Smutna i prawdziwa historia o jodze jako przyczynie porzucenia katolicyzmu i przyjęciu judaizmu

„Katolicki fanatyk yogi przechodzi na judaizm” – pod takim tytułem izraelska agencja Israel National News obwieściła światu, że pewna „oddana katoliczka” uprawiająca jogę, stała się ortodoksyjną Żydówką. Pomijając wielce entuzjastyczny ton informacji, Interesujący w tym wszystkim jest nawet nie jednostkowy przypadek pani Janet Wilson z Nowego Jorku, lecz pewien proces, który pozwolił jej na przejście tej drogi.

W wywiadzie radiowym pani Wilson opowiadała, że „wychowana była i wykształcona w katolickim otoczeniu”. Pomimo tego, że „rodzice byli rygorystycznie religijni”, Janet podczas studiów na jedym z koledżów na Manhattanie, „zrezygnowała z wszelkich zorganizowanych form wyrażania wiary”. Gdy oddaliła się już od Kościoła, „Janet poznała swojego przyszłego męża, niepraktykującego Żyda reformowanego”. Po ślubie, już jako nauczycielka „zakochała się w jodze”. Janet określa jogę nie tylko jako sposób życia, ale jako filozofię życia. Twierdzi ona, że joga „pozwala ma patrzenie na każde doświadczenie życiowe jako sposób wychowywania siebie i pracy nad sobą”, dodając, że „brzmi to podobnie do tego czym jest judaizm”. Co więcej, Janet wskazuje na wiele wspólnych koncepcji pomiędzy judaizmem i jogą, co tak bardzo ułatwiło jej przejście na judaizm.

Pewnego razu podczas weekendowych zajęć jogi, „Janet natknęła się na książkę o żydowskiej medytacji napisaną przez rabina Aryeh Kaplan.” Odkrycie to pozwoliło na wspólne z mężem „głębsze zapoznawanie się z judaizmem”. Po urodzeniu się syna, mąż bardzo pragnął aby wychowywany był w duchu żydowskim. Z czasem rodzina coraz bardziej angażowała się w prace lokalnej synagogi reformowanej, w żydowskiej szkole, a następnie związała się z żydowską synagogą ortodoksyjną. Janet w końcu podjęła decyzję o konwersji na judaizm. Decyzja jak twierdzi nie była łatwa – „miała wątpliwości opuszczenia katolicyzmu jako zorganizowanej religii i targały nią konflikty przyjęcia innej religii”. W końcu jednak „pewnej nocy” podjęła stanowczą i ostateczną decyzję, a „jej zamiłowanie do duchowości, tymczasowo ulokowane w jodze, teraz skupiło się na B-gu Izraela i na judaizmie”. Wypełniając „marzenia męża zamieszkania w Izraelu, […] rodzina wyemigrowała do Izraela w zeszłym roku”.


Tak przedstawia się ta smutna historia. Pozostaje tylko modliwa za zagubione dusze, miejmy nadzieję, że utracone tylko tymczasowo. Smutne jest też i to, że na drodze Janet nie było osoby, która miałaby odwagę  powiedzieć: „Słuchaj, Janet, zatracasz swoją duszę zajmując się niebezpiecznymi medytacjami”. Nikogo nie było kto by skutecznie i w porę ostrzegł przez skutkami jogi, nie było księży, którzy ostrzegliby przed ciemną duchowością tych wszystkich, tak niewinnie określanych „ćwiczeń koncentracji”, nie było rodziny, nie było znajomych.  Zamiast tego była jednak natarczywie lansowana w chrześcijańskich społeczeństwach przez antychrześcijańskie media (zgadnij, koteczku, w czyich rękach?) propaganda „wschodniej medytacji”. Wystarczy spojrzeć na reklamy samochodów, żywności, komputerów, by wszędzie tam dostrzec ćwiczenia jogiczne, zawsze ukazane w pięknej, zachęcającej, tchnącej młodością i witalnością formie. A przecież od „zwykłych” ćwiczeń jogicznych, które wszak „są tylko dla zdrowia”, poprzez wejście w obcy chrześcijańskim wartościom filozoficzny system i przyjęcie obcej duchowości, w końcu do jawnego odrzucenia Boga i wejście do „synagogi Szatana” (Ap. 2, 10) – droga okazuje się nie taka krótka.




Skip to content