Spadanie od przodu i od tyłu – Stanisław Michalkiewicz

Sławomir Mrożek napisał kiedyś opowiadanie o spadaniu – chodziło między innymi o to, że spadający w otchłań ludzie widzieli spadającą kupę, to znaczy – kłąb ludzi splecionych, a właściwie skłębionych we wzajemnym splątaniu, którzy nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, że spadają. Takie właśnie wrażenie odnoszą podczas lektury wiadomości z Polski – jak to minister Sikorski wyzywa prezydenta własnego państwa od „chamów” – chociaż jeszcze nie został wynaleziony aparat fotograficzny, który utrwaliłby wiekopomne zasługi ministra Sikorskiego dla Polski. W takiej sytuacji pewna wstrzemięźliwość w ocenach, a już zwłaszcza w epitetach wobec własnego prezydenta, byłaby jak najbardziej wskazana, bo tylko mali chłopcy mogą być dumni z tego, że przy spodniach pozwolono im nosić szelki.

Nawiasem mówiąc, nie jest wykluczone, że oczywiście niekorzystną dla Polski i – co tu ukrywać – bezczelną rezolucję Izby Reprezentantów Kongresu Stanów Zjednoczonych możemy zawdzięczać jakiejś niemądrej, a bardzo stanowczej minie ministra Sikorskiego. Wskazywałoby na to chociażby następstwo czasowe – a w takiej sytuacji to raczej minister Sikorski powinien wytłumaczyć się z tego, co narobił – a jak nie wie, to Rzeczpospolita powinna ufundować mu szklany nocnik – żeby sam zobaczył. Inna sprawa, że prezydent Kaczyński też uległ modzie, jaka po wiekopomnej rozmowie red. Adama Michnika z Lwem Rywinem („powiedz Lwie, no powiedz Lwie, kto do „Agory” wysłał cię?”) zapanowała w środowisku dżentelmenów i w ogóle eliciarzy – że nagrywają się nawzajem, by się potem podsrywać. Skądinąd trudno się temu dziwić, skoro wśród eliciakrzy dominuje razwiedka i jej konfidenci. Cóż bowiem robią agenci i konfidenci? Podglądają, podsłuchują, nagrywają, a potem – podsrywają.

To jest zresztą znakomity przykład na życie po życiu. Nie tylko trumny Piłsudskiego i Dmowskiego rządzą polskim życiem publicznym, ale również – trumna „drogiego Bronisława”. W każdym razie nadal rządzi Ministerstwem Spraw Zagranicznych, jak kiedyś „widmo wszechwładnego kretyna” – Pałacem Prezydenckim za czasów Lecha Wałęsy. Jak pamiętamy, zauważył to jego najbliższy współpracownik, więc czyż w tej sytuacji wypada nam zaprzeczać? Z tego powodu zupełnie nie rozumiem deklaracji JK-M, jakoby profesor Geremek nie zamykał przed Polską żadnej opcji w polityce zagranicznej. Jakże nie zamykał, kiedy przecież każda koncepcja, a nawet każdy tak zwany „wariant” – jakby to ujął Lech Wałęsa – „drogiego Bronisława” przecież „nie miał alternatywy” – podobnie jak słynny „plan Balcerowicza”, dzięki któremu żydowscy grandziarze ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych w ciągu niecałego roku 1990 odebrali sobie z wielokrotną nawiązką całą pomoc finansową, jaką CIA za pośrednictwem centrali AFL CIO przekazała podziemnej Solidarności.

Jak pamiętamy, pieniądze te przekazywane były dwoma kanałami; kanałem watykańskim, bardziej szczelnym, mimo działalności różnych tajnych współpracowników poprzebieranych w sukienki duchowne – oraz drugim – przez Międzynarodowe Biuro Solidarności w Brukseli, na czele którego stał tajny współpracownik SB Jerzy Milewski, późniejszy minister w Kancelarii Prezydenta Wałęsy który tych ministrów musiał dobierać sobie w korcu maku. Dobierać sobie – albo jemu dobierano mentorów – na to trzeba by poświęcić kolejną książkę jakichści dociekliwców – ale czy pozwoli na to banda autorytetów moralnych z Jego Ekscelencją na czele? Jasne, że nie pozwoli – dzięki czemu „wieczysta noc”- jak mówi poeta – powlecze nie tylko to, kto ile wziął i gdzie schował szmal pochodzący z 200 mln dolarów, które według informacji ujawnionych przy okazji afery Banku Ambrosiano, przeszły kanałem watykańskim – ale przede wszystkim – z co najmniej trzykrotnie większej kwoty, jaka przeszła przez Międzynarodowe Biuro Solidarności w Brukseli – które razwiedka musiała monitorować na bieżąco.

