Dawnych wspomnień czar – Stanisław Michalkiewicz

Wprawdzie dynastia saska nie ma u nas najlepszej reputacji, ale z drugiej strony, królowie pochodzący z tej dynastii musieli mieć jakieś zalety, skoro czczona do dzisiejszego dnia konstytucja 3 maja zastąpiła króla wybieranego w powszechnym głosowaniu, monarchią dziedziczną właśnie w dynastii saskiej. Dzisiaj wszelkie sentymenty do tej dynastii, jak się wydaje, już wygasły, chociaż państwo nasze wykazuje tyle podobieństw do Rzeczypospolitej z epoki saskiej, że niektórzy nie tylko mówią o saskiej recydywie, ale wyrażają nawet obawy, czy nie zakończy się ona aby ponownym rozbiorem Polski. Ale w epoce stanisławowskiej sentymenty te musiały być na tyle żywe, że twórcy konstytucji 3 maja próbowali przemycić nowoczesne pomysły w tym saskim opakowaniu w nadziei, że tzw. kontuszowcy się na to nabiorą.

W XIX wieku historycy strasznie saskich królów potępiali, dowodząc, że przysłowie, iż „za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”, było ilustracją upadku umysłowego ówczesnego społeczeństwa, które poza obżarstwem i pijaństwem żadnych zainteresowań nie miało. Ilustrację upadku myśli politycznej upatrywali z kolei w haśle „Polska nierządem stoi” , głoszącym, iż fundamentem bezpieczeństwa Polski jest jej słabość; ponieważ żaden z sąsiadów Polski się nie obawia, to we własnym interesie żaden z nich nie powinien być zainteresowany jej likwidacją, no i w tym właśnie salus Reipublicae. Kiedy jednak zwrócimy uwagę, że jeśli nawet ówczesne społeczeństwo oddawało się obżarstwu i pijaństwu, to znaczy, że w Polsce musiał podówczas panować dobrobyt, bo jużci – z biedy nikt się nie obżera. I rzeczywiście – za 30-letniego panowania Augusta III Polska nie tylko dźwignęła się ze zniszczeń spowodowanych wojną północną, ale wkroczyła w okres stałego gospodarczego rozwoju. Warto zwrócić uwagę, że za Augusta III nie doszedł do skutku żaden Sejm, więc ten gospodarczy rozwój nie był następstwem jakichś reform, a raczej tego, że ani król, ani Sejm, ani żadne inne władze do gospodarki się nie wtrącały. Wtrącał się do niej za to król pruski za pośrednictwem Żyda Efraima, który jako dzierżawca mennic, na polecenie pruskiego króla zalewał Polskę fałszowaną monetą – co pokazuje, że doktryna według której sąsiedzi powinni być zainteresowani istnieniem niegroźnego dla nikogo państwa, niekoniecznie musi się sprawdzać. Obecna Polska różni się ode tamtej z epoki saskiej w gruncie rzeczy jedynie brakiem ówczesnego dobrobytu – ale bo też dzisiaj Sejmy cierpią na prawdziwą biegunkę legislacyjną, produkując tyle ustaw, że nikt nie nadąża ich czytać. Nawiasem mówiąc, same ich nie wymyślają, a tylko powtarzają własnymi słowami dyrektywy z Brukseli, dodając od czasu do czasu różne korupcyjne wtręty w rodzaju „lub czasopisma”, albo wykreślając wzmianki o dopłatach od hazardu. Natomiast doktryna, że „Polska nierządem stoi”, święci triumfy, między innymi w postaci intensywnego rozbrajania państwa i opierania narodowego bezpieczeństwa na przekonaniu, iż w razie czego naszych interesów narodowych i państwowych do ostatniej kropli krwi będzie broniła Bundeswehra, a gdyby i ona zawiodła, to zawsze możemy liczyć na cud.

