„Kocioł mniejszy” i „kocioł większy” – Marian Miszalski

Przyzwyczailiśmy się już do „kotła mniejszego”, na Bliskim Wschodzie, gdzie żydowscy rasiści budują sobie „wielki Izrael”, wykorzystując swe wpływy polityczne w Ameryce, która wiele na tym traci, coraz więcej. W tym „kotle” polityczne ambicje Izraela wpisują się w długą tradycję walki o wpływy w tym rejonie świata między innymi mocarstwami. Ale zagrożenia i możliwości podgrzewania pod tym bliskowschodnim kotłem są już w miarę rozpoznane, skanalizowane i przewidywalne. Teraz przybył światu kocioł nowy, „kocioł większy”, „kocioł centralno-azjatycki”, ten w Azji centralnej – w Afganistanie i wokół. Nie wydaje się, by był to region mniej newralgiczny, niż Bliski Wschód!…

Powstające właśnie państwo Talibów (Islamski Emirat Afgański) może być wykorzystywane przez Rosjan dla destabilizacji proamerykańskiego oficjalnie Pakistanu, ale niebezpiecznie podwatowanego islamskim radykalizmem. W Pakistanie mieszka więcej Pusztunów, niż w samym Afganistanie: skutek brytyjskiego podziału „Pasztustanu” w przeszłości. Ale dzisiejszy Islamski Emirat Afganistanu może też być wykorzystywany przez Amerykanów dla destabilizacji południowej, islamskiej flanki Rosji: Turkiestanu, Tadżykistanu, Uzbekistanu, Kirgizji. Talibowie mają więc sytuacje komfortową: mogą świadczyć polityczne usługi na dwie strony (jak robi to Izrael), brać od obydwu stron pieniądze i broń, a zarazem prowadzić swoją politykę – instytucjonalnego gruntowania islamizacji tego regionu. Jeśli zauważyć, że i Chiny zainteresowane są w osłabianiu Waszyngtonu (bardziej) i Moskwy (mniej) można przypuścić zasadnie, że państwo talibów doznawać będzie  ze strony Pekinu stosownego do potrzeb wsparcia.

Powstał zatem „kocioł” ogromny, pełen możliwości politycznych i operacyjnych, i bardo trudno przewidywalny. Kocioł, pod którym mogą „grzać” potężne i rozmaite światowe siły z dużym, świeżym rozmachem.

Będąc w tak komfortowej sytuacji politycznej – czy talibowie zdecydują się na kontynuację „eksportu” swej ideologii i swoich kadr do krajów zachodnich, tam, gdzie mają już oparcie w  środowiskach muzułmańskich emigrantach –  w intensywniejszych formach, niż dotychczas? To jedno z wielu nasuwających się pytań.

Tymczasem za Oceanem, w Ameryce, pojawia się – nieśmiałe jeszcze, ale jednak – pytanie: czy porażka afgańska nie jest aby jaskółką zmierzchu amerykańskiego imperium?…

Oczywiście imperia umierają powoli. Cesarstwo Rzymskie konało kilka wieków, Bizancjum także, imperium Mongołów szybciej, podobnie jak imperium hiszpańskie, nad  którym nie zachodziło słońce, imperium brytyjskie nawet jeszcze dziś pręży muskuły. Dość szybko skończył się imperialny status Francji, a imperialny status przechowały i umacniają Chiny (po dłuższym okresie wycieńczenia) i zachowuje Rosja.

