Pochwała czytelnictwa – Stanisław Michalkiewicz

Antoni Słonimski zarzucił pewnego razu jednemu swemu polemiście, że skoro już pisze, to nie czyta. Coś jest na rzeczy, bo niby po co taki jeden z drugim piszący miałby czytać innych autorów, skoro przecież sam pisze najlepiej? Cóż takiego mógłby wyczytać u innych, czego by sam nie wiedział? I rzeczywiście – czyż tak trudno przewidzieć, co napisze znany na całym świecie z żarliwego obiektywizmu redaktor Tomasz Lis? Nietrudno. Z redaktorem Michnikiem jest podobnie, chyba, że ma miejsce zmiana etapu, w związku z czym dotychczasowe mądrości zostają w jednej chwili unieważnione, a pojawiają się mądrości nowe. Na przykład pan red. Michnik nie mógł nachwalić się prezydenta Kaczyńskiego za jego wyprawę do Tbilisi w sierpniu 2008 roku i nawet był „dumny” ze „swojego” prezydenta. Ale co z tego, kiedy w cztery miesiące później, w listopadzie, najważniejszy cadyk, pan Aleksander Smolar zatrąbił do odwrotu i okazało się, że żadnego powodu do dumy z prezydenta nie było, bo nie tylko nie zdał on żadnego „gruzińskiego egzaminu”, a na domiar złego, na własną rękę uprawiał „postjagiellońskie mrzonki”. Skoro zmiany etapu powodują takie skutki nawet wśród tytanów myśli, to cóż dopiero mówić o wyrobnikach drobniejszego płazu, co to odrabiają po gazetach i telewizyjnych stacjach pensa zadane im przez oficerów, a nawet – horrible dictu – podoficerów prowadzących? Po cóż czytać te mozolne wypracowania? Czyż nie lepiej od razu przeczytać instrukcje, jakich wspomniani oficerowie udzielają luminarzom żurnalistyki?

Dlatego też, kiedy zaprzyjaźniona Pani ze sfer dyplomatycznych zwróciła moją uwagę na książkowe wydanie rozmowy byłego szefa francuskiej razwiedki, Aleksandra de Marenches z Krystyną Ockrent (czy przypadkiem aby nie z „naszych” Okrętów, z których pochodzi pani Ludwika Wujcowa?), natychmiast rzuciłem się na „Sekrety szpiegów i książąt” – bo taki to ci sensacyjny tytuł autorka nadała tej rozmowie. Skwapliwość moja została niemal natychmiast wynagrodzona, bo jakże słodko i zaszczytnie znaleźć u samego źródła potwierdzenie podejrzeń, którymi od pewnego czasu dzielę się z Czytelnikami i za które bywam dobrotliwie chłostany przez życzliwych za „obsesje”? Chodzi, ma się rozumieć o wątpliwości, co do autentyczności demokracji politycznej – czy przypadkiem państwami nie rządzą aby tajne służby, wysuwające do tzw. zewnętrznych znamion władzy swoich figurantów? Przykład Francji, uchodzącej wszak wśród tubylczych, nadwiślańskich snobów za niedościgniony wzorzec „starej demokracji” jest znakomity również z powodu pewnych historycznych podobieństw do naszego tubylczego kraju. Chodzi o okupacyjny casus pascudeus, jaki przytrafił się Francji, podobnie jak Polsce – komuna. Aleksander de Marenches objął stanowisko szefa francuskiej razwiedki za prezydenta Jerzego Pompidou w roku 1970. Jednym z pierwszych jego przedsięwzięć – ale oddajmy głos jemu samemu: „W Berlinie zgromadzone były archiwa Gestapo i Abwehry. Kiedy zostałem mianowany dyrektorem generalnym SDECE, w 1970 roku, odzyskałem zaledwie ich część, niemal dziesięć ton. Odkryliśmy tam rzeczy straszne. Niestety niektórzy znani ze swej przeszłości Francuzi, zasłużeni uczestnicy ruchu oporu byli w rzeczywistości agentami Gestapo lub włoskich służb wywiadowczych. Pozostawali na żołdzie Niemców i Włochów jeszcze od czasów przedwojennych. Na ogół Włosi płacili lepiej. Strach bierze na myśl, co by się stało, gdyby nasz kraj znalazł się pod inną okupacją. (…) Tylko Rosjanie dysponowali całością archiwów dotyczących wszystkich europejskich krajów okupowanych przez Niemcy. Do dziś jeszcze skłonni są kazać „śpiewać” pewnej liczbie ludzi, którzy następnie stają się szacownymi osobistościami. To oni, wówczas jeszcze młodzi, stawali się „towarzyszami drogi”, zobowiązanymi – jeśli na przykład związani byli z prasą – do publikowania od czasu do czasu artykułów precyzujących taki czy innych punkt widzenia, mających na celu długoterminowe podtrzymywanie lub popieranie odpowiednio ujętego tematu, na ogół z zakresu polityki zagranicznej.