Warto w związku z tym przypomnieć, że epoka saska jak żadna inna obfitowała w cuda i inne nadzwyczajne wydarzenia, które zresztą zdarzały się również i później. Na przykład w roku 1772, a więc już po śmierci Augusta III, Wiktoria Blejkowska, nowicjuszka panien benedyktynek w Przemyślu miała widzenie Anny Potockiej, zmarłej właśnie żony wojewody kijowskiego Franciszka Salezego Potockiego, jednego z najbogatszych w ówczesnej Europie ludzi. Zjawa powiedziała, że cierpi w czyśćcu niewypowiedziane męki od których może ją wyswobodzić odprawienie Mszy żałobnej za jej duszę w kościele Panien Benedyktynek w Przemyślu. Problem tkwił w tym, że tego kościoła jeszcze nie było, tzn. był, ale nie wykończony, więc kiedy nowicjuszka Blejkowska powtórzyła swoje zeznanie pod przysięgą, a poza tym okazała bezsporny dowód rzeczowy w postaci deseczki, na której zjawa odcisnęła swoją dłoń, wojewoda nie tylko dał na wykończenie 30 tysięcy złotych, ale w dodatku wynajął malarza Stroińskiego, żeby kościół wymalował. Nawet ludzie, którzy nie we wszystko wierzyli, przecież musieli liczyć się z faktami i dlatego uczony Tadeusz Czacki herbu Świnka wprawdzie naigrawa się z zabobonów, ale gwoli prawdy rzetelnie zaznacza, jak to „w czasie powietrza w 1770 roku żywą upiorzycę na Ukrainie spalono”. Cóż dopiero dzisiaj, kiedy w najbardziej racjonalistycznych pismach drukowane są wróżby i horoskopy, a wróżki, astrologowie i jasnowidze figurują w spisie uznanych przez państwo zawodów Ministerstwa Pracy i Polityki Socjalnej, kierowanego przez panią Jolantę Fedak z Polskiego Stronnictwa Ludowego? W tej sytuacji nietrudno zrozumieć, że zapowiadający cuda na kiju premier Donald Tusk cieszy się u nas niesłabnącą popularnością, niczym w swoich czasach – August III Sas.

Zresztą mniejsza już o cuda, bo znacznie ciekawsze jest to, że chociaż za Augusta III nie uchwalono żadnej ustawy, to przecież dobrobyt był niepodważalny. Skoro coś takiego wydarzyło się chociaż raz, to znaczy, że jest możliwe, a w takim razie zwolennicy interwencjonizmu państwowego wcale nie muszą mieć racji. Warto zwrócić uwagę, że pieniądze miał również król, w odróżnieniu od premiera Tuska, który w projekcie budżetu na rok przyszły zapisał ponad 52 miliardy deficytu budżetowego. August III nigdy by do tego nie dopuścił, bo pamiętamy, że każdy dzień rozpoczynał od zapytania swego ministra Bruhla: „Bruhl – czy mam pieniądze?” – a minister zawsze odpowiadał twierdząco. Czy pan minister Rostowski potrafiłby odpowiedzieć na takie proste pytanie? A jakże!

Zresztą na tle naszego demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej, inne monarchie też wypadają korzystnie. Na przykład dochody Cesarstwa Austro-Węgierskiego w roku 1913 wynosiły 1743 miliony guldenów, co znaczy, że z jednego poddanego Najjaśniejszy Pan ściągał zaledwie 33 guldeny, czyli 66 koron rocznie. Czy to dużo, czy mało? Mórg ziemi w Galicji kosztował wtedy ok. 400 guldenów (800 koron), buty dla parobka – 3-4 guldeny (6 koron), rzemieślnik wiejski w Galicji zarabiał guldena (2 korony) dziennie, a najemnik – ćwierć guldena (pół korony) plus wikt. Wynika z tego, że dla, dajmy na to, wiejskiego kowala dzień wolności podatkowej (moment, w którym obywatel zarobił na podatek i odtąd pracuje dla siebie) w Cesarstwie Austro-Węgierskim przypadał już na początku lutego, podczas kiedy obecnie w Polsce – dopiero na przełomie czerwca i lipca. Ale na tym nie koniec, bo Najjaśniejszy Pan z tych 1743 milionów guldenów na swój dwór przeznaczał zaledwie 0,4 procenta, podobnie jak 0,9 procenta na administrację państwową. Najwięcej kosztowały koleje (26,8 proc), potem – spłata długów państwowych (18,8 proc.), a dopiero później – wojsko (15,7 proc.). Poczta (6,1 proc.), oświata i nauka (3,2 proc.), wymiar sprawiedliwości (2.9 proc.) oraz bezpieczeństwo publiczne (1,7 proc) dopełniały obrazu sytuacji obok wydatków „innych”, obejmujących ponad 20 proc. A skoro mowa o wydatkach wojskowych, to warto odnotować spostrzeżenie, że w roku 1903 ludność c.k. Monarchii wydawała 3 razy więcej pieniędzy na piwo, wino i tytoń, czyli podstawowe rozrywki, niż państwo na wojsko. I pomyśleć, w jaką babilońską niewolę zapędzili nas wszystkich socjaliści pobożni i bezbożni w ciągu zaledwie 100 lat! I oni mają czelność natrząsać się z królów i cesarzy! Miejmy nadzieję, że kiedy już Eurokołchoz z rządzącą nim biurokratyczną międzynarodówką pasożytów odejdzie w mroki niepamięci, wyzwolone narody europejskie przywrócą normalność. Pytanie, czy nam też się do uda, czy do tego czasu nie zmarniejemy?

Stanisław Michalkiewicz

Felieton   Gazeta internetowa „Super-Nowa”(www.super-nowa.pl)   4 listopada 2009

Za: michalkiewicz.pl | http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1009

Skip to content