Ostrzegamy kierowców: Burdel na drogach!

Worki na zwłoki, porozrzucane zabawki, torby, wraki samochodów na poboczach, taki tor przeszkód na dziewięciu drogach krajowych funduje nam w te wakacje Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Oczywiście w miejscach tych swoistych happeningów GDDKiA postawiła znaki ograniczające prędkość do 50 km/h i „zamówiła” patrole policyjnej drogówki. Wszystko to w celu poprawy bezpieczeństwa…

Jeśli ktoś myśli, że stawianie na poboczu makiet domów przez milicję obywatelską, by łapać kierowców to tylko przejaskrawiony obraz czasów PRL w komedii „Miś” Stanisława Barei, ten w te wakacje może się srodze pomylić. Urzędnicy z GDDKiA postanowili w te wakacje poustawiać tuż przy jezdniach dziewięciu głównych dróg krajowych worki na zwłoki, tablice z liczbą wypadków i… ograniczenia prędkości do 50 km/h.

Całą tę akcję pod nazwą „Zegary śmierci” nadzoruje oczywiście policja. Rozpraszanie uwagi kierowców i nagłe, zmieniające się oznakowanie ma zdaniem urzędników przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa. Postawienie znaków z ograniczeniem prędkości o blisko połowę od tej dozwolonej w czasie zwiększonego ruchu wakacyjnego oczywiście, zdaniem GDDKiA, nie wpływie negatywnie na przepustowość drogi.

– Akcję tę przygotowaliśmy razem ze specjalistami od ruchu drogowego, którzy uznali ją za potrzebną i nie widzieli żadnych przeciwwskazań – informuje Artur Mrugasiewicz z biura prasowego GDDKiA. Uspokaja przy okazji, że przy ustawionych znakach ograniczających prędkość nie będą ustawiane patrole policji z radarami. – Aczkolwiek miejsca naszych akcji są pod uwagą policji i należy się oczywiście stosować do ustawionych znaków – dodaje jednocześnie.

Urzędnicy jak „Miś”

To nie jedyny tor przeszkód. Urzędnicy nadzorujący drogi krajowe postanowili organizować dużo większe happeningi. Na poboczach stoją wraki samochodów, wokół krzątają się ratownicy, strażacy i policjanci. Trwa akcja ratunkowa. Karetki pogotowia, wozy straży pożarnej i policji błyskają światłami. Ustawione barierki i ograniczenia prędkości. To nie są ćwiczenia. To kolejny wymysł urzędniczej głupoty, który ma „poprawiać bezpieczeństwo i uczulać kierujących na poważne skutki nieodpowiedzialnej jazdy i nieprzestrzegania znaków drogowych”. Takie niespodzianki w czasie poprzednich wakacji były w miarę częste, w tym roku na szczęście już nie. Mimo to kierowcy powinni się liczyć z takimi utrudnieniami. W jaki sposób mają one poprawić bezpieczeństwo na drogach, skoro właśnie je zwiększają poprzez efekt zaskoczenia i nagłego zwężenia drogi?

Co najważniejsze – odwracają uwagę kierowcy od jego podstawowego zadania, koncentracji na jeździe. Nagłe, niespotykane sytuacje, nowe oznakowanie to także gwałtowne hamowanie. A w poprzednim roku zanotowano alarmujący wzrost liczby wypadków spowodowanych gwałtownym hamowaniem!


Z raportu o bezpieczeństwie na drogach opracowanym przez rząd można wyczytać, iż w 2006 roku gwałtowne naciśnięcie na pedał hamulca odpowiadało za 132 wypadki. Rok później było to już 216 wypadków. Najgorsze w tym wszystkim jest to, iż GDDKiA może robić na drogach krajowych, co tylko jej się podoba. To ona bowiem ustawia znaki drogowe i zarządza ruchem na drogach krajowych. Kontroluje ją wyłącznie minister infrastruktury no i NIK. Za to za oznakowanie dróg nie odpowiada właściwie przed nikim. Kierowcy są więc dotkliwie karani za widzimisię urzędników, bowiem w przepisach dotyczących dróg panuje istny bałagan.

