USA eksportują komunizm – Stanisław Michalkiewicz

Zgodnie z dziejowym prawem Murphy’ego (a co – skoro wolno było odkrywać prawa dziejowe Karolowi Marksowi, to dlaczego miałoby nie być wolno Murphy’emu?), jak coś złego może się stać, to na pewno się stanie. A cóż gorszego może być, od wariata na swobodzie? Czesław Miłosz uważał nawet, że „wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie” – a cóż dopiero, kiedy taki wariat uchwyci władzę? Dopóki wariat rządzi państwem należącym do grupy państw pozostałych (bo państwa dzielą się na poważne i pozostałe), to jeszcze pół biedy – ale kiedy wariaci dorywają się do władzy w państwie nie dość, że poważnym, ale w dodatku trzymającym palec na atomowym cynglu? Nic dobrego z tego wyniknąć nie może, w związku z czym musimy powoli przygotowywać się na najgorsze.

Kiedy u Naszego Najważniejszego Sojusznika władzę przejął kandydat Partii Demokratycznej Józio Biden, pojawiły się obawy, że teraz Stany Zjednoczone zaczną eksportować rewolucję komunistyczną, podobnie jak przedtem eksportowały demokrację, co – mówiąc nawiasem – stało się przyczyną wielu paroksyzmów w Ameryce Łacińskiej i Afryce. Ale demokracja to tylko mniejsze zło, natomiast komunizm, to zło – jeśli można tak powiedzieć – w postaci czystej. Skąd jednak w USA komunizm? Ano tak się jakoś złożyło, że się pojawił i wszystko wskazuje na to, iż trafił tam na podatny grunt. W 1990 roku Milton Friedman opowiadał nam, jak to pod koniec lat 80-tych poprosił w Bibliotece Kongresu o program Komunistycznej Partii USA z lat 20, a podczas lektury z przerażeniem skonstatował, że WSZYSTKIE punkty tego programu zostały w USA zrealizowane. To tylko nam, w naszym zaścianku, wydawało się, że komunizm to jest u nas, bo narzuciły nam go Iwany, podczas gdy na Zachodzie komunizmu nie ma nawet na lekarstwo. Okazało się, że tkwiliśmy w straszliwym błędzie, o czym zaczęliśmy się przekonywać już od początku sławnej transformacji ustrojowej – no a teraz wchodzimy w okres ponownego stręczenia nam komunizmu, chociaż nie w tak straszliwej postaci, jak podczas rządów Józefa Stalina. Ale nie wchodzi się ponownie do tej samej rzeki tym bardziej, że pod koniec lat 60-tych nastąpiła w ruchu komunistycznym zmiana strategii rewolucyjnej, polegająca na tym, że znaną nam z własnych doświadczeń strategię bolszewicką, zastąpiono marksizmem kulturowym, potocznie nazywanym „polityczną poprawnością”. Ta nowa strategia polega na rozkładaniu organicznych więzi społecznych, żeby historyczne narody przerobić na tak zwane „masy”, czyli nawóz historii, którym naród eksportowy będzie użyźniał swoje pardesy.

Ponieważ tradycyjny proletariat od rewolucjonistów się odwrócił, sięgnęli oni po proletariat zastępczy w postaci zboczeńców, kobiet i wariatów. Pod pretekstem ich „wyzwalania” żydokomuna niszczy organiczne więzi społeczne. Opanowawszy władzę, przy pomocy doktrynerskiego ustawodawstwa narzuca historycznym narodom standardy prawne, które pogrążają te narody i państwa w wariackim chaosie. Tak się właśnie dzieje w przypadku Naszego Najważniejszego Sojusznika. O ile pani Żorżeta, którą prezydent Trump nastręczył naszemu bantustanowi na ambasadora, sztorcowała jeszcze naszych Umiłowanych Przywódców pod kątem majątkowych interesów żydowskich, o tyle nowy przedstawiciel USA w Warszawie, charge d’affaires Bix Alliu, zaczyna nas sztorcować i tresować w uległości, a nawet w uwielbieniu zboczeńców seksualnych. Chociaż pan Bix Alliu jest osobnikiem ciekawym, bo na przykład chlubi się tytułem „magistra medycyny”, uzyskanym na Uniwersytecie Medycznym w Kosowie, to wydaje się, że wszystkie pomysły, jakie nam stręczy, nie pochodzą od niego, tylko są fragmentem polityki państwa, które reprezentuje.