Co do Stanów Zjednoczonych – status imperium światowego mają dość krótko (właściwie od I wojny światowej, więc zaledwie około 100 lat, a cała historia USA liczy  ok. 300 lat:  Cesarstwo Rzymskie umierało dłużej). Niektórzy autorzy uważają, że utrata monopolu atomowego pod na początku lat 50-ych, wskutek zdrady żydowskiej, komunistycznej siatki szpiegowskiej Rosenbergów – którą prezydent Dwight Eisenhower nazwał „największą zbrodnią w historii świata” – zastopowała rozwój amerykańskiego imperium, a porażka w Wietnamie w latach 70-ych była pierwszą jaskółką potwierdzającą tę diagnozę. Czy porażka w Afganistanie, z jej konsekwencjami w polityce amerykańskiej zapowiedzianymi już przez Bidena – potwierdza diagnozę o „wyczerpaniu się dynamiki  wzrostu” amerykańskiego imperium?  Wobec zarysowanej już wyraźnie politycznej osi Berlin-Moskwa-Pekin – jak  długo Ameryka zdolna jest utrzymać obecny imperialny status? Oczywiście, powtórzymy: imperia umierają powoli. Ale pytanie wydaje się ciekawe, także w kontekście obecnego, ostrego podziału społeczeństwa amerykańskiego, najostrzejszego – jak podkreślają politolodzy – nie tylko od czasu wojny wietnamskiej, ale od czasu wojny secesyjnej.

Biden nakreślił z grubsza najnowszą amerykańską strategię: właściwie jest to powrót do „izolacjonizmu” sprzed I wojny światowej i „punktowej” reakcji na rodzące się wyzwania polityczne. W tym „izolacjonizmie” Ameryka ma skoncentrować się na rosnącym w siłę chińskim rywalu, nakładając na dotychczasowych sojuszników większy ciężar zmagań z rosyjskim zagrożeniem. Ryzykowna koncepcja: bo jeśli „dotychczasowi sojusznicy” nie udźwigną tego ciężaru? Skapitulują lub odwrócą sojusze?…

Jest to istotna różnica między przedwojennym amerykańskim izolacjonizmem (sprzed I wojny światowej) – a obecnie zadeklarowanym. Ten przedwojenny nie wynikał z zagrożenia militarnego Ameryki, wynikał z kalkulacji ekonomicznej: niech na całym świecie wojna byle amerykańska gospodarka spokojna – obecny wynika z kalkulacji militarno-ekonomicznej, z poczucia zagrożenia. Imperium amerykańskie jest zagrożone jak nigdy wcześniej.

Nie od rzeczy będzie chyba zauważyć, że pierwszą wielką wojnę, tę wietnamską, przegrali nie wojskowi, ale politycy. (Także politycy amerykańscy są odpowiedzialni za głębokie skonfliktowanie Ameryki ze światem arabskim, w interesie głównie żydowskim). Wojnę afgańską przegrali już i politycy (idiotyczne założenie, że w głęboko plemienno-rodowym Afganistanie da się zaflancować „demokracja”), i wojskowi.  Postęp dekadencji?…W tym kontekście – hipotetycznego „zmierzchu imperium” – warto też zastanowić się nad wpływem lobby żydowskiego na politykę amerykańską: właśnie od  lat 50-ych wpływ ten narastał, osiągając stan dzisiejszy: „Waszyngton to terytorium okupowane przez Izrael” – jak zauważył kiedyś kandydat na prezydenta Stanów Zjednoczonych, Pat Buchanan. Oczywiście prezydentem nie został…

(Przy okazji: w książce „The transatlantic slave” James A.Rawley podaje, że  od połowy XV wieku do połowy XIX wieku – 400 lat – przywieziono z Afryki do Ameryki Północnej, Ameryki Południowej i na Karaiby ok.11 milionów murzyńskich niewolników. Tymczasem w latach 1881-1915 z Rosji do Ameryki wyemigrowało ok. 5 milionów Żydów)

Czy zatem mamy do czynienia z początkiem długiego zmierzchu amerykańskiego imperium?…”Nobody knows”, jak mawiają Anglicy – ale „padumat’ wazmożno”, jak mawiają Rosjanie. Ciekawe, jak mawiają Chińczycy.

Marian Miszalski

Za: Marian Miszalski - strona autorska (03.09.2021) | http://marianmiszalski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=647&Itemid=1

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content