Maksymalna prędkość głupoty

By jakiś przepis nakazujący bądź zakazujący pod groźbą kar jakiejś działalności obywatela wszedł w życie, musi być uchwalony w drodze ustawy przez parlament, a do tego przed jego obowiązywaniem potrzebny jest odpowiedni czas na zapoznanie się z nim, czyli osławione vacatio legis. Tymczasem kilkadziesiąt milionów kierowców karanych jest z powodu organizacji ruchu i nagle zmieniających się znaków drogowych, których zasadności ustawienia nikt nie kontroluje. Na dobrą sprawę można uznać, iż oznakowanie dróg jest nielegalne.

Organizację ruchu i oznakowanie regulują dwie ustawy i kilka rozporządzeń ministrów oraz rządu. Jednak to, jakie znaki mają się pojawiać na drodze zależy już jedynie od woli urzędnika pracującego u zarządcy drogi. Weźmy na przykład najczęściej łamany przepis o maksymalnej prędkości dopuszczalnej na drodze.

Ustawa o ruchu drogowym stanowi jednoznacznie w art. 20: na autostradach prędkość maksymalna to – 130 km/h, na drogach ekspresowych, dwujezdniowych – 110 km/h, na drogach ekspresowych o jednej jezdni – 100 km/h, a na pozostałych drogach – 90 km/h. A, no i jeszcze: jeśli droga nie jest ekspresowa, ale są na niej dwie jezdnie mające co najmniej dwa pasy ruchu w każdą stronę, to można na niej jechać 100km/h. Wszytko dotyczy oczywiście aut osobowych poza obszarem zabudowanym.

Lecz oto mamy art. 21 ust. 3: „Organ zarządzający ruchem na drogach może zmniejszyć za pomocą znaków drogowych prędkość dopuszczalną pojazdów obowiązującą poza obszarem zabudowanym, jeżeli warunki bezpieczeństwa ruchu na drodze lub jej odcinku za tym przemawiają.” Oznacza to, że urzędnik dowolnie może ograniczać prędkość na drodze, bowiem nie ma żadnych wytycznych w przepisach określających, jakie warunki bezpieczeństwa mają przemawiać za zmniejszeniem dopuszczalnej prędkości. Zarządcą ruchu na drogach krajowych jest Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, na wojewódzkich – marszałek województwa, na powiatowych – starosta, a na gminnych – wójt, burmistrz bądź prezydent. To więc oni odpowiedzialni są za zmniejszanie prędkości. Jak wynika z rozporządzenia ministra infrastruktury w sprawie szczegółowych warunków zarządzania ruchem na drogach oraz wykonywania nadzoru nad tym zarządzaniem, zmiana oznakowania wymaga jeszcze opinii policji, jednak opinia ta nie jest wiążąca. W powiatach czy gminach to ich władze wraz z komendantami lokalnych komend ustalają, jakie prędkości maksymalne dopuścić na drogach. I zawsze tak się składa, że znak ograniczający prędkość stoi w miejscu, w którym łatwo jest schować radiowóz z radarem. Nie lepiej jest na drogach krajowych.

Czy wiedzą państwo, jaka prędkość maksymalna obowiązuje na drodze nr. 1 z Gdańska do Cieszyna bez uwzględniania znaków? Inna na różnych odcinkach drogi. Na pewnych odcinkach bowiem przestaje być ona drogą ekspresową dwujezdniową, a na innych staje się „drogą pozostałą” w rozumieniu prawa o ruchu drogowym. Czyli na jednych odcinkach możemy jechać 110 km/h, na innych 100 km/h, a jeszcze na innych 90 km/h. Oczywiście dochodzą do tego znaki ograniczające prędkość. Jakoś tak dziwnie się składa, że w większości zmniejszają prędkość do 70 km/h. A dlaczego nie do 75km/h? Albo 80 km/h? A może wystarczy do 85 km/h zmniejszyć dopuszczalną prędkość? Oczywiście żadne przepisy tego nie regulują. To tylko widzimisię urzędników, za które kierowca może zapłacić słoną karę.

