Naciskano, żebyśmy nie jechali do Moskwy

Powiedziano nam, że mają czternaście ciał, które można rozpoznać, a większości nie da się zidentyfikować. Stefan na tej liście nie figurował. Był bardzo wyraźny nacisk, abyśmy nie jechali do Moskwy. Potem okazało się, że Stefan nie był spalony ani zniekształcony. Nie mogę się pogodzić, że śledztwo prowadzą Rosjanie, że polski rząd tak łatwo się na to zgodził – z Andrzejem Melakiem, bratem Stefana Melaka, przewodniczącego Komitetu Katyńskiego, który tragicznie zginął w katastrofie prezydenckiego samolotu, rozmawia Dorota Kania.

W jaki sposób dowiedział się pan o katastrofie?

Rano 10 kwietnia jechałem na uroczystości katyńskie do Siedlec. W samochodzie miałem włączone radio, które przerwało program i nadało informację o katastrofie. Przerwałem podróż – pojechałem do domu brata i u niego w domu, przy telewizorze, czekałem na dalsze relacje. Każda następna przychodząca wiadomość była tragiczniejsza. Zadzwoniłem do córki Stefana, która mieszka w USA. Mimo różnicy czasu – w Stanach Zjednoczonych była noc – już wiedziała o tragedii. W międzyczasie do naszej rodziny zadzwoniła kuzynka, która mieszka w Wiedniu. Informacje, jakie nam przekazała, wyprzedziły te, które podawały polskie media. Powiedziała nam, że Stefan był na pokładzie samolotu – austriacka telewizja opublikowała listę pasażerów.

Czy już wtedy starał się pan czegoś więcej dowiedzieć od polskich władz?

Gdy w telewizji ukazały się informacje, że rodziny, które straciły bliskich, mogą jechać do Moskwy na ich identyfikację, natychmiast zgłosiłem się na infolinię, podałem dwie osoby, które miały ze mną jechać. Okazało się jednak, że nie mają ważnych paszportów i musiały zrezygnować.

Kiedy nastąpił wylot do Moskwy?

W niedzielę po południu pojechałem na miejsce zbiórki do hotelu Novotel. Zabrałem ze sobą powiększone zdjęcie Stefana, przypuszczałem, że może być ono potrzebne do identyfikacji. W hotelu było ok. 200 osób, pobrano od nas materiał do badań DNA. Później przedstawiciel MSZ, koordynator tego wyjazdu, oraz lekarz-ratownik powiedzieli nam, że to będzie dla nas straszne przeżycie, ponieważ ciała są w takim stanie, że w większości nie można ich zidentyfikować. Powiedziano, że mają czternaście ciał, które można rozpoznać. Początkowo nie chcieli podać ich nazwisk, ale po naszych naleganiach w końcu je wymienili. Stefana na tej liście nie było.

Czy informowano was, jak będzie wyglądała identyfikacja?

Był bardzo wyraźny nacisk, abyśmy nie jechali do Moskwy. Przedstawiciele rządu mówili, że ten wyjazd jest nie dla każdego i niektóre osoby zrezygnowały. Ja byłem tak zdeterminowany, nawet nie myślałem o rezygnacji. Razem ze mną pojechał brat stryjeczny i kuzynka. W Moskwie byliśmy około północy. Tam po krótkiej odprawie paszportowej w asyście rosyjskich żołnierzy weszliśmy do autokarów i zawieziono nas do hotelu.

Był pan na spotkaniu z przedstawicielami polskiego rządu?

Godzinę po dotarciu do hotelu spotkaliśmy się w sali konferencyjnej m.in. z ministrem Tomaszem Arabskim, gdzie nastąpiła weryfikacja listy osób, które przyleciały do Moskwy. Okazało się wówczas, że figurują na niej osoby, które początkowo zgłosiłem do wyjazdu, a które nie mogły przyjechać z przyczyn formalnych. Nie było natomiast tych, którzy ze mną faktycznie przylecieli. Zgłosiłem to i poprosiłem o skorygowanie pomyłki. Okazało się wtedy, że takich osób jest znacznie więcej. Pani minister Kopacz potwierdziła to, co było mówione w Polsce: że ciała są w strasznym stanie i żeby przemyśleć decyzję o ich identyfikacji. Jak już wcześniej mówiłem, byłem zdeterminowany i chciałem zobaczyć Stefana bez względu na wszystko.

