Znowu szczur i łasica? – Stanisław Michalkiewicz

Źeby nie podłożyć się rozmaitym krajowym cudzoziemcom tym razem odwołam się również do utworu rosyjskiego, a ściślej – sowieckiego: opowieści o wizycie myszy u szczura. – Na czym byś nie usiadła, gdzie nie spojrzysz – przechwalał się szczur – wszystko zagraniczne! – „A etot nieżnyj puch dostali mnie wcziera. On afrikanskij, od – od Pelikana!” Wreszcie podano do stołu, a tam – cóż za obciach! Chleb i słonina! Mysz musiała zrobić wielkie oczy, bo szczur najwyraźniej uznał, że powinien się wyekskuzować. Uczynił to w sposób mniej więcej podobny do tego, w jaki premier Donald Tusk uzasadniał swoją rezygnację z kandydowania w wyborach prezydenckich – że niby kwaśne winogrona. I na koniec autor bajki – zwyczajem sowieckich moralizantów – konstruuje morał w tym sposobie: „Da, znaju, jest jeszczio siemiejki, gdie nasze chajat i braniat, gdie s umilenijem gladiat na zagranicznyje naklejki – da sało – russkoje jediat!” (tak, wiem, są jeszcze domy, gdzie wszystko co nasze ganią i ze wszystkiego szydzą, gdzie z upodobaniem oglądają zagraniczne etykiety – ale słoninę jedzą rosyjską).

Coraz częściej można odnieść wrażenie, że z tą reinkarnacją coś jednak jest na rzeczy. Już nie chodzi nawet o to, że niektóre osobistości do złudzenia zaczynają przypominać osobistości zmarłe; na przykład pani red. Janina Paradowska coraz bardziej przypomina Melanię Kierczyńską, której smakowity opis pozostawił w literaturze Leopold Tyrmand – ale o to, że żyjące osobistości wcielają się również w – jeśli można tak powiedzieć – postacie literackie. Na przykład w rolę tego szczura z sowieckiej bajki wcielił się ludowy komisarz Unii Europejskiej Janusz Lewandowski, o czym mogliśmy przekonać się podczas sympozjonu pod tytułem: „Jaka Polska w XXI wieku”, jaki odbył się niedawno na Politechnice Warszawskiej. Nie chodzi o fizyczne podobieństwo do szczura, bo w tej konkurencji bezkonkurencyjny był inny Lublinianin, mianowicie Bolesław Bierut, nawet z tego powodu nazywany „szczurem”, w odróżnieniu od premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego, który nazywany był „łasicą”. Szczur i łasica – takie potwory administrowały wówczas naszym nieszczęśliwym krajem. Pod tym względem niewiele się zmieniło – ale na razie wróćmy do komisarza Janusza Lewandowskiego i jego podobieństwa do szczura z sowieckiej bajki. Podobieństwo to upatruję w snobizmie. Komisarz Lewandowski miał bowiem ironicznie doradzać niektórym polskim europarlamentarzystom, żeby starali się „ukrywać kraj swego pochodzenia”, bo obnosząc się ze swoją „bogoojczyźnianą przeszłością” nie są dobrymi ambasadorami naszego kraju. Komisarz Janusz Lewandowski to co innego; wystarczy jedno spojrzenie, by nabrać przekonania, że jest cudzoziemcem. O takich poeta pisał jeszcze przed wojną, że „O pierwszej, gdy najgwarniej, wszedł dureń do kawiarni. Siadł ważny, energiczny i chciał być zagraniczny (…) Zamówił „whisky-soda” sepleniąc spleenowato i westchnął myśląc: szkoda – bo tęsknił za herbatą (…) Zażądał „ilustrejszn” – podano „Światowida”. Odsunął go z wyrazem znudzenia i niesmaku, bo tęsknił za powieścią Migowej w „Czerwoniaku”.” Słowem – „I ty, co mieszkasz dziś w pałacu, a srać chodziłeś za chałupę… ” Jak właściwie nazywa się ten pałac, w którym trzymają ludowych komisarzy?