Bezprawie oznakowane

Ustawianie znaków ograniczenia prędkości na podstawie decyzji administracyjnej bez jakichkolwiek jasnych, klarownych i numeratywnie wymienionych w ustawie przesłanek jest niezgodne z konstytucją. Trybunał Konstytucyjny w swoich wielu wyrokach jasno precyzował, iż tzw. delegacja ustawowa musi jasno określać, co ma regulować akt niższego rzędu oraz przedstawić klarowne przesłanki, jakimi należy się kierować
w celu jego wydania. Stwierdzenie, iż ograniczać prędkość można ze względu „na warunki bezpieczeństwa” jest zbyt ogólnikowe. Poza tym nie precyzuje, o ile można ograniczyć prędkość względem tej, dopuszczonej ustawowo. Czy można więc na drodze ekspresowej, gdzie ustawowy limit prędkości wynosi 110 km/h, ograniczyć prędkość do 70 km/h, a więc zmniejszyć ją o 40 km/h, czyli o prawie 40%? A jeśli tak, to w jakich przypadkach?

A cóż powiedzieć o sytuacji, w której zarządca ruchu sam, bez jakiegokolwiek powodu zaśmieca pobocze drogi workami na zwłoki i tablicami, a następnie ustawia ograniczenie prędkości w tym miejscu?

Bajzel w przepisach

Jeszcze gorzej jest, jeśli przyjrzymy się kwalifikacji dróg, od której zależy, z jaką prędkością dopuszczalną możemy jechać. Otóż ustawa prawo o ruchu drogowym definiuje drogę ekspresową (najczęściej spotykaną w Polsce drogę podróżną) w art. 2 jako: „drogę dwu – ub jednojezdniową, oznaczoną odpowiednimi znakami drogowymi, na której skrzyżowania występują wyjątkowo, przeznaczoną tylko do ruchu pojazdów samochodowych”. Lecz przepisy ustawy o drogach publicznych w art. 4 określają drogę ekspresową, jako:

– drogę przeznaczoną wyłącznie do ruchu pojazdów samochodowych:

a) wyposażoną w jedną lub dwie jezdnie,
b) posiadającą wielopoziomowe skrzyżowania z przecinającymi ją innymi drogami transportu lądowego i wodnego, z dopuszczeniem wyjątkowo jednopoziomowych skrzyżowań z drogami publicznymi,
c) wyposażoną w urządzenia obsługi podróżnych, pojazdów i przesyłek, przeznaczone wyłącznie dla użytkowników drogi.

To jeszcze nic. Rozporządzenie ministra transportu w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać drogi publiczne i ich usytuowanie, jeszcze inaczej definiuje drogę ekspresową. Skąd więc kierowca ma wiedzieć, czy jest na drodze ekspresowej i może pruć 110 km/h? Z odpowiedniego znaku oznaczającego taką drogę. A czy dobrze jest on postawiony? Tego nie wiadomo. Bowiem ustawa o drogach publicznych nakłada na Radę Ministrów obowiązek przedstawienia w rozporządzeniu sieci autostrad i dróg ekspresowych. Jednak owo rozporządzenie wymienia drogi i autostrady, które jeszcze nie istnieją! Miesza te istniejące z tymi, które są dopiero w planach! Na jakiej więc podstawie prawnej jakaś droga jest drogą ekspresową, a jaka „drogą pozostałą”? Nie udało nam się tego ustalić. Zapewne więc znów decyduje widzimisię urzędnika.