Kiedy pojechał pan do centrum patologii na identyfikację brata?

W poniedziałek około czternastej. Przydzielono nas do grupy śledczej, w której była polska psycholog, rosyjska tłumaczka i rosyjska prokurator. Przez trzy godziny spisywano moje dane, informacje dotyczące wyglądu brata, jego ubrania i rzeczy, które mógł mieć przy sobie. Jako najbardziej charakterystyczny przedmiot wymieniłem telefon typu Nokia. Był to stary, dziesięcioletni aparat, który dałem Stefanowi i który był zarejestrowany na mnie. Po zakończeniu przesłuchania podpisałem protokół. Poinformowano mnie, że spotkamy się następnego dnia i wtedy będą przygotowane następne ciała do identyfikacji. We wtorek rano w hotelu przedstawiciele rządu ponownie odczytali nazwiska osób, które mają jechać do centrum patologii. I ponownie odczytano je z błędami. Na zwróconą uwagę, że przecież ten błąd cały czas się powtarza, powiedziano nam, że zostanie skorygowany. Ale nie zrobiono tego do naszego wyjazdu, czyli do czwartku – przy kolejnych odczytywaniach list było to samo, co dodatkowo wprowadzało atmosferę zdenerwowania. A wystarczyło przecież wziąć nasze karty pokładowe, by uniknąć tego bałaganu. Doszło do tego, że do towarzyszącego mi brata stryjecznego zadzwoniła żona. W hotelu usłyszała, że taka osoba tam nie mieszka – wynikało to z tego, że przypisano mu zupełnie inne nazwisko.

Czy byliście państwo na bieżąco informowani o działaniach prowadzonych przez Rosjan?

Na spotkaniu pytaliśmy ministra Arabskiego, dlaczego Polska nie uczestniczy w tym śledztwie czynnie i czy prawdą jest, że jeszcze nie wszystkie ciała są w Moskwie. Odpowiedział, że wszystko jest w porządku, że on w pełni ufa prowadzącym śledztwo Rosjanom, a Polacy nie mogą prowadzić postępowania, bo tak przewiduje konwencja chicagowska. Mówił, że trumny będą plombowane w Moskwie i nie można ich w Polsce otwierać, bo takie jest rosyjskie prawo. Gdy stwierdził, że wszystkie ciała są już na miejscu, w instytucie patologii wstał mąż jednej z ofiar i powiedział: „Panie ministrze, pan kłamie. Mam wydruk informacji z internetu, w której pan prokurator generalny podał, że nie ma jeszcze zwłok pilotów, ponieważ samolot jest odwrócony i nie można go podnieść”. Pan minister Arabski nic na to nie odpowiedział.

Jak wyglądała pana następna wizyta w instytucie patologii?

Gdy przyjechaliśmy na miejsce, procedura rozpoczęła się od nowa. Ja byłem już po przesłuchaniu, ale nie widziałem jeszcze ciała brata. Po informacji z poprzedniego dnia, że będą nowe ciała do identyfikacji, przyjechałem tam pełen nadziei, że to, po co przyjechałem, wreszcie się dokona. Pokazano nam przedmioty znalezione przy ofiarach, wśród nich aparat telefoniczny brata. Byłem po prostu szczęśliwy, że wreszcie trafiłem na jakiś trop. Z tym zdjęciem, tłumaczem, psychologiem skierowano mnie do rosyjskiego prokuratora, który rozpoczął procedurę od nowa. Wyjaśniłem mu, że przecież jest protokół mojego przesłuchania z poprzedniego dnia i nie rozumiem, po co mamy jeszcze raz to robić. Wtedy tłumaczka powiedziała mi, że taka jest rosyjska procedura. I znów rozpoczęła się kilkugodzinna męczarnia. Przy moich przesłuchaniach nie było żadnego przedstawiciela polskiej ambasady lub konsulatu.

