Czekając na desant Putina – Stanisław Michalkiewicz

W niedzielę 2 października wyszedłem na przystanek autobusowy przy ulicy Dobrej, żeby podjechać na Targi Książki w Arkadach Kubickiego na Zamku Królewskim. Niestety przyjazd autobusu się opóźniał i w ogóle zauważyłem, że na ulicy Dobrej ruch kołowy całkiem zamarł. Przyczynę wyjaśnił mi starszy pan, oznajmiając, że autobusy ani samochody w ogóle tędy nie jeżdżą, bo ruch został zamknięty. Rzeczywiście, na skrzyżowaniu Dobrej z Tamką zauważyłem bariery i kręcących się policjantów. Ruszyłem tedy pieszo, a gdy dotarłem do skrzyżowania, zapytałem zziębniętą policjantkę, czy Putin już wylądował, a te bariery wyznaczają miejsce pod barykady, które lud Warszawy z entuzjazmem zbuduje, gdy tylko dowiozą odpowiednie materiały i w ten sposób będziemy znakomicie przygotowani do historycznej rekonstrukcji Powstania Warszawskiego? Policjantka niestety udzieliła mi odpowiedzi wymijającej, więc dopiero po przyjściu na Targi dowiedziałem się, że to nie Putin, tylko jakieś biegi, ale nie wiadomo, czy za czymś, czy przeciwko czemuś.

Dlaczego takie wyjaśnienie nie przyszło mi do głowy, tylko Putin? To zrozumiałe. O próbę wysadzenia w powietrze bałtyckich gazociągów Putin podejrzewa Polskę i Stany Zjednoczone. Tymczasem nie tylko obóz „dobrej zmiany”, ale również obóz zdrady i zaprzaństwa, aż wyłażą ze skóry, żeby te podejrzenia odsunąć od USA. Obóz „dobrej zmiany” od razu zdemaskował Księcia-Małżonka, jako ruskiego agenta, kiedy ten za detonacje podziękował Stanom Zjednoczonym, a z kolei Biuro Polityczne obozu zdrady i zaprzaństwa zmłotowało Księcia-Małżonka, żeby natychmiast ten „skandaliczny” wpis usunął. Działania obydwu obozów są zrozumiałe, bo – po pierwsze – nic tak nie gorszy, jak prawda, po drugie – skoro w maju prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski w walce o przywództwo w Volksdeutsche Partei z Donaldem Tuskiem, postawił na Amerykanów, to jest – na tamtejszych Żydów – to trudno, by tolerował dokazywania Księcia-Małżonka, zwłaszcza gdyby były prawdziwe. Wreszcie – po trzecie – gwałtowność zaprzeczeń z naszej strony i brak jakichkolwiek merytorycznych argumentów wzbudza podejrzenia, że Nasz Najważniejszy Sojusznik wydał władzom naszego bantustanu taki rozkaz, na wszelki wypadek uzupełniając go „bezzwrotną” pożyczką w wysokości 288 mln dolarów, żeby zaprzeczali możliwie jak najgłośniej. W ten jednak sposób, w miarę oczyszczania z podejrzeń Stanów Zjednoczonych, obsesje Putina siłą rzeczy muszą kierować się w stronę Polski, chociaż nie wydaje mi się, by nasza niezwyciężona armia, a zwłaszcza – marynarka wojenna – była w stanie

umieścić w pobliżu gazociągów niedaleko Bornholmu, na głębokości 70 metrów, kilka 500-kilogramowych ładunków wybuchowych – bo tak właśnie, według armii duńskiej, miał wyglądać cały incydent. Amerykanie, to co innego – ale podejrzewać ich nie wolno, bo taki jest rozkaz, a kto rozkazu nie posłucha, ten jest ruskim agentem, a przynajmniej – onucą. Kim są ci, którzy słuchają rozkazów ściągających podejrzenia Putina na Polskę – tajemnica to wielka, chociaż prawdopodobnie są nieposzlakowanymi patriotami. Jak bowiem niedawno wyjaśnił na spotkaniu w Nysie Naczelnik Państwa, jeśli zdrada Polski jest warunkiem utrzymania władzy przez obóz patriotyczny, to nie ma co się wahać, bo czyż nie lepiej będzie, jeśli Polskę zdradzą patrioci, niż gdyby miał ją zdradzić obóz zadrady i zaprzaństwa? Wtedy chodziło mu o ratyfikację traktatu lizbońskiego, ale przecież nie tylko traktat lizboński stwarza okazję do zdrady naszej biednej ojczyzny lecz i inne wydarzenia – ot, choćby próba wysadzenia w powietrze gazociągów.