Oczywiście ta tresura odbywa się jakby na marginesie dotychczasowej tresury w posłuszeństwie wobec Żydów, co zresztą bywa przyczyną zabawnych nieporozumień. Tuż przed głosowaniem w Sejmie nowelizacji kodeksu postępowania administracyjnego, pan Bix Alliu napisał do pani marszałek Witek, że ta nowelizacja zablokuje „ocalałym z holokaustu” i ich rodzinom dochodzenie roszczeń majątkowych. Najwyraźniej ani on, ani nikt z jego otoczenia tej nowelizacji nie przeczytał, bo w przeciwnym razie przekonałby się, że jeśli komukolwiek coś ona blokuje, to blokuje Polakom, którzy zostali obrabowani z własności za komuny, możliwość restytucji tej własności, na której w latach 80-tych i 90-tych uwłaszczyła się komunistyczna nomenklatura. Krótko mówiąc, ta nowelizacja nie jest wymierzona w roszczenia żydowskie i Polski przed nimi nie zabezpiecza, tylko zabezpiecza interesy uwłaszczonej komunistycznej nomeklatury – na co wskazuje umieszczona tam 30-letnia cezura. Kto w takim razie nastawił pana Alliu, że to jest spisek antyżydowski? Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że wykombinował to sobie Naczelnik Państwa, któremu w tej sytuacji potrzebny był taki propagandowy listek figowy. Wszystko prawie się udało, bo za panem Alliu natychmiast rozwrzeszczał się izraelski minister spraw zagranicznych Yair Lapid, co pokazuje, że szybciej on wrzeszczy, niż myśli, a nawet rzecznik Departamentu Stanu, pan Price. Stworzyło to okazję do pokazuchy, jak to Naczelnik Państwa ze swoim pretorianinem Mateuszem Morawieckim własną piersią zasłania Polskę przed Żydami – w co niewątpliwie jego wyznawcy uwierzą bez zastrzeżeń. Na przykład jeden z nich, pan Radosław Kowalski twierdzi, że ustawka Naczelnika Państwa ani z Żydami, ani z Amerykanami nie była możliwa, bo Naczelnik Państwa nie zna angielskiego. Naiwność tych wyznawców jest podobna tylko do cierpliwości Boskiej – o czym Naczelnik dobrze wie, więc nic dziwnego, że takie listki figowe co i rusz sobie prokuruje.

Ale ta burza w szklance wody ucichła tak szybko, jak się pojawiła, bo skoro już Naczelnik zaprezentował się jako zbawca Polski, to nie ma co dalej hałasować, bo jeszcze ktoś bliżej zainteresuje się tą sprawą i mogą stąd wyniknąć śmierdzące dmuchy. Ale pan Bix Alliu jest pracowity, toteż pod pretekstem zakończenia „Miesiąca Dumy” w ramach którego zboczeńcy demonstrowali, jacy to dumni są ze swoich dewiacji, zaczął nas tresować do posłuszeństwa również wobec zboczeńców seksualnych. Ten „Miesiąc Dumy”, nawiasem mówiąc, przypomina mi anegdotkę o psychiatrze i psychologu. Psychiatra miał pacjenta, który nie wiadomo dlaczego moczył się w nocy. Ponieważ nie potrafił mu pomóc, pacjent poszedł do psychologa. Po jakimś czasie psychiatra spotyka się z psychologiem i od słowa do słowa zgadało się o tym pacjencie. – I jak ci z nim poszło? – pyta psychiatra. – Znakomicie – powiada psycholog. – Co, już się nie moczy? – Moczy się nadal, ale teraz jest z tego dumny! Teraz okazało się, że jakieś handełesy wyliczyły co do grosza, iż odmawianie zboczeńcom przywilejów, jakimi cieszą się oni np. w USA, gdzie uważani są za sól ziemi czarnej, kosztuje Polskę i Węgry prawie 7 miliardów dolarów rocznie, Gdyby zboczeńcy mogli się gzić nie tylko w miejscach publicznych, ale również w szkołach, przedszkolach a nawet po kościołach, to zaraz Polska zaczęłaby rosnąć w siłę, a i ludzie żyliby dostatniej. W Stanach Zjednoczonych pod rządami wariatów na swobodzie to właśnie powoli staje się nie tylko normą, ale również – towarem eksportowym, czego symbolicznym wyrazem były flagi zboczeńców na wszystkich ambasadach USA na całym świecie.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    serwis „Prawy.pl” (prawy.pl)    9 lipca 2021

Za: michalkiewicz.pl

 


 

Pod sztandarem żydokomuny

Obawy, iż Stany Zjednoczone pod przewodnictwem prezydenta Józia Bidena i jego komandy będą eksportowały rewolucję komunistyczną, okazały sie w pełni uzasadnione. Już w styczniu br. prezydent Biden ogłosił, że Ameryka będzie walczyć o prawa „mniejszości seksualnych” na całym świecie. Można by powiedzieć, że świat, a przynajmniej ta jego część, do której Stany Zjednoczone będą eksportowały rewolucję komunistyczną, niepostrzeżenie przechodzi pod władzę wariatów.