Ciekawe, że takie parcie na imitowanie cudzoziemszczyzny spotyka się tylko w naszym nieszczęśliwym kraju i to zwłaszcza wśród tak zwanych „młodych, wykształconych”, jak np. były prezydent naszego państwa Aleksander Kwaśniewski. Z tym wykształceniem, jak wiadomo, różnie bywa; najczęściej jest ono średnie, to znaczy – coś się wie, coś się nie wie – ale na wszelki wypadek lepiej to ukrywać. Dlatego wśród tych ćwierćinteligenckich czcicieli „modernizacji” taka skłonność do zachowań stadnych i śpiewania w chórze; im więcej chórzystów, im większe stado, tym mniejsze prawdopodobieństwo wykrycia, że „młody, wykształcony” to w gruncie rzeczy – kretyn, ciemna masa. Prowincjonalne to, zakompleksione, hałaśliwe, głupie – te wszystkie półkurwięta, wszystkie kupy wojewódzkie… Nic takiego, zwłaszcza na tak masową skalę, nie występuje wśród narodów normalnych. Będąc we Francji – a obracałem się w różnych środowiskach; od bogatych burżua aż do sezonowych robotników rolnych – nie spotkałem Francuza, który udawałby cudzoziemca. Przeciwnie – podejrzenie, że mógłby być „metekiem”, byłoby dla każdego, niechby i najbiedniejszego, obraźliwe. Nawet Kanaka, tzn. Maorys imieniem Chmura, z którym pracowałem na winnicy, twierdził, że jest Francuzem, bo już jego dziadek – o czym nie omieszkał mnie z dumą poinformować – był sierżantem we francuskich wojskach kolonialnych. Tymczasem ignorancka banda tubylczych idiotów sądzi, że im bardziej będzie udawała cudzoziemców, tym większym szacunkiem będą cudzoziemcy ich otaczali. Nie wiedzą – bo i skąd; od biłgorajskiego filozofa przecież się tego nie dowiedzą – że takie nieudolne naśladownictwo czyni z nich tylko przedmiot szyderstw i pogardy. No, ale skoro sam ludowy komisarz zachęca…

We wspomnianym sympozjonie brał udział również były prezydent naszego państwa, Aleksander Kwaśniewski. Uznał, że największym problemem naszego nieszczęśliwego kraju jest problem „z solidarnością”. Oczywiście, jak zwykle się myli. Największym problemem naszego nieszczęśliwego kraju jest bowiem kryzys przywództwa, w następstwie którego prezydentami Polski zostają osobnicy – na przykład tacy jak on. Nie chodzi mi nawet o tzw. wstydliwe zakątki z życiorysu, tylko o notoryczne zaniedbywanie polskich interesów państwowych – w dodatku z pobudek wyjątkowo nikczemnych – bo chyba można za taką uznać nadzieję na powierzenie mu posady pierwszego sekretarza ONZ, albo przynajmniej – pierwszego sekretarza NATO. Oczywiście nic z tego nie wyszło; jacy ci Amerykanie są, to są, ale na tyle kumaci, żeby wiedzieć, że takim filutom żadnego poważniejszego stanowiska powierzyć nie można. Toteż były prezydent naszego nieszczęśliwego państwa w końcu wylądował na łaskawym chlebie u ukraińskiego nababa Wiktora Pińczuka, zięcia b. prezydenta Leonida Kuczmy, na posadzie szefa fundacji Jałtańska Strategia Europejska – cokolwiek by to miało znaczyć. No, ale w kraju ślepców jednooki jest królem – więc nic dziwnego, że i Aleksander Kwaśniewski został obwołany prezydentem naszego nieszczęśliwego kraju aż dwukrotnie. Co za hańba, co za wstyd!

Stanisław Michalkiewicz

Felieton   tygodnik „Nasza Polska”   2 listopada 2010

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1815

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content