Od strąków fasoli do szybkich mutacji

Wszystko takie piękne i dorodne: jabłka jak malowane i każde, jedno w jedno, takie same. Wielkość i kształt i kolor, każde z tej samej strony wybarwione na soczystą czerwień, przerysowane dorodnym różem. Jak malowane.

A obok kiści bananów cytryny, mandarynki i pomarańcze, a tuż przed nosem przy samej wadze truskawki tak dorodne, prawie jak ta pani co sprzedaje, że aż ślinka leci i szukam wzrokiem śmietanki aby nałożyć i się rozkoszować. Ale zaraz zaraz, wróćmy do truskawek odpuśćmy sobie erotyczne fiksacje z dorodną panią zza lady.

Wychodzę z warzywniaka na Nowowiejskiej i staję obok schodów tuż przy wystawce przed sklepowej z jabłkami i gruszkami. Stoję i patrzę jak po zmożonym śniegu ludziska przebierają nogami uważając aby nie upaść. Tylko gdzieniegdzie chodnik świeci swoją pełną okazałością uśmiechając się kaflami do butów przechodnia.

Zima 2021. W tym całym popieprzonym świecie jedynie ona jest jakimś światełkiem w tunelu. Ale znając zapędy konstruktorów chaosu wiem, że i to światełko niebawem zostanie czymś nowym zasłonięte.

Liczę na siłę natury i czekam na jej srogi odwet, tak srogi i potężny, że wspomnianym konstruktorom zabraknie czasu i sił aby zatkać to co się odetka, to co wyniesie masy wody do góry, to co zapadnie się w otchłań mętnej wody zniknie w czeluściach pęknięć ziemi.
Niech Matka Natura chlaśnie nas swą mocą, niech nas rzuci na kolana, niech pochłonie ile zechce…

Jabłka w środku zimy od dawna nikogo nie dziwią, podobnie jak pomidory, sałata i rzodkiewka, cukinie i ogórki szklarniowe. Jednak trochę zadziwiają (przynajmniej powinny) truskawki i ogórki gruntowe.

Specjalistom od dziedziczenia i genetyki udało się pozamieniać, podmienić geny tak, aby wszystko było piękne i dorodne; to że wszystkie te dorodne piękności wyglądają identycznie jak żony, partnerki piłkarzy to rzecz jedna, że bez smaku, jak cała ta celebrycka nać, to rzecz druga.

Rzeczą trzecią jest głupota. Nie pierwszą, nie drugą tylko trzecią. Każda ingerencja zostawia swój ślad. Każda bez wyjątku. Przemoc w rodzinie, w miejscu pracy, szkole, na ulicy czy podwórku zostawia swoje trwałe ślady w psychice. Pewnego rodzaju paradoksem jest to, że to nie sprawca ma problem tylko poszkodowani. Im wrażliwszy tym bardziej odczuwa skutki wywieranej (krótko, czy długofalowo) przemocy.

Podobnie jest w przypadku ingerencji w odwieczne prawa natury. Pierwsze udokumentowane „zabawy w Boga” miały miejsce w pewnym klasztorze Starego Brna, w którym schronienie znalazł Johann Mendel, który był świetnym ogrodnikiem ciekawym życia. Życie duchowe nieszczególnie go interesowało. Jednak przyjął święcenia kapłańskie stało się to 6 sierpnia 1847 roku i odtąd Johann stał się Gregorem Johanem Mendlem. Zajął się uprawą grochu, ale nie dla samej jej uprawy tylko dla jego krzyżowania.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Mendel namiętnie łuskał kolejne korce grochu i pilnie zapisywał tabele krzyżowe budując model dziedziczenia, niejaki Darwin wydał książkę poświęconą teorii ewolucji. Jednak to ten, który kwiaty wielce miłował, odkrył podstawowe cechy genu.