Tego oczywiście wykluczyć nie można, bo wariatów jest na świecie coraz więcej i tylko patrzeć, jak z mniejszości przekształcą się w większość, która przy pomocy metod demokratycznych będzie swoje urojenia przekształcać w obowiązujące powszechnie prawo – ale jeśli nawet mamy do czynienia z wariatami, to musimy przyznać, że w ich szaleństwie jest metoda.

Jak już wielokrotnie pisałem, na obecnym etapie, to znaczy po roku 1968, promotorzy rewolucji komunistycznej porzucili strategię bolszewicką na rzecz strategii „politycznej poprawności”, czyli tak zwanego marksizmu kulturowego. Autor tej strategii, włoski komunista Antoni Gramsci, wbrew Marksowi uznał, że głównym polem bitwy rewolucyjnej powinna być sfera „nadbudowy”, a więc ludzkiej świadomości, zniewolonej przez „kulturę burżuazyjną”, czyli po prostu kulturę.

Jeśli tę bitwę komuniści wygrają, to oduraczone masy same włożą głowę w obrożę – skwapliwie godząc się na całkowite ekonomiczne uzależnienie od rządu. Żeby jednak tę bitwę wygrać, trzeba „kulturę burżuazyjną” zniszczyć, zgodnie z deklaracją „Międzynarodówki”, że „przeszłości ślad dłoń nasza zmiata”. Tym „śladem przeszłości” jest właśnie kultura i instytucje wytworzone w jej ramach w toku rozwoju dziejowego. Oczywiście przyznanie się do zamiaru zniszczenia kultury byłoby dla komunistów śmiertelnie ryzykowne, przynajmniej na tym etapie, więc jako wytrawni „złodzieje szyldów” zamaskowali swoją ofensywę przeciwko kulturze walką o prawa człowieka. I na obecnym etapie pod tym hasłem niszczona jest łacińska cywilizacja.

Bo kamuflaż – kamuflażem, ale skutków ukryć się już nie da, a ze skutków, które się ujawniają, można bez trudu wydedukować intencję. Jedną z cywilizacyjnych wartości jest małżeństwo i rodzina. Toteż pod pretekstem troski o prawa rozmaitych odmieńców promotorzy rewolucji komunistycznej próbują pozbawić małżeństwo jego wyjątkowego znaczenia, forsując „małżeństwa” jednopłciowe albo wieloosobowe, tak zwaną poliamorię. Tymczasem między normalnym małżeństwem a związkami – przeważnie zresztą przelotnymi (prof. Izdebski twierdzi, że statystyczny homoseksualista miewa około 200 partnerów) – homoseksualnymi jest zasadnicza i nieusuwalna różnica. Związki homoseksualne to nic innego jak umowy o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych.

Tymczasem małżeństwo, chociaż ten element w sobie również zawiera, obejmuje coś więcej, to znaczy obowiązki wobec potomstwa, które z normalnego małżeństwa może się pojawić, podczas gdy ze związków zboczonych – nie. Jak wskazuje słowo „rodzina”, jest to miejsce, gdzie ludzie się rodzą. Toteż nic dziwnego, że władza, nawet formalizując związki homoseksualne, nie ma, a przynajmniej nie powinna mieć żadnego interesu w ich szczególnym ochranianiu. Małżeństwo to co innego. Jest ono podstawą rodziny, w której wzrasta biologiczne potomstwo, wobec którego rodzice mają poważne obowiązki, egzekwowane przez władze państwowe. Tymczasem promocja „małżeństw” homoseksualnych, zmierzająca do zrównania w prawach związków perwersyjnych z małżeństwem, jest zamachem na instytucję małżeństwa i rodziny. Po co? Ano po to, by zmieść ten „ślad przeszłości” i w miejsce dotychczasowego cywilizacyjnego i logicznego ładu wprowadzić bezład.

Promotorzy rewolucji komunistycznej, co trzeba im przyznać, działają metodycznie. Na etapie wstępnym rzucili hasło „zabrania się zabraniać”, ale kiedy wskutek opanowania uniwersytetów obciążona „duchem rozłamu” polityczna poprawność zaczęła docierać do szkół i w rezultacie deprawowania młodych, niczego nieświadomych ludzi te przewrotne idee – również za pośrednictwem mediów i przemysłu rozrywkowego, które to dziedziny w Ameryce są zdominowane przez Żydów – trafiły pod strzechy, z etapu „zabraniania zabraniania” stopniowo wkraczamy w etap surowości.

