Dobrzy i źli dziennikarze

Według „Reporterów bez granic”, Polska zajmuje dopiero 37 miejsce w rankingu wolności słowa, co oznacza że wyprzedzają nasz kraj pod tym względem nawet takie państwa jak Ghana, Mali i Namibia. Opinię tą potwierdza dziwny werdykt Rady Etyki Mediów, stwierdzający że Jan Pospieszalski w swym dokumentalnym filmie „Solidarni 2010” naruszył zasady obiektywizmu, szacunku i tolerancji. Pospieszalski jest wyrazistym dziennikarzem, nie ukrywającym swych poglądów, podobnie jak Lis, Źakowski czy Olejnik, jednak to on a nie pozostali stał się obiektem ataku. Dlaczego? Kuriozalnie brzmi jeden z głównych zarzutów, że rozmówcy Jana Pospieszalskiego, komentujący katastrofę smoleńską rzucali podejrzenia, że nie była ona przypadkiem. Padało także wyklęte słowo „zamach” i oskarżenia pod adresem Rosji. W opinii REM, Pospieszalski nie reagując odpowiednio na te zarzuty złamał zasadę obiektywizmu a także szacunku i tolerancji, co jest szczególnie naganne w sytuacji dramatycznych i bolesnych przeżyć całego społeczeństwa – orzekła REM.

„Kłamstwo smoleńskie”, czyli negowanie błędu pilota i nacisków na lądowanie, nie jest jeszcze wpisane do Konstytucji ani do Kodeksu karnego. Chwilowo jeszcze nie wszczyna się wobec podejrzewających zamach, śledztwa z urzędu, jednak już teraz Rada Etyki Mediów stoi na straży „autocenzury”, którą powinni się dziennikarze kierować. Nieistotne dla Rady jest to, że ludzie rzeczywiście tak myślą, tak podejrzewają – według REM, dzienniakrz ma za zadanie przefiltrować ich wypowiedzi i oddzielić niepoprawne treści od oficjalnie przyjętych.

A Pospieszalski i tak niech się cieszy, gdyby żył w takiej Rosji (153 miejsce na 173 możliwych w rankingu), prawdopodobnie podzieliłby los Anny Politkowskiej, opozycyjnej dziennikarki zamordowanej z rozkazu nowego przyjaciela premiera Tuska, Władimira Putina. Nie całe jednak środowisko dziennikarskie w Polsce jest tak nieodpowiedzialne, jak Jan Pospieszalski.

Są talenty, które nawet eksportujemy, dzieląc się z innymi regionami świata prawdziwą wolnością słowa i zamiłowaniem do „prawdy”. Oto Adam Michnik, lekceważony w kraju nad Wisłą, ma duże szanse na objęcie stanowiska dyrektora generalnego gruzińskich mediów publicznych. Wielki autorytet lewicy laickiej zgodził się kandydować, namówiony przez organizacje pozarządowe, część środowisk akademickich i opozycji, a poinformował o tym rosyjsko-języczny portal „Gruzja-online”, co wiele wyjaśnia.

Wpływ na decyzję Nadredaktora ze strony takich organizacji pozarządowych jak GRU czy FSB, pozostaje tylko teorią spiskową, którą stanowczo dementujemy.

konserwa

Za: KonserVat | http://www.konservat.cba.pl/art.php?art=0749&path=arty2010#ha

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content