Jakże w związku z tym nie wspomnieć o informacji, jaką 4 czerwca 1992 roku przekazał posłom i senatorom minister Antoni Macierewicz o stanie zasobów archiwalnych MSW, w której wspomniał, ze przed rozpoczęciem operacji niszczenia akt MSW wszystkie one zostały zmikrofilmowane co najmniej w trzech kompletach, z których dwa znalazły się „za granicą” a jeden – „w kraju”? Jeśli za granicą – to na pewno w Moskwie, a kto wie, czy również nie w Berlinie – bo przecież amicycja między generałem Kiszczakiem, a szefem STASI była powszechnie znana nie tylko w gronie razwiedki. Skoro zatem Moskwa zna te wszystkie sekrety, te wszystkie „bez swojej wiedzy i zgody”, to trudno się dziwić skwapliwości, z jaka tyle osobistości reaguje na rozkaz pojednania i nie tylko uzasadnia po mediach obiektywne i nieubłagane konieczności, ale nawet, już z własnej inicjatywy, gotowa palić ogarki. Jednak najbardziej zagadkowe jest zlokalizowanie tego trzeciego kompletu – że on „w kraju”. Minister Macierewicz nie napisał, że w MSW, tylko „w kraju” – co sugerowałoby, że komplet ów znajduje się gdzieś poza ministerstwem. A skoro tak, to znaczy, że przezorny generał Czesław Kiszczak stosował wobec swoich partnerów z okrągłego stołu i Magdalenki zasadę ograniczonego zaufania i tą polisą ubezpieczeniową zagwarantował nie tylko prawidłowy przebieg transformacji ustrojowej, ale również – ewolucję III Rzeczypospolitej. Ponieważ komunistyczny wywiad wojskowy przygotował, przeprowadził i przeszedł całą transformację ustrojową w szyku zwartym, to nietrudno się domyślić, że przez ostatnie 20 lat rozbudował kontrolowaną i przez siebie, a za swoim pośrednictwem – również przez obydwu strategicznych partnerów agenturę, spośród której rekrutuje sobie „elity polityczne” w zależności od potrzeby. Posłuchajmy tedy, co o agenturze razwiedki demokratycznego państwa prawnego mówi Aleksander de Marenches: „Spotyka się również szanownych korespondentów, słynnych HC. W policji nazywa się ich konfidentami, donosicielami. Jeśli chodzi o służby specjalne, stosuje się do nich określenie honorables correspondants.
– O. – przekrój jest bardzo zróżnicowany?
– M. – Ktoś może być kierowcą taksówki, inny osobą duchowną lub nawet ministrem stanu.

Nawet ministrem stanu! I słusznie, bo po cóż razwiedka miałaby werbować agenturę wśród, dajmy na to, gospodyń domowych lub wiejskich parobków? Wielkiego, a prawdę mówiąc, żadnego pożytku by z niej nie było. Takie środowiska dostarczają agentury raczej policji kryminalnej, podczas gdy razwiedka potrzebuje agentów w środowiskach opiniotwórczych, jak np. publicyści, naukowcy, czy duchowieństwo, no i urzędnicy państwowi (ministrowie stanu), nie wspominając już nawet o politykach, których hoduje sobie i dokarmia, niczym myśliwi zwierzynę. Okazuje się tedy, że warto czytać, chociaż ma się rozumieć, nie wszystko, tylko raczej teksty źródłowe.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton   tygodnik „Najwyższy Czas!”   21 maja 2010

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1632

Skip to content