Nic tedy dziwnego, że demokratyczni politycy, nawet jeśli nie zostali wcześniej przez żydokomunę skorumpowani – co raczej należy do wyjątków – zaczynają się tym oduraczonym ludziom i środowiskom podlizywać. W sukurs przechodzi im sądownictwo, które przy pomocy precedensowych orzeczeń narzuca standardy zgodne z potrzebami komunistycznej rewolucji. W ten właśnie sposób Sąd Najwyższy w roku 2015, w sprawie Oberweffel przeciwko Hodges zalegalizował „małżeństwa” jednopłciowe na całym obszarze USA. Jeśli chodzi o Polskę, to bardzo szybko przełożyło się to na zbawienne pouczenia, jakie pod adresem naszego nieszczęśliwego kraju przedstawiła niezapomniana pani Żorżeta Mosbacher: „Niemniej musicie wiedzieć, że w sprawie LGBT (jest rozkaz, by zboczeńców seksualnych teraz nazywać właśnie tak – SM – co jest przykładem narzucania przez promotorów komunistycznej rewolucji panowania nad językiem mówionym) jesteście po złej stronie historii. Mówię o postępie, który się dokonuje bez względu na wszystko. Używanie tego typu retoryki wobec mniejszości seksualnych jedynie wyobcowuje Polskę, przekładając się też na konkretne decyzje biznesowe”. Te retorykę znamy z czasów komunistycznych: nieubłagane prawa dziejowe nieuchronnie prowadzą do równie nieubłaganego postępu, a kto się nie posuwa, niechby z sodomitami, ten się cofa w zacofanie. Jeśli komuś tego byłoby za mało, to w tle czai się pogróżka w postaci zawiązania worka z pieniędzmi.

Tak było jeszcze za prezydentury Donalda Trumpa, który w naszym bantustanie uchodził za twardziela, więc cóż tu mówić o czasach prezydenta Józia Bidena? Amerykański chargé d’affaires w Warszawie, pan Bix Aliu, nie tylko wziął udział w dekorowaniu ambasad tęczowymi sztandarami zboczeńców, ale wywieszał taką flagę tuż pod sztandarem amerykańskim. Toteż na głowę ministra Czarnka, który uczestników marszu zboczeńców na Warszawę nazwał „nienormalnymi”, posypały się gromy nie tylko ze strony rodzimego postępactwa, ale i postępackiego pismactwa zagranicznego. Najwyraźniej postępactwo uważa, że wszystko jest normą. No dobrze, ale dlaczego tylko w dziedzinie spółkowania? Idioci, złodzieje i bandyci też są – mam nadzieję – w mniejszości. Czy na przykład powinno się dyskryminować idiotów, zamykając im dostęp do Polskiej Akademii Nauk? Złodzieje i bandyci powinni mieć znacznie szerszy niż dotychczas dostęp do sądownictwa – bo przecież ich też Pan Bóg takimi stworzył – podobnie jak sodomitów stworzył sodomitami – na co zwracają uwagę przewielebni ojcowie jezuici, na przykład ojczyk Kramer.

A w dodatku pani Urszula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, skrytykowała węgierską ustawę zabraniającą promowania homoseksualizmu i innych zboczeń seksualnych w szkołach, zaś 13 unijnych bantustanów zaapelowało, by przeciwko Węgrom użyć „wszelkich środków”. Trudno o lepszy dowód, iż promotorzy komunistycznej rewolucji, za przyzwoleniem Stanów Zjednoczonych – a może nawet za ich zachętą – już bez żadnych ceregieli wykorzystują dla swoich potrzeb instytucje Unii Europejskiej. W tej sytuacji w czynie społecznym przedstawiam racjonalizatorski projekt nowej flagi Unii Europejskiej, w której znalazłyby się wszystkie symbole składające się na europejską rzeczywistość.

Mam nadzieję, że grafik „Najwyższego CZASU!” przygotuje model według następujących wskazówek. Dotychczasowy niebieski kolor sztandaru ma być zastąpiony kolorami tęczy – jako symbolu politycznego priorytetu Eurokołchozu. W tej sytuacji krąg z 12 pięcioramiennych gwiazd, symbolizujących 12 pokoleń Izraela, mógłby zachować dotychczasowy złoty kolor, ale pod warunkiem otoczenia gwiazd biało-niebieskimi obwódkami, które symbolizowałyby żydokomunę. Utworzony w ten sposób w centrum flagi krąg należałoby zapełnić kolorem białym, a w środku tego białego kręgu trzeba umieścić czarną swastykę, która z jednej strony symbolizowałaby IV Rzeszę, a z drugiej – zapowiadałaby, co nas czeka w przyszłości, kiedy żydokomunie uda się rewolucję dokończyć.

Stanisław Michalkiewicz

Za: Najwyższy Czas! ()

 


 

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content