Rzeczy smaczne – Stanisław Michalkiewicz

Co tu ukrywać – za komuny było lepiej. Powiem więcej. Było tym lepiej, im surowsza była komuna. Oczywiście nie wszystkim – co to, to nie, ale wiadomo, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Tacy, dajmy na to, wrogowie ludu pracującego miast i wsi, krwiopijcy, na których słusznie pomstuje kolega Piotr Ikonowicz, mieli wtedy przechlapane. Nie tylko odebrano im wszystko, co sobie na krwiopijstwie uciułali, ale w dodatku, żeby żadnemu takiemu, co to „srać chodził za chałupę”, nie przyszło do głowy, że teraz on może sobie to zawłaszczyć, na wszelki wypadek wiele poniszczono. Jak wspomina ks. Walerian Meysztowicz w „Gawędach o czasach i ludziach” zatytułowanych „Poszło z dymem” – bolszewicy w czasie rewolucji ze specjalną determinacją niszczyli np. pałacowe biblioteki, zrzucając książki na kupę, na którą potem, za przykładem komisarza, cała rota, albo nawet i batalion załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne.

Dobra jednak było tyle, że chociaż poniszczono wiele, to przecież nie wszystko, bo – jak zauważył w „Towarzyszu Szmaciaku” Janusz Szpotański – bojownicy o szczęście ludu pracującego miast i wsi, „kiedy śmiertelne toczą boje ze straszną reakcyjną hydrą, to chcą mieć pewność, że na zawsze zdobędą to, co hydrze wydrą. (…) Szmaciak chce władzy nie dla śmichu lecz dla bogactwa, dla przepychu; chce mieć tytuły, forsę, włości i w nosie przyszłość ma ludzkości.” W ten oto sposób, po zlikwidowaniu krwiopijców, świat zaroił się od płomiennych bojowników o szczęście ludu. Tacy płomienni bojownicy byle czego nie zjedzą, co to, to nie; żeby walczyć o szczęście ludu, trzeba mieć siłę, no a jak tu mieć siłę, gdy przymiera się głodem? Toteż walkę o szczęście ludu trzeba zawsze rozpoczynać od odpowiedniego wyfutrowania płomiennych bojowników. Inaczej – cała rewolucja na nic.

Ciekawe, że takie rzeczy zazwyczaj zakryte są przed „mądrymi i roztropnymi”, to znaczy – przed „młodymi, wykształconymi”, natomiast wielu tak zwanych ludzi prostych, potrafi spenetrować prawdę od pierwszego wejrzenia. Wspomniany ks. Meysztowicz opowiada o niejakim Jokajtisie, gospodarzu z Węcławiszek, który po pobycie w Ameryce, gdzieś około 1890 roku wrócił z pieniędzmi i poświęcił się gospodarstwu. Miał on zdecydowane poglądy zarówno na demokrację („przepraszam pana, a kogo jest więcej: głupich, czy mądrych?”), jak również na ustrój społeczny. Kiedy ksiądz Meysztowicz, wtedy zresztą jeszcze nie żaden ksiądz, tylko przemądrzały gimnazjalista, odpowiednik dzisiejszych „młodych, wykształconych”, przekonywał go, że monarchia jest przeżytkiem, Jokajtis po namyśle zawyrokował, że „musi być pan nad panami”, zaś potrzebę istnienia „panów”, czyli – jakby powiedział kolega Ikonowicz – „krwiopijców” – uzasadniał obawą przed socjalistyczną biurokracją państwową: „jak panów nie będzie, to kto ludzi przed czynownikami wybroni?