Od tamtych doświadczeń nad krzyżowaniem fasoli minęło trochę czasu. Nauka poszła mocno do przodu i człowiek nie dość, że opłynął Ziemię, a potem ją obleciał i dziś wysyła w kosmos swoje rakiety rozpruwające chroniącą nas atmosferę, to potrafi znacznie więcej – zabawa w Boga ogrodnika i sadownika to za mało; za mało bawić się w Boga świata zwierzęcego, przyszła kolej na zabawę przy naszym DNA i RNA. Nasz kod genetyczny (DNA) został już (prawie) odkodowany. Dziś w licznych laboratoriach rozrzuconych po całym Bożym świecie białe kitle, tęgie głowy zajmują się niebezpieczną „grą” w „ulepszaniu” Człowieka.

Każdy postęp przynosi korzyści i straty. Lista strat niestety za każdym razem jest coraz dłuższa.

Dotąd wystarczało poznać rodziców i dziadków córki lub syna chcących założyć rodzinę, aby z dużą dozą prawdopodobieństwa ustalić, czy potomstwo naszych pociech będzie zdrowe w pełni tego słowa znaczenia. Stąd też w rodzinach o ugruntowanej pozycji, dla których „co będzie, to będzie” nie wchodziło w rachubę, uruchomiano swojego rodzaju wywiad środowiskowy skupiony głównie na kondycji psychofizycznej rodziny, z której wywodzić się ma przyszła synowa lub zięć.
„Znać po was szlachectwo rodziców”, to z Homera rzecz jasna.

Rodzina już od jakiegoś czasu przeżywa poważny kryzys; wyzwolone nowoczesne dzieci odpadły od swych rodziców daleko usamodzielniając się nie tyle materialnie (choć tak również – największa liczba osób zadłużonych jest właśnie w wieku 30 – 40 lat) co emocjonalnie. Więź emocjonalna jeśli nie została zerwała, to bardzo, ale to bardzo rozluźniona. Konflikt pokoleń istniał, istnieje i istnieć będzie?

Najprościej jak można ujął rzecz Philip Larkin:

To może taki wierszyk

Jebią ci życie mamcia z tatkiem,
Może i nie chcą ale jebią,
Oprócz win własnych na dokładkę
Jeszcze ci kilka ekstra wrzepią.

Dzisiaj, aby poznać czy para jest dobrana, wystarczy poddać się badaniom, te wskażą czy z alleli jej i jego wyrośnie zdrowy, odporny na choroby potomek. A jeśli po drodze wydarzy się coś, co nie spodoba się przyszłym rodzicom, to ona ot tak po prostu pójdzie i się wyskrobie, tak jak tej zimy co rano skrobie się szyby naszych samochodów.

W tym całym odkrywaniu wszystkiego przez naukowców, a ci są tak samo różni jak cała reszta populacji (jedni pilni inni pilni i zdolni, jeszcze inni z otrzymanym darem talentu, a jeszcze inni z ukrytym talentem ale leniwy), o jednej rzeczy zdaje się te mądre głowy zapomnieli albo myślą, że się uda: bezustanne permanentne mutacje wirusów czy tego chcemy czy nie, ot rzecz się dzieje i tyle. Ten czy inny lek, jeden prędzej inny później, zawsze mutuje. O tym jakie szkody (spustoszenie w naszym dobrostanie) wywoła pokaże czas lub patolog.

W pewnym nieistniejącym już dzisiaj państwie – NRD – środek antykoncepcyjny spowodował coś czego nie spodziewali się ci w laboratoriach i medycy – powikłania po zażywaniu tego środku spowodowały, że w NRD urodziło się mnóstwo karłów. Bardzo długo ten fakt był skrywany lub przerzucany na tzw. „wady genetyczne rodziców”.

Z „zabawą w Boga” jest trochę jak z piaskownicą, w której dzieci budują piękne domy z piasku, raz do niej narobi pies innym razem chory człowiek lub ptak, zdarza się również i tak, że do istniejących już zamków z piasku ktoś dostawi kolejny.

Wiktor Smol
https://wiktor-smol.neon24.pl/

Za: Dziennik gajowego Maruchy (2021-02-16)

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content