Rosyjskie śledztwo inne niż wszystkie


Sposób prowadzania rosyjskiego śledztwa mającego wyjaśnić przyczyny katastrofy prezydenckiego samolotu z 10 kwietnia br. najwyraźniej odbiega od standardów stosowanych na całym świecie. To rodzi pytania o to, czy śledczy będą w stanie precyzyjnie ustalić, co było bezpośrednią przyczyną tragedii.

Sposób prowadzenia przez Rosjan śledztwa w sprawie katastrofy prezydenckiego Tu-154M znacznie odbiega od światowych standardów. Przykładem takiego postępowania może być chociażby raport, jaki opracowała francuska komisja badająca wypadek samolotu Concorde z lipca 2000 roku pod Paryżem. Dokument został w całości opublikowany tuż po jego zatwierdzeniu przez komisję. Ta po szczegółowym śledztwie doszła do wniosku, że przyczyną katastrofy był kawałek blachy tytanowej o wymiarach 43 na 4 cm, znaleziony na pasie startowym. Specjaliści dopasowali tę blachę do zniszczeń opony samolotu i rozwiązali zagadkę. Drugim wzorcowym śledztwem było dochodzenie w sprawie przyczyn katastrofy lotu PanAm 103, który rozbił się w Lockerbie w grudniu 1988 roku. Był nią wybuch bomby, a dowodem tego stał się znaleziony w lesie w strzępie koszuli kawałek płytki obwodu drukowanego o wymiarach 0,8 na 1,25 centymetra. Eksperci ustalili, że jest to część elektronicznego zapalnika czasowego bomby. Wyjaśnienie sprawy zajęło trzy lata, a sama procedura zbierania szczątków samolotu trwała… pięć miesięcy. Zatrudniono do tego blisko tysiąc policjantów i żołnierzy, przeczesano powierzchnię kilkunastu kilometrów kwadratowych. Każdy znaleziony przedmiot został dokładnie opisany i zabezpieczony oraz sprawdzony na obecność śladów materiałów wybuchowych.
W tym kontekście doniesienia z miejsca katastrofy Tu-154M na temat prowadzonego śledztwa naprawdę szokują. Jak wiadomo, teren katastrofy został dość szybko przeszukany, a szczątki (przynajmniej te większe) przewiezione. Potem miejsce katastrofy – wyglądające jak przeorane pole – pozostawiono bez opieki, mimo że osoby odwiedzające ten teren bez trudu znajdowały rzeczy należące do pasażerów samolotu, podobnie zresztą jak odnajdowane były mniejsze części tupolewa. Wątpliwości budzi także sposób przeprowadzenia i udokumentowania sekcji zwłok ofiar katastrofy. Amerykańska instrukcja z 1976 roku dotycząca sposobu prowadzenia medycznych działań w dochodzeniu dotyczącym wyjaśnienia wypadków lotniczych określa czas (96 godzin po zakończeniu ostatniej sekcji), w którym wszystkie protokoły, preparaty, zabezpieczone i udokumentowane próbki, dokumentacja fotograficzna i rentgenowska przekazywane są stosownemu instytutowi medycyny sądowej. Dokumentacja musi zawierać: szacunkowy czas przeżycia od chwili uderzenia w ziemię, datę i godzinę zgonu, opis śladów ognia, błota, ziemi czy paliwa, szacunkowy czas działania ognia, położenie ciała lub jego szczątków względem samolotu. To także szczegółowo opisane obrażenia – osobno dla każdego z organów oraz opis przyczyn doznanych oparzeń, obrażeń mechanicznych oraz kolejność doznanych obrażeń.
Tymczasem z ujawnionych raportów z sekcji zwłok dokonanej przez rosyjskich śledczych wynika, że dokumentacja ta została najwyraźniej przygotowana w pośpiechu, niedokładnie i z pominięciem podstawowych zasad rzetelności. Brakuje na niej chociażby m.in. podpisów polskich prokuratorów, którzy, według zapewnień, mieli być obecni przy badaniach, godzina zagonu jest przyjęta umownie, a przyczyna śmierci to uraz wielonarządowy. Na próżno w dokumentacji szukać opisu mechanizmu uszkodzeń, kolejności powstawania obrażeń czy wskazania przyczyny zgonu…

