U kresu imperium – Matt Purple

Jak kończą się imperia? Wydaje się, że odpowiedzi udzielił Mike Campbell w Hemingwayowskim „Słońce też wschodzi”, gdy zapytano go, jak zbankrutował: „stopniowo, a potem nagle”.

Od lat wiedzieliśmy, że nasze zamorskie wojny nie osiągają zakładanych celów, że w Afganistanie w końcu będziemy musieli zadowolić się czymś mniejszym niż całkowite zwycięstwo. Pokonanie Talibów i wyhodowanie republiki na wzór nakreślony przez James’a Madisona z pustynnego piasku dawno temu okazało się daremne. Jednak obrazy, które pojawiły się w zeszły weekend, helikoptery wznoszące się złowieszczo nad Kabulem, podczas gdy Afgańczycy błagali o litość, mimo wszystko wstrząsnęły świadomością narodową. W jednej chwili to, co pozostało z naszych imperialnych mirażów, przemieniło się w surową rzeczywistość.

Kiedyś wydawało nam się, że jesteśmy niezwykle kompetentnym i humanitarnym imperium. Teraz już nie.

Kluczową rzeczą w naszym wycofaniu się z Afganistanu nie było to, że się wycofaliśmy. Wszyscy wiedzieliśmy, że to nadchodzi, nawet jeśli kwestia „kiedy” była tajemnicą Poliszynela. Stało się tak, ponieważ Afgańczycy okazali się tak żałośnie niezdolni do obrony własnego kraju. Projekt szkolenia afgańskich sił bezpieczeństwa, który obejmował dwie dekady i kosztował amerykańskich podatników około 83 miliardów dolarów, okazał się śmieszną farsą, gdyż armia rozpłynęła się jeszcze przed atakiem talibów. Bojownicy talibów niemalże wlali się do Kabulu. Szef bezpieczeństwa w pałacu prezydenckim uścisnął nawet rękę dowódcy talibów, gdy przekazywał mu obiekt.

To cierpka ironia. Był czas gdy mówiliśmy o zmianie reżimu, jakby to była sprawa łatwa i bezproblemowa, ponieważ Talibowie się wycofali i wyglądało, że na dobre. Szczerze mówiąc, jeszcze przed wycofaniem się wojsk amerykańskich, ludzie ci mieli dobre pozycje wyjściowe. W 2017 roku kontrolowali lub usiłowali kontrolować ponad 40 procent Afganistanu. Kłamstwem jest więc mówić, jak to czyni wielu  „jastrzębi”, że mały kontyngent amerykański utrzymywał bezpieczeństwo w Afganistanie, że postępy talibów nastąpiły dopiero w post-amerykańskiej próżni. Jeszcze przed odzyskaniem przyczółka w Afganistanie, grupa ta czaiła się tuż za granicą w Pakistanie, gdzie była chroniona przez reżim w Islamabadzie. Nigdy tak naprawdę nie zostali pokonani, pomimo naszej deklaracji zwycięstwa w 2001 roku.

Mimo to szybkość, z jaką byli w stanie przejąć kontrolę, była po prostu zdumiewająca. Dwie dekady rzekomego postępu cofnięte w tydzień. Oto jak kruche były instytucje, które rzekomo stworzyliśmy, gnijące i pękające pod przyjazną dla CNN fasadą uśmiechniętych kobiet bez burki. I chociaż wojna afgańska była od początku nękana rozbieżnościami pomiędzy wizją Waszyngtonu a rzeczywistością w terenie, nie jest tak, że nasi decydenci nic nie wiedzieli. Dokumenty, opublikowane przez Washington Post dwa lata temu, ujawniły, że czołowi przywódcy wojskowi i cywilni dawno temu doszli do wniosku, że wojna jest nie do wygrania. Mimo to i tak upierali się, kłamiąc przez cały czas, zdeterminowani, aby utrzymać machinę wojenną w ruchu, mimo że w konflikcie tym brakowało już jakichkolwiek celów strategicznych.

 

Winni upokarzającej porażki

Kto jest winien tej upokarzającej porażki? Na początek elita Pentagonu. Do tego oczywiście gromada podżegaczy wojennych: George W. Bush, Donald Rumsfeld, Lindsey Graham. Ale chcę przez chwilę skupić się na postaci, której nie poświęcono tyle uwagi. Barack Obama już w 2008 r. wprowadził na swoją agendę  inicjatywą, by przenieść wojnę  z Iraku do Afganistanu. Po wyborze na urząd, umieścił około 70 000 nowych żołnierzy na tym rzekomo świętszym teatrze wojny.

Był to przynajmniej jakiś zdecydowany manewr polityczny, biorąc pod uwagę to, że Afganistan bardziej niż Irak, kojarzony jest z 11 września i własnym interesem narodowym. Jednak służyło to również  utrwalaniu mitu: że Afganistan był „dobrą wojną”, że została słusznie wywołana i dlatego może, zaledwie może, łatwiej ją będzie wygrać. Nie chcę tutaj zbytnio upraszczać: naprawdę istnieją wyraźne różnice między Irakiem a Afganistanem. Jednak przynajmniej z lotu ptaka uderzające jest to, jak frustrująco podobnie te „państwa” wyglądają. Irackie siły bezpieczeństwa zostały zmiażdżone przez ISIS; afgańskie siły bezpieczeństwa zostały zmiażdżone przez Talibów. Rząd w Iraku to kleptokracja; rząd w Afganistanie to także kleptokracja (i narko-państwo do tego). Konflikt w Iraku wygląda na niekończący się; konflikt w Afganistanie może się teraz zakończyć, ale tylko dlatego, że wygrali Talibowie.