Czy poza aparatem telefonicznym okazano panu jeszcze jakieś inne przedmioty należące do brata?

W końcu pan prokurator przyniósł telefon, który znaleziono przy bracie, dwie monety, plakietkę klubu Legia Warszawa i tasiemkę, prawdopodobnie od woreczka, w którym na piersiach nosił paszport. Dał mi telefon, który próbowałem uruchomić, ale niestety nie znałem kodu PIN. Zadzwoniliśmy do rodziny w Warszawie, by skontaktowała się z operatorem, i otrzymałem informację, jak ten telefon włączyć. Natychmiast to zrobiłem – okazało się, że jest sprawny, naładowany, z zachowanymi wszystkimi danymi. Był to stuprocentowy dowód, że to jest właśnie telefon Stefana i że osoba, przy której go znaleziono, jest moim bratem. Później pan prokurator pokazał mi zdjęcie brata wykonane po wypadku. Bez trudu go rozpoznałem – Stefan był na nim cały, nie był spalony ani zniekształcony. Zanim zakończono procedurę przesłuchania, rosyjski prokurator spytał mnie o rodzinę i rodzeństwo. Odpowiedziałem, że to nie ma nic do rzeczy, że nie ma żadnego wpływu na toczące się postępowanie. Powiedziałem, że przyjechałem identyfikować brata, a nie opowiadać o swojej rodzinie. Gdy to zostało przetłumaczone prokuratorowi, zrezygnował z dalszych pytań i udaliśmy się do sali, gdzie okazano nam ciała.

Stefan był już po sekcji. Ciało okazywali mi polscy patolodzy. Trzeba przyznać, że polscy specjaliści zachowywali się niezwykle profesjonalnie. Miałem szczęście, że trafiłem na polską ekipę.

Dlaczego?

Poprzedniego dnia na spotkaniu z przedstawicielami polskiego rządu jeden z uczestników identyfikacji mówił, że poszedł rozpoznać jednego z polskich generałów. Okazano mu ciało, które nie było absolutnie przygotowane do identyfikacji: ubrudzone ziemią, benzyną, całe we krwi. Na pytanie, dlaczego ciało nie jest umyte, towarzyszący przy identyfikacji Rosjanin wziął wodę w butelkę i zaczął myć te zwłoki. Człowiek, który miał dokonać identyfikacji, był wstrząśnięty.

Gdy ja oglądałem brata, był już umyty. Polski lekarz wypytywał o szczegóły: czy miał jakąś operację, znaki szczególne, złamania. Powiedziałem, że nie. Zapytał mnie też, czy chcę zobaczyć ubranie. Odpowiedziałem, że tak i mi je pokazano.

Było zniszczone?

Nie widziałem żadnych zniszczeń, było natomiast przesiąknięte paliwem lotniczym. Marynarka była cała, podobnie jak buty i bielizna.

Co się stało z tym ubraniem?

Zgodziłem się, żeby je spalono, ale teraz żałuję. Mogło przecież być ważne w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy. W Moskwie byłem w szoku, zabrakło zdrowego rozsądku. Już w Polsce, w siedzibie żandarmerii wojskowej w Mińsku Mazowieckim, odebraliśmy tylko kurtkę brata, jego paszport, legitymację. Te przedmioty nie były ani spalone, ani zniszczone.

Co się działo dalej, już po identyfikacji pana Stefana Melaka?

Wiem, że to zabrzmi tragicznie, ale byłem szczęśliwy, że to jest on, że ciało jest w całości. Oddałem jeszcze krew na próbki DNA, podpisałem akt zgonu i zapytałem, czy mogę już zabrać brata do Polski. I wtedy towarzyszący mi Rosjanin powiedział: „Nie, proszę pana, bo do ciała pana brata ktoś się przyznaje, ktoś go wcześniej rozpoznał jako swojego ojca”. Dosłownie mnie zamurowało – myślałem, że dostanę zawału. Zacząłem interweniować u pani minister Kopacz, która potwierdziła, że ktoś wcześniej rozpoznał to ciało i podała mi nazwisko tej osoby.

