„Manifest” wiecznie żywy – Stanisław Michalkiewicz

Milton Friedman podczas swego pobytu w Polsce w roku 1990 opowiadał, jak to przeżył wstrząs, kiedy pewnego razu sięgnął po program Partii Komunistycznej USA z lat 20–tych i przekonał się, że wszystkie ówczesne postulaty tej partii zostały w Ameryce zrealizowane. Nawiasem mówiąc, jednym z założycieli Komunistycznej Partii USA był Bolesław Gebert, agent NKWD ps. „Ataman”.19 września 1939 roku, na wiecu w Detroit poparł agresję ZSRR na Polskę, będącą elementem paktu Ribbentrop–Mołotow, a więc pośrednio – również działania hitlerowskiej Rzeszy. Taka to ci była wtedy „mądrość etapu”. Po wojnie Bolesław Gebert, jakby nigdy nic, przyjechał do Polski, gdzie zrobiono go działaczem związkowym, a w latach 1960–1967 – nawet ambasadorem w Turcji. Jego syn Konstanty Gebert, jako Dawid Warszawski, w „Gazecie Wyborczej” i w innych miejscach stręczy dzisiaj już nie do Związku Radzieckiego, tylko – do Unii Europejskiej. Co do Partii Komunistycznej USA, to obecnie angażuje się ona przede wszystkim w obronę tzw. „mniejszości”, to znaczy – w podkopywanie tradycyjnych instytucji społecznych, takich jak rodzina lub wartości – takich jak patriotyzm – podobnie jak środowisko „Gazety Wyborczej” z Konstantym Gebertem w Polsce.

Ostatnio europejsy namawiają premiera Donalda Tuska, żeby obok Traktatu Reformującego, który ma podpisać w Lizbonie 13 grudnia, przyjął także bez żadnych zastrzeżeń Kartę Praw Podstawowych. Pisałem o niej już poprzednio, więc teraz, zainspirowany spostrzeżeniem Miltona Friedmana, sięgnąłem do „Manifestu Komunistycznego”– czy przypadkiem nie występują jakieś podobieństwa do współczesnych „standardów europejskich”.

Ależ naturalnie, jakże by inaczej! „Zniesienie rodziny! Nawet najwięksi radykałowie pomstują na ten haniebny zamiar komunistów” – oburzają się autorzy „Manifestu”, ale zaraz wyjaśniają: „Na czym się opiera współczesna, burżuazyjna rodzina? Na kapitale, na prywatnym dorabianiu się. W pełni rozwinięta istnieje ona tylko dla burżuazji; ale jej uzupełnieniem jest przymusowy brak rodziny u proletariuszy i publiczna prostytucja. Burżuazyjna rodzina zniknie naturalnie ze zniknięciem tego swego uzupełnienia, a jedno i drugie przestanie istnieć ze zniknięciem kapitału”. I rzeczywiście; „standardy europejskie” sprzyjają zanikaniu rodziny, począwszy od pozbawienia jej podstawowej funkcji ekonomicznej poprzez wprowadzenie przymusowych i powszechnych ubezpieczeń społecznych, w następstwie których również „kapitał” coraz szybciej „znika” – ale tylko z kieszeni „ubezpieczonych” oraz „podatników”, a poza tym – niezupełnie, bo zaraz odnajduje się w rękach finansjery, w której rodacy Karola Marksa zajmują niezmiennie dominującą pozycję. To jednak jest już w jak najlepszym porządku, ponieważ oni z kolei należą do „mniejszości”, o które tak się troszczą zarówno europejsy, jak i Partia Komunistyczna USA.

A cóż mamy dalej? „Ale wy, komuniści, chcecie wprowadzić wspólność żon – wrzeszczy do nas chórem cała burżuazja”. Okazuje się, że to jednak nic złego, bo „burżuazyjne małżeństwo jest w rzeczywistości wspólnością żon. Komunistom można by zarzucić co najwyżej, ze na miejsce obłudnie zamaskowanej wspólności żon chcieliby wprowadzić oficjalną, otwartą” – wyjaśniają autorzy „Manifestu komunistycznego”. No, w tej dziedzinie europejsy nie tylko dogoniły, ale chyba nawet przegoniły Marksa, któremu, chociaż radykałowi, jak się patrzy, jednak nie wszystko mieściło się w głowie. Wspólność żon, chociaż też nie do pogardzenia, to jednak nie to samo, co zlikwidowanie samego pojęcia „żony” i „męża”, gwoli zastąpienia go „partnerem” dowolnej płci w ramach „paktu socjalnego”. Ponieważ amatorzy „paktów socjalnych” na razie reprezentują „mniejszości”, to w myśl „standardów europejskich” oznacza on także narzucanie większości obowiązku okazywania im „szacunku”, który obejmuje również obowiązek zapoznawania cudzych dzieci z ich obyczajami i rozrywkami. Robert Biedroń wykorzystuje to do maksimum, suflując min. Katarzynie Hall stosowny „elementarz”.

No a co z narodowością? „Zarzucano jeszcze komunistom, jakoby chcieli znieść ojczyznę, narodowość” – piszą autorzy „Manifestu”. Ale cóż to za absurdalny zarzut, skoro „robotnicy nie mają ojczyzny”? Skoro tak, to „nie można im odebrać tego, czego nie mają”. Co w tej sytuacji radzi robić Marks? Radzi „proletariatowi”, żeby zdobył sobie władzę polityczną, dzięki czemu „wzniesie się do stanowiska klasy narodowej”, ukonstytuuje się „jako naród”. Hmmm. Bardzo to interesujące, zwłaszcza w świetle tego, co „proletariat” będzie potem wyprawiał: „użyje swego panowania politycznego na to, by krok za krokiem wyrwać z rąk burżuazji cały kapitał”. Mniejsza już o tę „burżuazję”; jak zwał, tak zwał, bo co do „kapitału”, to rzeczywiście – już niewiele go pozostało, a przecież do Eurokołchozu dopiero wchodzimy. Więc kiedy już „znikną granice” i nastąpi „najradykalniejsze zerwanie z tradycyjnymi ideami” na rzecz politycznej poprawności, to „proletariat” (no dobrze, czemu nie „proletariat”? Niech będzie, że „proletariat”), który w międzyczasie zdążył „zdobyć sobie władzę polityczną”, a nawet – dostęp do broni nuklearnej, „wyrwie” każdemu nawet resztki „kapitału”, oczywiście w celach pedagogicznych, które proroczo przewidział Janusz Szpotański: „wszystko mu także się odbierze, by mógł własnością gardzić szczerze”. A taki Fukuyama bredził o „końcu historii”. Jaki tam „koniec”, kiedy wszystko dopiero się zaczyna!




 Stanisław Michalkiewicz
Felieton  ·  tygodnik „Nasza Polska”  ·  2007-12-11  |  www.michalkiewicz.pl

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.

 

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content