Logika wystarczy – Stanisław Michalkiewicz

Szanowni Państwo!

W związku z zapowiedziana skargą Rzecznika Praw Obywatelskich na ustawę aborcyjną do Trybunału Konstytucyjnego, przez media przetacza się ponowna fala dyskusji na temat tak zwanego „przerywania ciąży” i jego dopuszczalności. Wprawdzie są poważne powody do podejrzeń, ze ta dyskusja ma odwrócić uwagę opinii publicznej od próby pokątnej ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, ale niezależnie od tego, sprawa jest ważna sama w sobie, bo dotyczy najważniejszych etycznych fundamentów systemu prawnego.

Dla człowieka wierzącego sprawa jest prosta: nie wolno zabijać ludzi, zwłaszcza ludzi niewinnych, nawet jeśli są bardzo mali, albo – na przykład – bardzo chorzy. Wynika to z piątego przykazania i żadna dyskusja nie ma tu sensu. Jednak dla ludzi, którzy w Boga nie wierzą, nie istnieje też autorytet Boskich przykazań. Dlatego tez warto przypomnieć argumentację, która może być przekonująca również wobec osób niewierzących. Na szczęście można uzasadnić potrzebę zakazu tak zwanej aborcji, odwołując się do zwyczajnej logiki.

Zacznijmy od tego, z czym się wszyscy zgadzają – to znaczy, że od momentu urodzenia mamy do czynienia z człowiekiem. Tego nikt nie kwestionuje. No dobrze, ale jak jest na minutę przed urodzeniem? Przecież dziecko na minutę przed urodzeniem niczym nie różni się od dziecka już urodzonego – poza sposobem oddychania. Ale przecież zdarza się, że i ludzie dorośli, np. podczas operacji, nie oddychają samodzielnie, a przecież nikomu nie przychodzi do głowy kwestionować z tego powodu ich człowieczeństwo. Stanowczo, sposób oddychania nie ma tu nic do rzeczy, zatem musimy przyjąć, że na minutę przed urodzeniem dziecko nie różni się od dziecka już urodzonego żadną istotną z punktu widzenia człowieczeństwa cechą. No a na dwie minuty? Na piętnaście minut? Na godzinę przed urodzeniem? Na tydzień? Na miesiąc?

Cofając się w głąb ludzkiego życia płodowego stwierdzamy wprawdzie coraz większe różnice, ale mają one charakter drugorzędny – bo w każdym przypadku mamy do czynienia z istotą ludzką, a nie np. tygrysem. Różnice fizyczne, owszem, występują, ale przecież różnice fizyczne występują również między ludźmi już urodzonymi. Jedni są mali, inni duzi, jedni są mężczyznami, inni – kobietami, jedni nalezą do rasy białej, inni – do czarnej lub żółtej, a przecież nikt nie będzie kwestionował przynależności człowieka do gatunku ludzkiego z powodu jego rasy. Nie zawsze tak było; w epoce wielkich odkryć geograficznych wielu Europejczyków nie chciało zaliczać amerykańskich Indian do rodzaju ludzkiego i dopiero papież specjalną bullą musiał skorygować te mniemania. Okazało się to, mówiąc nawiasem, skuteczne w koloniach katolickich, gdzie dochodziło do mieszanych małżeństw, podczas gdy w koloniach protestanckich, gdzie autorytet papieża nie był uznawany, były to przypadki bardzo rzadkie i z reguły potępiane. Teraz jednak potępiany jest rasizm, a więc pogląd odmawiający niektórym ludziom pełni człowieczeństwa ze względu na różnice fizyczne. Trzeba zatem wyraźnie powiedzieć, że odmawianie cech ludzkich dzieciom w okresie życia płodowego opiera się na takim samym sposobie myślenia, jakiego używają rasiści. A to ci dopiero niespodzianka!