Skontaktował się pan z tym człowiekiem?

Wtedy otrzymałem następny cios – usłyszałem, że wyjechał on w poniedziałek do Warszawy. Całkowicie przybity wróciłem do hotelu z przekonaniem, że mimo rozpoznania zwłok, nie wrócę ze Stefanem.

Gdy już byłem w hotelu, podszedłem do tablicy, na której zamieszczano informacje po polsku przeznaczone dla nas. I tam zobaczyłem, że jest nazwisko człowieka, który miał rzekomo wyjechać w poniedziałek do Warszawy. Podbiegłem do przedstawicielki polskiego konsulatu, która była na miejscu, i zapytałem, gdzie jest ten człowiek. Usłyszałem, że właśnie pojechał do instytutu patologii. Wzburzony powiedziałem, o co chodzi, i poprosiłem o telefon interwencyjny do pani minister Kopacz. Podałem numer telefonu do rosyjskiego śledczego, który na szczęście sobie zapisałem, i jego nazwisko. Po kilku minutach pani konsul dodzwoniła się do asystenta minister Kopacz, ale ten nie chciał jej połączyć. Wtedy pani konsul się rozłączyła, zadzwoniła do wiceministra Najdera i po kilku minutach został podstawiony samochód. W eskorcie rosyjskiej milicji zawieziono mnie z powrotem do instytutu.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, sprawa już była wyjaśniona – dowiedziałem się, że orzymam akt zgonu, że Stefan wróci do kraju, że dostanę należące do niego przedmioty.

Starał się pan wyjaśnić, w jaki sposób doszło do tej tragicznej pomyłki?

Gdy w czwartek jechałem na lotnisko, w busie zobaczyłem młodego człowieka, który w moim bracie miał rozpoznać swojego ojca. Zapytałem go, jak wyglądała identyfikacja. Odpowiedział mi, że po okazaniu zwłok, w pierwszym momencie zawahał się, czy to przypadkiem nie jest ciało jego ojca, ponieważ było trochę podobne. Ale później, po tym, jak się dokładnie przyjrzał, powiedział Rosjanom, że zdecydowanie nie jest to ciało jego ojca.

Czy w akcie zgonu pana Stefana Melaka jest podana przyczyna i godzina śmierci?

Na karcie zgonu figuruje godzina śmierci brata – 10.51. czasu moskiewskiego. Jako przyczynę wpisano obrażenia odniesione w katastrofie lotniczej. Chcę podkreślić niezwykłą rolę kapelanów wojskowych, którzy byli z nami w Moskwie. W nocy byli obecni przy plombowaniu trumien, modlili się, spełnili posługę kapłańską przy bracie i przy innych ofiarach katastrofy.

Kiedy wyjechał pan z Moskwy?

W czwartek. Nasz wylot poprzedziła odprawa paszportowa – była niezwykle dokładna, o wiele bardziej, niż kiedy lecieliśmy do Moskwy. Przed wejściem do samolotu sprawdzano nas specjalnymi urządzeniami, musiałem wyrzucić piankę do golenia w areozolu. Rosjanie kazali nam nawet zdejmować buty, co było bardzo upokarzające. Nie zgodziłem się na to. Po przylocie do Polski powoli minął szok i zacząłem analizować, co się stało. Nie mogę się pogodzić, że śledztwo prowadzą Rosjanie, że polski rząd tak łatwo się na to zgodził. Nie mogę się pogodzić z niesprawiedliwymi przekazami medialnymi, w których winą za katastrofę obciąża się polskich pilotów, a w szczególności mjr. Arkadiusza Protasiuka. Jak można coś takiego robić? Niektóre rodziny ofiar katastrofy podpisały się pod listem otwartym w jego obronie. Mija ponad miesiąc od katastrofy, a my poza medialnymi spekulacjami nadal nie wiemy nic. Z wyjątkiem tego, że polski rząd wykazał się całkowitą bezradnością.

Za: Gazeta Polska, 2010-05-25, niezalezna.pl |http://www.niezalezna.pl/article/show/id/34609

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content