Krzyż – słowa i czyny

Jeżeli nie chcemy myśleć o trudnych sprawach, to sama rzeczywistość potrafi nieraz nas do tego zmusić. Głośne orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, nakazujące zdjęcie krzyża we włoskiej szkole – jakoby obecność krzyża łamała prawo do wolności religijnej oraz prawo do wolności niereligijnego wychowywania własnych dzieci – zrodziło przede wszystkim dyskusję w środowiskach katolickich. Tymczasem potrzeba tu nade wszystko czynu i słowa, które jest czynem, a nie tylko intelektualną pogawędką.

Zazwyczaj w tych wymianach opinii i argumentów przeocza się związek tej sprawy z otwierającym się nowym etapem dziejów Europy, Europy polizbońskiej, ukształtowanej mocą traktatu z Lizbony. Podpisany on został chyba nieprzypadkowo w słynnym historycznym klasztorze Hieronimitów. Jeśli przywódcy UE zapragnęli, aby właśnie w katolickim klasztorze otworzyć nowy etap dziejów Europy – a zarazem wykluczono umieszczenie w traktacie z Lizbony prawdziwej i arcyważnej informacji, iż chrześcijaństwo stanowi dziedzictwo Europy – to może zamierzono w ten sposób zamanifestować budowanie Europy na pięknie zakonserwowanych gruzach chrześcijaństwa? Nawet sataniści uwielbiają przebywanie na katolickich cmentarzach i prześcigają chrześcijan w obwieszaniu się krzyżami. Nie znamy jednak „zamysłów serc” unijnych polityków, a może i oni sami ich nie znają, ale musimy odczytywać te zamysły, patrząc na dokonywane przez nich czyny.
Jak na razie unijni decydenci odseparowali się od głośnego orzeczenia Trybunału, bo jego sędziowie są mianowani przez Radę Europy, a sprawa obecności krzyży w miejscach publicznych ma pozostawać w kompetencji państw członkowskich. W tym wyjaśnieniu pewne jest tylko jedno: owi decydenci wykluczają obronę krzyża przed zakusami jego zdejmowania w szkołach i innych miejscach publicznych. Wiemy z niedawnej naszej historii, że nawet „pierwsi sekretarze” woleli – „na wszelki wypadek” – zdejmować krzyże cudzymi rękoma, na wzór zresztą znanego rzymskiego namiestnika, który zamanifestował jakoby nieskazitelny stan własnych dłoni, których skinieniem powiesił Niewinnego na Krzyżu. „To wasza sprawa” – zakomunikowali nam również unijni decydenci.
Może warto ich wypróbować i zbadać, co by powiedzieli, gdyby sędziowie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka orzekli, że katolicy mają prawo do umieszczania krzyży w szkołach. Czy pospieszono by się z deklaracją unijnej „neutralności” w sprawie? Niewątpliwe jest jednak, jaka byłaby ta reakcja po wejściu w życie traktatu z Lizbony. Skoro w jego preambule uznane zostały za równowartościowe wszystkie wierzenia, które poprzez tysiąclecia przetoczyły się przez Europę, to logiczne jest, aby zabronić chrześcijanom umieszczania „dyskryminujących” krzyży poza własnym domem i ewentualnie świątyniami. Z tej perspektywy patrząc, pokpiwają niektórzy chrześcijanie, wskazując sędziom Trybunału, że chcąc być konsekwentnymi, muszą także nakazać likwidację Czerwonego Krzyża, krzyży na flagach narodowych, zdejmowanie krzyży ze świątyń i usuwanie ich z cmentarzy.
Dlaczego miałoby tak jednak nie być? Z pewnością tak będzie – ostrzegł ksiądz kardynał Tarcisio Bertone, watykański sekretarz stanu – jeśli dzisiaj skutecznie nie zaprotestujemy wobec oczywistego zamachu na prawa chrześcijan. Jeśli nie weźmiemy się do działania, to legalne w UE będą tylko obrzędy nad wydrążoną dynią. Wezwał zatem ksiądz kardynał polityków europejskich do protestów i do zdecydowanego działania. Trzeba więc zapytać naszych własnych reprezentantów (przecież w demokracji to sami obywatele rządzą, a w demokracji pośredniej – za pośrednictwem swoich przedstawicieli), co oni w tej sprawie zdziałali. Ksiądz kardynał Bertone pewnie sądził, że nie potrzeba osobnego wezwania dla tzw. zwyczajnych katolików, bo oni przecież sami doskonale wiedzą, co należy robić. Chyba zatem przetoczyła się przez katolickie świątynie – z pewnością nade wszystko w Polsce, uprzywilejowanej ostatnio darem Jana Pawła II – fala wzburzenia na wieść o zdejmowaniu krzyży w Europie? A może w epoce triumfu tzw. postmodernizmu, kwestionującego istnienie obiektywnej prawdy o dobru, wątpimy w siłę prawdziwego słowa i wezwanie księdza kardynała Bertonego to tylko uderzenie „grochem o ścianę”?
Siłą swojego słowa Demostenes dokonał niezwykłego dzieła, którego Europie nigdy wcześniej – oprócz wspólnej wyprawy na Troję w obronie nierozerwalności małżeństwa oraz zwycięskiej wojny obronnej wobec groźby tyranii Persów – nie udało się zrealizować. A mianowicie zjednoczył Europę – Hellenów, wówczas awangardę Europy – nie za pomocą kija i marchewki, ale przekonywaniem prowadzącym „do samodzielnego oceniania faktów” (por. W. Jaeger, Paideia) w obronie przed śmiertelnym niebezpieczeństwem ze strony półbarbarzyńskiego Filipa Macedońskiego. Jego agenci, siejący trwogę i zwątpienie, ale także przekupujący zagrabionym złotem zmiękczali umysły innych intelektualistów i polityków tej epoki. Tej hipnozie uległ między innymi słynny Izokrates, śniący na jawie o zjednoczeniu Europy (Hellenów) pod przywództwem władcy Macedonii. Trzeba było klęski zbyt późno zjednoczonej Europy pod Cheroneą (338 rok przed Chrystusem), która to katastrofa wepchnęła ówczesną Europę (i Azję) w otchłań kolejnych tyranii, które zakwitły pełnym obliczem po śmierci Aleksandra Wielkiego. Dopiero po rzezi pod Cheroneą – kończącej polityczną niepodległość greckich państw – Izokrates zrozumiał bieg wydarzeń, w wyniku czego, będąc już starcem, popełnił samobójstwo. Czy my dojrzeliśmy już totalitarne oblicze Europy zdejmującej krzyże?

Marek Czachorowski

Za: Nasz Dziennik, Wtorek, 17 listopada 2009, Nr 269 (3590) | http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=dd&dat=20091117&id=main

Skip to content