To by rzucało snop światła zarówno na przebieg rozmów „okrągłego stołu”, wspieranie „lewej nogi” przez prezydenta Lecha Wałęsę i wreszcie – zagadkową niemożność już nawet nie pozbycia się, ale chociaż zlokalizowania agentury w strukturach państwa. Źeby było jasne – nie mówię wyłącznie o Platformie Obywatelskiej – która została przez razwiedkę zwyczajnie wystrugana z banana – ale i o Prawie i Sprawiedliwości – z którego inicjatywy, objawionej przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i przy pomocy Trybunału Konstytucyjnego, który – jak to „policmajster powinność swej służby zrozumiał” – lustracja praktycznie wróciła do punktu wyjścia.

Wprawdzie jeszcze nie ogłoszono, w jakim kierunku powiedzie Polskę trumna „drogiego Bronisława”, ale tego i owego przecież możemy się domyślić. Toż przecież za ministerium prof. Geremka nabrała rumieńców akcja blokowania i torpedowania każdej próby politycznej konsolidacji Polonii Amerykańskiej, zmierzającej do utworzenia polskiego lobby na terenie USA. Gdyby takie lobby udało się utworzyć, być może komisja spraw zagranicznych Izby Reprezentantów Kongresu nie ośmieliła się tak ostentacyjnie traktować Polski w charakterze skarbonki organizacji „przemysłu holokaustu” i „nasza dyplomacja” którą żyruje minister Sikorski nie musiałaby brnąć od tak zwanego sukcesu, do tak zwanego sukcesu. Teraz Lech Wałęsa, który najwyraźniej w swojej zuchwałości przymierza się do zajęcia miejsca po „drogim Bronisławie” (czyżby jako „drogi Bolesław”?) nawołuje do zastanowienia nad pozbyciem się prezydenta. Panie Lechu, Pan się nie boi! Są dwie możliwości: albo „nocna zmiana”, albo zmiana dzienna, która wymaga posłużenia się „nieznanymi sprawcami”. Chyba WSI takich sprawców jeszcze zatrudnia?

Nawiasem mówiąc, szczerość Lecha Wałęsy pokazuje, że teraz coraz częściej będziemy działać w parterze. „Drogi Bronisław” jaki tam był, to był, ale nie na darmo mówiono, że kiedy stoi na schodach, to nie wiadomo, czy schodzi, czy wchodzi. Tymczasem naturszczycy w rodzaju Lecha Wałęsy co najwyżej mogą być „za, a nawet przeciw” – co oczywiście ma swoje plusy dodatnie, ale również – plusy ujemne. Tak czy owak, widać gołym okiem, że pod kierownictwem wiadomej trumny państwo polskie będzie zmierzało w kierunku „nierządu”, znanego z I Rzeczypospolitej, w której miał pełnić funkcje głównej gwarancji bezpieczeństwa państwowego. Skończyć się to musi kolejnym rozbiorem, którego przebieg już się rysuje: Niemcy pokojowo i demokratycznie doprowadzą do upragnionej zgodności między stanem prawnym, o jakim wspomniano w art. 116 niemieckiej konstytucji, a stanem faktycznym. Na reszcie zostanie zainstalowany Żydoland, którego patronem może zostać właśnie „drogi Bronisław”, zaś przedstawiciele rozwijającej się dynamicznie „Źywej Cerkwi”, na poczekaniu opracują liturgię zarówno nowego kultu, jak i obrzędowości świeckiej. W taki sposób naród nasz, po przebudzeniu z rozmaitych złudzeń, doświadczy kolejnego już w swej historii, bolesnego powrotu do rzeczywistości.

Czegoś podobnego właśnie doświadczyłem, przylatując z Singapuru, „gdzie ład i dostatek” – do Siem Reap w Kambodży. Niecałe dwie godziny lotu, a to prawdziwa podróż w czasie, przenosząca do głębokiego PRL-u, gdzie wprawdzie sklepach była tylko musztarda i ocet, ale za to na ulicach co i rusz pyszniły się transparenty z podniosłymi hasłami i portrety umiłowanych przywódców. Ciekawe, jak to będzie w Żydolandzie – nie tyle może z portretami, bo te – wiadomo – muszą być, ale czy będziemy doświadczali postępu, który – jak twierdził Mrożek – polega na tym, że przód idzie do przodu i tył idzie do przodu, czy też przód będzie sobie spokojnie szedł do przodu, podczas gdy tył – coraz bardziej do tyłu?

Stanisław Michalkiewicz
Felieton  ·  tygodnik „Najwyższy Czas!”  ·  2008-07-25  |  www.michalkiewicz.pl

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Skip to content