by zdominować publiczny dyskurs. Dziś bowiem dowiadujemy się o kolejnych faktach, których nie można już przemilczeć, „Wyborcza” ma tego świadomość i chce wpisać się w ton, który za chwilę może stanowić w opinii publicznej dominantę. Tylko po to, aby potem powiedzieć: oto jesteśmy opiniotwórczy i miarodajni.

To walka o nowych czytelników?
– „Gazeta Wyborcza” walczy w pierwszej kolejności o własnego czytelnika.

Bo przecież cały czas jest obecna w retoryce gazety teza o nacisku, o „niekompletności raportu MAK”…
– Niedawno w TVN 24 jeden z prominentnych redaktorów „Wyborczej” Piotr Stasiński wyraził oburzenie, że w mediach szeroko podejmowana jest dyskusja o tym, iż raport MAK godzi w honor polskiego generała, że zostało naruszone dobre imię polskiej armii. Według niego, taka debata nie powinna się odbywać, ponieważ nie jest „merytoryczna”. Swoją drogą, można zapytać, czym dla redaktorów w ogóle jest polski honor… Wracając do głównego wątku, ton „Gazety Wyborczej” przewija się właściwie przez wszystkie stacje komercyjne, również Polsat i TVN. A przecież mamy prawo oczekiwać, że także stacje komercyjne będą dążyły w swoim przekazie przede wszystkim do prawdy, a nie jedynie do zdobycia odbiorców i powielania schematów wymieszanych z półprawdami. Zdumiewające jest to, że dopiero po konferencji MAK, dopiero gdy się okazało, że nie da się wtłoczyć Polakom zmanipulowanych treści, dopiero teraz dostrzegamy zmianę ogólnej narracji.

Pewnych tez już po prostu nie da się dłużej kolportować, „GW” maskuje w ten sposób swoją kompromitację?
– Czasami można było wręcz odnieść wrażenie, że dziennikarze „Wyborczej” świadomie zamykali oczy na fakty. „Nasz Dziennik” i wszystkie media, które stawiały niewygodne, rzeczowe pytania i które przedstawiały sprawę z zupełnie innej strony, niż czyniły to mainstreamowe media, były ośmieszane i piętnowane. Celowo bagatelizowano wnioski z ich śledczej działalności. „Gazeta Wyborcza” nie pozwoliłaby na to, aby jakiś inny dziennik czy medium odebrało jej palmę pierwszeństwa w kształtowaniu narracji o katastrofie smoleńskiej. To było i jest w świecie wolnych mediów kuriozalne.

Czy wolta „Wyborczej” jest sprzężona z zachowaniem rządu i prezydenta?
– Wydaje się, że „Gazeta Wyborcza” nie ma teraz wyjścia i trzyma się konsekwentnie obranej drogi. Na pewno rząd jest politycznie opcją jej bardzo bliską, ale sądzę, że dużo bliżej środowisku „Gazety Wyborczej” jest do Bronisława Komorowskiego i obozu przez niego budowanego. To zaplecze prezydenckie jest przecież w ogromnej mierze oparte o środowisko dawnej Unii Wolności, a to z kolei jest ściśle związane z Adamem Michnikiem. „Gazeta Wyborcza” jest jednocześnie bardzo uważna, jeśli chodzi o Rosję, a zwłaszcza politykę Putina, i w swojej narracji musi uwzględniać odpowiedni stosunek do niej. Widzimy wyraźnie, jaką politykę wschodnią prowadzi polski prezydent. To wszystko jest ze sobą powiązane. Tak na marginesie, już dziś widać, że zaplecze Bronisława Komorowskiego ma ambicję jeszcze większych wpływów i władzy w Polsce.

Zapytam wobec tego jeszcze o zmianę w retoryce „Rzeczpospolitej”, zmianę bardziej wyrafinowaną. Jak już kiedyś Pani oceniała, jeśli chodzi o katastrofę smoleńską, choć nie tylko, to jest to bardzo nierówny dziennik. Kilka miesięcy temu pojawiła się w nim analiza prawnicza Krzysztofa Karsznickiego, w której jednoznacznie uznał on, że niemożliwe byłoby powołanie wspólnego zespołu śledczego do zbadania katastrofy, teraz jednak gazeta sugeruje, że byłaby taka szansa…
– „Gazeta Wyborcza” walczy o czytelnika w tym sensie, że chce być ciągle liderem przekazu. Od czasu do czasu uwzględnia drugi głos, aby po jakimś czasie dodać swoje „ale”, by tym samym zbudować wersję, która na długo zdominuje przekaz medialny. Natomiast „Rzeczpospolita” rzeczywiście walczy o nakład i obecność na rynku. Zauważmy, jak porozrzucanych światopoglądowo ma publicystów – od prawicy po skrajną lewicę. Nierówność „Rzeczpospolitej” uwidacznia się najmocniej przy katastrofie smoleńskiej. Paweł Lisicki – redaktor naczelny pisma, wręcz wije się jak piskorz, mówiąc o katastrofie smoleńskiej. Wszystkie głosy gazety, które mogłyby wydawać się głosami rzeczowymi w tej sprawie, są od razu neutralizowane przez teksty chociażby głównej korespondentki z Moskwy, pani Justyny Prus. Paweł Lisicki prowadzi dziś swój statek na wzburzonym morzu, ale nie wiemy do końca, jakie motywacje nim kierują, kiedy wybiera taki, a nie inny kurs. Katastrofa smoleńska może być probierzem całej linii pisma. Lisicki od początku nie dopuszczał do głosu wersji, że przyczyny katastrofy mogą być związane np. z zamachem. Tak jakby zaklinał się przed kimś, że on absolutnie takiej wersji nie bierze pod uwagę, i uważa tych, którzy ją podtrzymują, za niepoważnych.