Ano właśnie! Dopóki był „pan nad panami”, to znaczy – Ojciec Narodów w cudnym raju, a w raikach mniej cudnych – lokalni ojczykowie – czynowników trochę się obawiali, bo w końcu nawet najskromniejszy człowiek celnym donosem mógł zgubić i potężnego. Zmienić niczego na lepsze co prawda nie mógł, bo przemądry Ojciec Narodów przezornie wyposażył swoich niewolników wyłącznie we władzę niszczenia – ale „czynownicy” czuli mores. Kiedy cudny raj, a za jego przykładem – również mniej cudne raiki się zdemokratyzowały, czynownicy poczuli się bezkarni, czego doświadczyliśmy już za czasów Edwarda Gierka. Ale prawdziwy raj nastał dla „czynowników” dopiero po transformacji ustrojowej, kiedy to razwiedka, wyraźnie zaznaczając granice własnego monopolu władzy, na pozostałym obszarze dała im wolną rękę. Toteż „czynownicy” wykorzystali i nadal wykorzystują te możliwości, między innymi dzięki wniesieniu do Sejmu poselskiego projektu ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Sprawozdawcą tego projektu był poseł Marek Olewiński z Klubu Parlamentarnego Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Nawiasem mówiąc, z listy tej partii skutecznie kandydował do Sejmu również kolega Piotr Ikonowicz w roku 1993 – ale w 1994 roku się zbisurmanił i przeszedł do samodzielnego koła Polskiej Partii Socjalistycznej. W ten sposób 30 sierpnia 1996 roku nie musiał w podskokach głosować za tą ustawą, która w Dziale II zawiera art. 3, którego ustęp 2 zagadkowo stwierdza, że komercjalizacji przedsiębiorstw państwowych, a więc – przekształcania ich w spółki prawa handlowego, można również dokonywać w celu innym, niż prywatyzacja. Inna rzecz, że kolega Ikonowicz pod koniec kadencji musiał przeprosić się z Sojuszem Lewicy Demokratycznej, bo w wyborach w 1997 roku znowu skutecznie kandydował z listy tej partii. Ale mniejsza o to, bo jeśli o tym wspominam, to tylko ze względu na pomstowanie kolegi Ikonowicza na „liberalizm”, jako przyczynę paroksyzmów gnębiących nasz nieszczęśliwy kraj. Najwyraźniej przezorność skłania go do niedostrzegania w menażerii słonia w postaci tajnych służb wojskowych, które za pośrednictwem swojej agentury skutecznie kontrolują kluczowe segmenty gospodarki z sektorem finansowym na czele, podobnie zresztą, jak i media tak zwanego „głównego nurtu”. Wracając tedy do ustawy, warto zainteresować się, jakiż to jest – ten „inny” cel i dlaczego ustawodawca nie odważył się opisać go otwartym tekstem?

Odpowiedzi na to pytanie dostarczyła wściekła „debata” wokół złożonego przez klub SLD wniosku o wotum nieufności wobec ministra infrastruktury, pana Cezarego Grabarczyka. Nawiasem mówiąc, posłowie – co słusznie wytknął im premier Tusk – spierali się w zasadzie o różnicę łajdactwa między poszczególnymi ugrupowaniami parlamentarnymi – ale wytykając im to, premier Tusk tym samym przyznał, że Platforma Obywatelska pod tym względem niczym od pozostałych ugrupowań się nie różni. Jestem wszelako pewien, że nawet taka pyrrusowa obrona reputacji ministra Grabarczyka nie zaważy na popularności Platformy Obywatelskiej wśród „młodych, wykształconych” – chyba, że Siły Wyższe, czyli rządzący naszym nieszczęśliwym krajem naprawdę szefowie razwiedki wydadzą swoim konfidentom rozkaz: „w prawo zwrot, do – dajmy na to – Polska Jest Najważniejsza – marsz!” Wtedy nastąpią natychmiastowe przesunięcia w popularności partii tworzących tubylczą scenę polityczną, zwłaszcza, że w partii wskazanej przez Siły Wyższe zaroi się od charyzmatycznych postaci, z którymi pan red. Tomasz Lis i pani Monika Olejnik nie będą wprost mogli się narozmawiać.

Wracając do debaty, to wśród mnóstwa zarzutów postawionych panu ministrowi Grabarczykowi pojawił się również zarzut prowadzenia prorodzinnej polityki kadrowej w spółkach, jakie powstały po skomercjalizowaniu Polskich Kolei Państwowych „w celu innym, niż prywatyzacja” – boć przecież te wszystkie Przewozy Regionalne, Tanie Linie Kolejowe i Intercity, sprywatyzowane są tylko częściowo, to znaczy – sprywatyzowane są zyski, ale straty nadal pozostają państwowe. Każda z tych spółek, zgodnie z surowymi przepisami prawa, musi przecież mieć zarząd i radę nadzorczą, nie mówiąc już o wielu innych posadach, które przecież ktoś też musi obsadzić. A – jak powiadał pewien biskup-sybaryta – „azaliż tylko dla grzeszników Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne?” Oczywiście, że nie; komuż w dzisiejszych zepsutych czasach rzeczy smaczne należą się przede wszystkim? Oczywiście że ludziom sprawiedliwym, a gdzież szukać takich sprawiedliwych, jeśli nie w ugrupowaniach piastujących akurat zewnętrzne znamiona władzy? Czyż nie tak właśnie zdecydowali wyborcy – nasi suwerenowie – wybierając w korcu maku najlepszych? I o to właśnie chodzi – i w tym właśnie celu przeprowadzona została nasza sławna transformacja ustrojowa, którą kolega Ikonowicz oskarża o „liberalizm”. Nie ma co przywiązywać do tego wagi, bo on doskonale wie, jak jest naprawdę, a tylko tak się z nami przekomarza. Ja to rozumiem, bo każdy polityk musi wypracować sobie jakieś emploi.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton   Gazeta internetowa „Super-Nowa” (www.super-nowa.pl)   12 stycznia 2011

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1896

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content