Znaki na wyrost

Przedstawiliśmy tu tylko przykład oznakowania maksymalnej prędkości. Tymczasem tak jest w stosunku do wszystkich znaków drogowych i całej organizacji ruchu. Kierowca odpowiada karnie za nagłą, ustaloną poza prawem zmianę przepisów na drodze. Znaki drogowe ustawiane przez urzędników często nie odzwierciedlają rzeczywistego niebezpieczeństwa, a jedynie służą do reperowania budżetu państwa, gmin czy też prywatnych policjantów z drogówki. Świadczą o tym wpisy na wielu forach internetowych poświęconych jeździe po polskich drogach. Ci, którzy przejechali zachodnią Europę, widzą sporą różnicę w ustawianiu znaków, szczególnie dot. prędkości czy ostrzegawczych. Jeśli w Niemczech stoi znak ograniczenia prędkości do np. 40 km/h to rzeczywiście nie można przejechać danego odcinka szybciej, bo albo urwie się zawieszenie, albo ląduje w rowie.

Skończyć z zasadą, że nie wolno jeździć „na pamięć”

W Polsce pokutuje jeszcze jedna zasada, którą wpajają policjanci: nie wolno jeździć „na pamięć”! To jest zwykłe kłamstwo. Wpajanie tej zasady służy właśnie policjantom i urzędnikom, którzy z dnia na dzień, bez żadnego ostrzeżenia mogą zmienić organizację ruchu i oznakowanie, a potem oczywiście karać tych, którzy tego nie przestrzegają. Tymczasem podstawową zasadą prawa jest jego niezmienność. Tym bardziej, jeśli
chodzi o przepisy, których nieprzestrzeganie grozi karami. Dlatego istnieje vacatio legis. W przepisach drogowych ono jednak nie obowiązuje. Prawidłową zasadą, która wpływa na bezpieczeństwo na drogach to zasada jazdy właśnie „na pamięć”. Kierowca często podróżujący po danej drodze powinien mieć pewność co do niezmienności jej oznakowania i organizacji ruchu na niej, tak by swą uwagę koncentrował na tym, co robią inni uczestnicy ruchu i mógł przewidywać sytuacje. Tymczasem u nas policjanci wpajają kierowcom, że muszą się przede wszystkim rozglądać po poboczach, jakie znaki stoją i po krzakach, czy aby nie zaczaił się tam patrol policji. Jeśli by skończyć z zasadą, że nie wolno jeździć na pamięć, trzeba by też zmienić zasady umieszczania znaków drogowych, które dziś są niezgodne z konstytucją.

Dariusz Kos

 

W temacie:


Fotoradary zabijają
Nowe prawo we Włoszech: Konfiskata samochodu za jazdę po pijanemu!
UK: Złodziejskie mandaty!
Korwin Mikke: Punkt widzenia ślimaka
Stop rabusiom drogowym! Nowa zwierzyna: pijani
Absurdalne zakazy drogowe w USA

Inne artykuły z działu “ważne”:


● Pyffel: Koniec chińskiego turbokapitalizmu? Religijny głód Państwa Środka
● Korwin Mikke: Nie lustrować służb wywiadowczych!?
● Korwin Mikke: Mniejszości mniejsze i większe. Kto kogo ma tolerować?
● Korwin Mikke: Globalne ocieplenie i inne sezonowe afery
● Wyrostkiewicz: Awantura w LPR. Powstaje nowa partia
● Korwin Mikke: Wałęsa, Opus Dei, B’nai B’rith…

Nowości w księgarni:


“U progu wolności” (Janusza Korwin Mikke): Polityk pyta jaka ma być Polska i podaje konkretne recepty na najbardziej palące pytania dotyczące współczesności! Uwaga! OSTATNIE 20 egzemplarzy! Kto pierwszy ten lepszy!
“Na gorącym uczynku – trzy części” (Michalkiewicz Stanisław) Trzy tomy historii III Rzeczpospolitej oczami Stanisława Michalkiewicza! Kolejne świetne książki wybitnego publicysty! Autor omawia choroby, na jakie cierpi współczesne życie publiczne, które miały swój okres inkubacji w latach 90tych XX wieku.
“SB a Lech Walesa. Przyczynek do biografii” (Cenckiewicz, Gontarczyk). Pozycja niezwykle trudno dostępna! Ilość egzemplarzy ograniczona!

Zachęcamy do złożenia zamówienia!

Za: Najwyższy Czas!

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content