Czy nie uważa Pani, że ma to swoją przyczynę w uległości wobec specyficznie pojętej poprawności politycznej?
– Również. Zwróćmy jednak uwagę, że redaktor naczelny ma zawsze szerszą perspektywę niż szeregowi dziennikarze redakcji – zdaje sobie sprawę z sytuacji, w jakiej znajduje się gazeta. Możliwe, że działania Lisickiego są działaniem koniunkturalnym. Trudno podejrzewać go o niedostatki redaktorskie czy brak rozeznania na rynku prasowym. Potrafił przecież pisać bardzo ostre teksty. Sytuacja diametralnie zmieniła się po katastrofie smoleńskiej.

Na ile konformizm, a na ile wpływy rządowe determinują kształt przekazu w mainstreamie w kontekście katastrofy smoleńskiej?
– W tej chwili dziennikarstwo śledcze w sprawie katastrofy smoleńskiej spośród dzienników uprawia właściwie tylko „Nasz Dziennik”. Wszystkie inne redakcje – choćby w mediach publicznych – które próbowały się tym zajmować, zostały pozamykane. Świadczy to dobitnie o tym, że dziennikarski koniunkturalizm i jakaś niezrozumiała bierność pozostałych dziennikarzy wobec działań rządu wzięły absolutną górę nad dążeniem do prawdy. Co jest głównym celem dziennikarstwa śledczego? Patrzenie władzy na ręce. Tymczasem dziennikarstwo śledcze w mediach publicznych zostało całkowicie zastopowane. W przypadku katastrofy smoleńskiej wciąż jest w tym zakresie ogromne pole do popisu. Natomiast ktoś, kto nie wiedziałby, co się dzieje w Polsce, mógłby odnieść wrażenie, że w Polsce wciąż rządzi Jarosław Kaczyński. Bo to on jest ciągle w mediach recenzowany, atakowany, analizowany – a nie rząd. Poziom konformizmu wśród dziennikarzy mediów szerokiego nurtu jest chyba najwyższy od 1989 roku. Dlatego tak istotna jest rola wszystkich niezależnych mediów i dziennikarzy, którzy kruszą ów mur dezinformacji. Nie przypadkiem Polacy coraz liczniej zaczynają sięgać po „niszowe” dzienniki i tygodniki. Jednowymiarowy przekaz informacji i żabia perspektywa informacji z tzw. telewizyjnego paska stają się już nie do zniesienia.

„Rzeczpospolita” poruszyła dwa tematy już szeroko podejmowane i analizowane przez „Nasz Dziennik” – zarówno jeśli chodzi o stanowisko ICAO w kwestii statusu lotu rządowego Tu-154M, jak i protokoły dotyczące gen. Andrzeja Błasika, które według „Rzeczpospolitej” ujawnił „Super Express”. Skąd ta skrajna niemożność do przywołania „Naszego Dziennika”?

– „Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza” jako liczące się dzienniki opiniotwórcze ujawniają bardzo niezdrowy obyczaj – jeśli już powołują się na jakieś publikacje, to najchętniej tylko te, które ukazały się na ich własnych łamach. „Gazeta Wyborcza” jeśli cytuje „Nasz Dziennik”, to tylko wtedy, gdy coś chce ośmieszyć lub wykpić. Choć najchętniej zabiłaby „Nasz Dziennik” milczeniem. „Rzeczpospolita” także stosuje taktykę żelaznego przemilczania efektów pracy konkurencji. Ale przemilczeć publikacji „Naszego Dziennika” – choćby tych dotyczących katastrofy smoleńskiej – już dziś nie sposób. Artykuły „Naszego Dziennika” regularnie odnotowują duże portale internetowe, ale także inne opiniotwórcze dzienniki czy tygodniki. „Nasz Dziennik” od początku tragedii smoleńskiej jest kilka kroków dalej niż tzw. gazety mainstreamowe. Wydaje się, że i „Wyborcza”, i „Rzeczpospolita” mają niemały problem z tematem smoleńskim, a przywołując „Nasz Dziennik”, który pierwszy pewne materiały publikował, musiałyby przyznać, że jest gazeta, która wyprzedza je w ujawnianiu różnych istotnych faktów. A to byłoby równoznaczne z przyznaniem się do tego, że jako redakcje są po prostu słabsze i mniej kompetentne. Choć i siły personalne, i wielkie materialno-finansowe zaplecze tych prasowych kolosów są z „Naszym Dziennikiem” absolutnie nieporównywalne.

Dziękuję za rozmowę.

Za: Nasz Dziennik, Piątek, 21 stycznia 2011, Nr 16 (3947) | http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110121&typ=po&id=po29.txt