Ta symetria pokazuje, że problemem nigdy nie była taktyka ani brak zaangażowania; problemem była nasza idea budowania narodu stosowana w całym regionie. Co nam dało 20 lat wtrącania się w Afganistanie? Rząd plasujący się na piątym miejscu wśród najbardziej skorumpowanych na świecie, rynek opium odpowiedzialny za 90 procent światowego handlu heroiną, strażnicy biorący łapówki, szwadrony śmierci dokonujące egzekucji dzieci, siły zbrojne bezużyteczne bez naszego lotnictwa oraz powrót pederastii jako zwyczaju w wojsku i policji. A potem drapiemy się po głowach i zastanawiamy się, jak talibowie tak szybko zyskali na popularności. Powodem jest to, że wykorzystali frustrację spowodowaną nieudolnym i niegodziwym państwem afgańskim, na instalację i obronę którego, wydaliśmy 2 biliony dolarów i poświęciliśmy życie prawie 6300 Amerykanów.

Przynajmniej nie wszystkie pieniądze zostały zmarnowane. Przekazaliśmy Afgańczykom w spadku nowiutką stację tankowania gazu ziemnego wartą ok. 10 mln dolarów.

Stany Zjednoczone zaatakowały Afganistan, by stworzyć demokrację i bastion przeciwko dżihadyzmowi. Zamiast tego oddaliśmy się jednej z naszych najgorszych rozrywek czyli biurokracji. Nasza okupacja wypełniona została oficerami i urzędnikami bardziej kierowanymi instynktem samozachowawczym i wydawaniem funduszy na odbudowę niż mówieniem prawdy. To właśnie ta biurokratyczna narośl pozwoliła na to, że „stopniowo” i „nagle” nadeszło nieuniknione, gdy prawdy nie można było już dłużej ukrywać. Złudzenie prysło wraz z amerykańskim imperium. Afganistan był kiedyś określany przez Persów jako „Bactria piękna, zwieńczona flagami”. Dziś jest bardziej znany z opuszczania flag niż z powiewania nimi, od Union Jack przez sierp i młot do Old Glory.

To jest chwila, która woła o pomstę. Tych, którzy stworzyli krwawą fikcję zwycięskiej wojny w Afganistanie, należy postawić przed komisjami; ich reputacja powinna zostać zrujnowana, ego zniweczone.  Nasz małoduszny rząd republikański przez małe -r- doprowadził do tego, że nasi urzędnicy państwowi, aby posłużyć się Winstonem Churchillem, „przestają już być urzędnikami i nie stają się już obywatelami”. Niestety, jedną z konsekwencji imperium jest to, że nie jest już republiką, uprawnienia władzy wykonawczej są takie, że stawiają ja poza wszelką odpowiedzialnością. Chciałbym wierzyć, że możemy się czegoś nauczyć z tych ponurych 20 lat, ale czy mam powody do optymizmu?

Matt Purple

Tłum. Sławomir Soja

Źródło: The American Conservative

 

 


 

KOMENTARZ BIBUŁY: Jako przykład, prezentujemy jeden z setek tekstów rozprawiających ostatnio o fiasku w Afganistanie, chociaż do tej pory nie znaleźliśmy (słabo szukamy) rzeczywistej i rzeczowej analizy, pokazującej całe spektrum upadającego Imperium, które – to jest kluczowe – przeżarte jest ideologicznym wpływem judaizmu, religijnym wpływem syjonistycznego protestantyzmu, diabolicznym wpływem sekt masońskich, politycznym wpływem czystego antychrześcijaństwa i najszerszą postawą elit cechujących się kolekcjonowaniem wszystkich tych najgorszych chorób, wzmocnionych przez wojujący ateizm, który jako głównego wroga przyjął podstawowe wartości katolickie.

Zwalanie winy na „biurokrację” jest wygodne – choć po części i prawdziwe – ale rozrastająca się i żarłoczna biurokracja była zawsze częścią każdego systemu, więc nic w tym unikalnego.

Kiedyś wydawało nam się, że jesteśmy niezwykle kompetentnym i humanitarnym imperium. Teraz już nie.” Kiedyś nawet w krajach stworzonych na bazie antychrześcijańskich wartości – choć odwołujących się do jakiegoś deistycznego stwórcy – gdy jeszcze kwitł w społeczeństwach i narodach duch prawdziwie chrześcijańskich bo katolickich wartości (nawet bez samoświadomości społecznej), to utrzymywał się ład społeczny. W czasie gdy wszystkim i wszystkimi zawładnęły satanistyczne nurty – wymienione wyżej – wszystko stało się bardziej przejrzyste.

 


 

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content