Dlatego właśnie pomyślałem sobie, że skoro tak się sprawy mają, to dlaczego Putin nie miałby wylądować w Warszawie, stwarzając nam w ten sposób znakomitą okazję do zorganizowania Powstania Warszawskiego – zgodnie z narodową tradycją, że „poszli nasi w bój bez broni” – jako że rząd „dobrej zmiany” całą broń przekazał Ukrainie, z którą Polska prędzej czy później się zleje? Wbrew pozorom oprócz plusów ujemnych taka sytuacja miałaby też wiele plusów dodatnich. Po pierwsze, nastąpiłaby konsolidacja naszego mniej wartościowego narodu tubylczego wokół obozu „dobrej zmiany”, co samo w sobie jest wartością nie do przeceniania tym bardziej, że w ten sposób Naczelnik Państwa przeszedłby do panteonu narodowych bohaterów, stając obok Józefa Piłsudskiego, jako Unus Defensor Patriae i umacniając przy okazji blaknący ostatnio kult prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wprawdzie walczylibyśmy jak lwy aż do ostatecznego zwycięstwa, ale wiadomo, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi, więc ostateczne zwycięstwo mogłoby oddalić się w bliżej nieokreśloną przyszłość. Ale jeśli nawet, to ostatecznie przecież przyjść by musiało, no bo jakże inaczej? A w jakiej postaci? Ano w takiej, że wtedy już bez żadnych zahamowań i wahań moglibyśmy proklamować kolejny program polityczny „dążenia” do uzyskania reparacji wojennych również od Rosji.

Wprawdzie program „dążenia” do reparacji od Niemiec napotyka pewne trudności, bo chociaż pan minister Rau, najwyraźniej podkręcony przez Naczelnika Państwa, wysmażył eunuchoidalną „notę”, która „zamierza” przekazać niemieckiemu rządowi, to niemiecka minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock, po przybyciu do Warszawy wylała na rozgorączkowane głowy naszych statystów kubeł zimnej wody, oświadczając ministrowi Rau, że „kwestia reparacji jest zamknięta”, więc musimy się zadowolić „wspólną przyszłością w Unii Europejskiej”. Ale nawet ten plus ujemny zawiera plusy dodatnie, bo – jak wyjaśnił Wielce Czcigodny poseł Mularczyk – wszystko nam sprzyja. Konkretnie chodzi o inflację. Dzięki inflacji bowiem wartość reparacji, do jakich właśnie „dążymy”, wzrośnie do niebotycznego poziomu, oczywiście razem z odsetkami, które Instytut Strat Wojennych pod kierownictwem pana Arkadiusza Mularczyka, będzie naliczał na bieżąco. Jeśli potrwa to odpowiednio długo, to w ten sposób kwota reparacji może zrównać się w wartością majątkową Republiki Federalnej Niemiec, która Polska w ten prosty i nieinwazyjny sposób mogłaby przejąć. Identyczna sytuacja wystąpiłaby w przypadku reparacji od Rosji, do których „dążylibyśmy” tak samo, jak „dążymy” od Niemiec. W ten sposób Polska mogłaby przejąć również Federację Rosyjską aż do Władywostoku, a potem zlać się z Ukrainą, realizując w ten sposób gigantyczną wizję prezydenta Lecha Kaczyńskiego, którą Aleksander Smolar, w żydowskiej gazecie dla Polaków nazwał „postjagiellonskimi mrzonkami”. Ale żeby do tego doszło, najpierw Putin powinien wylądować w Warszawie, a tymczasem się ociąga.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    11 października 2022

 

Za: michalkiewicz.pl | http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5264

Skip to content