Zniszczenia jak przy eksplozji termobarycznej
Zastanawia też przyczyna całkowitego zniszczenia środkowej części samolotu, gdzie przebywali pasażerowie. Odłamana część ogonowa i usterzenie zachowały się w podobnym stanie jak na zdjęciach z miejsc podobnych katastrof lotniczych. Kabina pasażerska natomiast jest we fragmentach ok. pół na pół metra. Ciała są zmasakrowane, porozrywane, poparzone – choć nie potwierdzono ani wybuchu, ani też dużego pożaru paliwa. Jak wskazują autorzy wielu wpisów internetowych, którzy wielokrotnie analizowali zdjęcia, odłamane skrzydła ze zbiornikami paliwa leżały przecież kilkadziesiąt metrów dalej. Nic nie wiadomo o stanie kabiny załogi. Kokpit, z natury rzeczy zawierający kluczowy materiał dowodowy, znikł z powierzchni planety. Warto przypomnieć, że zniknięcie części samolotu zauważył fotoreporter „Naszego Dziennika” obecny na miejscu zdarzenia w dniu katastrofy. Nie sposób ustalić, czy kabina pilotów odłamała się od reszty kadłuba tak samo jak część ogonowa, czyli mniej więcej w całości, uległa całkowitej destrukcji, czy po prostu „wyparowała”. A szczątki samolotu oraz przedmioty znalezione na miejscu wypadku, również ciała ofiar mogłyby potwierdzić lub wykluczyć hipotezę eksplozji wolumetrycznej (termobarycznej) w kabinie pasażerskiej, która jest zgodna z udokumentowanym na zdjęciach stanem wraku i informacjami na temat stanu zwłok. Specjaliści wypowiadający się na forach internetowych zwracają uwagę, że odpowiedź mogłaby przynieść analiza spektrometryczna na miejscu katastrofy szczątków maszyny czy na zwłokach ofiar (takie obrażenia dają charakterystyczny obraz radiologiczny, w czasie eksplozji na ciała działa także znacznie wyższa niż w przypadku pożaru temperatura). Jeśli doszłoby do takiej eksplozji, to odnaleziono by ślady substancji (w postaci pyłów) niewystępujących w konstrukcji samolotu. Rosjanie są pionierami użycia eksplozji termobarycznych w technice wojskowej (przykład Czeczenii) – uwolniony aerozol wypełniający pomieszczenie eksploduje, dokonując poważnych zniszczeń – twierdzi jeden z autorów wpisu.
W tym kontekście zastanawiające jest, czy po zakończeniu śledztwa szczątki Tu-154M zostaną zwrócone Polsce, czy też może strona polska nie będzie w ogóle się nimi interesowała (mając wrak do dyspozycji, można przeprowadzić badania na własną rękę). Nie wiemy też, co stanie się z miejscem katastrofy – i tak już zaoranej i przekopanej. To jednak jeszcze nie likwiduje ewentualnych śladów podejrzanych substancji, sprzyjałoby temu dopiero zdjęcie i wywiezienie wierzchniej warstwy gruntu. Może więc warto obserwować, co będzie działo się dalej w – na razie – ponownie strzeżonej strefie.

Marcin Austyn

Liczy się każdy detal

Dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy lotniczej znaczenie mogą mieć nawet najmniejsze szczątki samolotu

Z Ignacym Golińskim, byłym członkiem Państwowej Komisji Badań Wypadków Lotniczych, rozmawia Marcin Austyn

Jak powinno wyglądać zabezpieczenie miejsca katastrofy lotniczej oraz odnalezionych tam śladów?
– Na podstawie mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że zwykle na miejscu wypadku lotniczego pierwsza była policja, i to ona zabezpieczała teren. Oni nic innego nie robili, nawet zwłoki pozostawały na swoim miejscu do czasu przyjazdu członków komisji. Wówczas teren był ogradzany i strzeżony, by nikt niepowołany nie zbliżał się do miejsca katastrofy. Dopiero kiedy dowody były zebrane, to w uzależnieniu od decyzji kierownika komisji zabierano ciała ofiar na sekcję zwłok. Następnie w miarę zabezpieczenia dalszych śladów zdarzenia – fragmentarycznie – zezwalano na grupowanie szczątków samolotu. Jednak to miejsce grupowania wszystkich części statku powietrznego nie było dostępne dla osób postronnych. To zawsze był parking strzeżony przez policję. Po zebraniu dużych części statku powietrznego teren był jeszcze dokładnie przeszukiwany. Osobiście nie miałem do czynienia z aż tak dużym wypadkiem jak w Smoleńsku, ale siłami członków komisji przeszukiwaliśmy teren w granicach obszaru o średnicy ok. 200 m od miejsca katastrofy. Trzeba wiedzieć, że np. przy okazji badania wypadku samolotu, który rozpadł się w powietrzu, znajdowaliśmy jego kawałki w odległości 2 do 5 km od wraku. W przypadku katastrofy nie da się precyzyjnie ustalić, gdzie mogą znajdować się szczątki, mniej więcej są one na linii lotu samolotu.

Jakie znaczenie dla wyjaśnienia przyczyny katastrofy mają małe elementy statku powietrznego?
– Nie sposób na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy lotniczej znaczenie mogą mieć małe szczątki samolotu, jeżeli są to przedmioty, takie jak np. zawór do wypuszczania podwozia albo klap… Taki szczegół rzeczywiście ma istotne znaczenie. My na etapie prac na miejscu zdarzenia nie wiemy, jaka była przyczyna tragedii. Dlatego takie drobne elementy – jeśli zostały odnalezione przez osoby postronne – od razu powinny być przekazywane do komisji badającej przyczyny wypadku. Nie do prokuratury, bo ta z reguły nie zna się na tych zagadnieniach. W Polsce, zgodnie z przepisami, jeżeli zostanie wykonane takie badanie wypadku, to i tak jest ono przekazywane prokuraturze, która prowadzi swoje śledztwo. Komisja ustala fakty, ale nie wskazuje winnego. To zadanie dla prokuratury.

Jakie znaczenie mają wyniki sekcji zwłok?
– Dla wyjaśnienia samej przyczyny wypadku szczegółowe badania ofiar katastrofy nie są sprawą kluczową. Wiadomo: dana osoba została zabita – ale to zasadniczo nie wpływa na sposób prowadzenia samolotu. Ponadto jeśli w samolocie miałyby zostać odnalezione np. ślady podejrzanych substancji, to wydaje się, że szczegółowe badanie szczątków statku powietrznego w sposób wystarczający może to potwierdzić.

Dziękuję za rozmowę.

Za: Nasz Dziennik, Poniedziałek, 10 maja 2010, Nr 107 (3733) | http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100510&typ=po&id=po03.txt

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content