Niektórzy filozofowie utrzymują, że jeśli takie dziecko nie ma jeszcze głowy, to nie jest człowiekiem, tylko „zespołem komórek”. Ale – powiedzmy sobie szczerze – gdybyśmy poddali rzetelnej analizie takiego filozofa, to też poza komórkami niczego byśmy w nim nie znaleźli. Być może niektórych komórek byłoby więcej, ale cóż to za różnica?

Krótko mówiąc – nie ma żadnych naukowych dowodów pozwalających odmówić człowieczeństwa dziecku w okresie życia płodowego. W takim razie powinny odnosić się do niego wszystkie gwarancje wynikające z praw człowieka! Jeśli dotychczas prawo stoi na innym stanowisku, to tylko ze względu na semantyczne sztuczki, np. takie, że dziecko w okresie życia płodowego nazywane jest „płodem”, a nie po prostu – dzieckiem. To jednak nie jest żaden argument, bo np. Niemcy swoje ustawy norymberskie ufundowali na podobnej semantycznej sztuczce, jakoby istnieli „podludzie”. Ale „podludzie” nie istnieją, podobnie jak „płody”. Istnieją ludzie należący do różnych narodów, czy ras, albo będący w różnych fazach życiowych.

Zwolennicy legalizacji tak zwanej „aborcji” w gruncie rzeczy zdają sobie z tego sprawę, bo przyznają, że „aborcja” jest „złem”. Ale właściwie dlaczego? Gdyby – jak twierdzą – dziecko w okresie życia płodowego rzeczywiście było tylko „częścią ciała matki”, a nie odrębna osobą, to dlaczego niby odcięcie tej części miałoby być „złem”? Przecież nikt nie potępia człowieka za to, że dajmy na to, obciął sobie włosy, albo paznokcie. Dlaczego zatem amputowanie sobie jakiejś części własnego ciała miałoby być „złem”, a amputowanie innej – już nie?

Aborcja” jest złem dlatego, ze jest zabójstwem. Co to jest zabójstwo? Jest to gwałtowne przerwanie czyichś procesów życiowych, dokonane w sposób nieodwracalny. Wynika z tego, że do zabójstwa potrzebne są dwa elementy: istota żyjąca i zewnętrzna ingerencja w jej procesy życiowe, polegająca na ich nieodwracalnym przerwaniu. Z tego, co wiemy na temat ludzkiego życia, procesy życiowe, a więc podział komórek, rozpoczyna się bezpośrednio po poczęciu. Od momentu poczęcia rozpoczyna się i trwa życie. Zatem każda zewnętrzna ingerencja, skierowana na nieodwracalne przerwanie tego życia, spełnia wszelkie znamiona zabójstwa.

Zabić człowieka można na bardzo wiele sposobów, ale prawo karne żadnego z nich pozytywnie nie wyróżnia, przynajmniej na tyle, by nie uważać go za zabójstwo. I trzeba sobie otwarcie powiedzieć – tak zwana „aborcja” nie jest żadnym „zabiegiem”. Jest zabójstwem człowieka – tyle, że bardzo małego. Ale czyż ludzi bardzo małych, a wskutek tego absolutnie bezbronnych, nie powinno się specjalnie chronić? Czyż nie na tym powinien polegać humanitaryzm i cywilizacja?

Warto się nad tym zastanowić również wtedy, gdy słyszymy pochwały „kompromisu”. Czy jednak idąc na ustępstwa z wysokich standardów humanitaryzmu i cywilizacji, nie otwieramy drogi okrucieństwu i barbarzyństwu? Jeśli tak, to nie jest to żaden „kompromis”, tylko zdrada, która prędzej czy później będzie musiała doprowadzić do kapitulacji przed okrucieństwem i barbarzyństwem. Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. Szczęść Boże!

Mówił Stanisław Michalkiewicz

Stanisław Michalkiewicz
Felieton  ·  Radio Maryja  ·  2008-01-10  |  www.michalkiewicz.pl


Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content