Aborcja opóźniona – Stanisław Michalkiewicz

Aktualizacja: 2020-10-30 3:41 pm

Nie ma równości bez prawa do aborcji” – twierdzą działaczki organizacji nazywającej się dziwacznie „Strajkiem kobiet”. Właśnie pojawiła się wiadomość, że „Strajk kobiet” się zinstytucjonalizował, powołując Radę Koordynacyjną, która domaga się zmiany rządu i aborcji na każde żądanie – jak się domyślam, opłacanej z funduszy publicznych. Ale żeby do aborcji mogło w ogóle dojść, to najpierw musi być dziecko, które można by poddać ćwiartowaniu w klinice imienia Króla Heroda, albo Józefa Mengele. Pojawienie się takiego dziecka musi być poprzedzone – jakby to powiedzieć – koegzystencją przyszłej aborterki z jakimś mężczyzną rodzaju męskiego, który by aborterkę zapłodnił swoją spermą. Wgłębiam się w te fizjologiczne szczegóły, bo skoro „macica” stała się wartością polityczną, którą wyzwolone kobiety podsuwają każdemu pod nos, to niepodobna się przed tym uchronić. Nie tylko o to jednak chodzi, bo przede wszystkim chodzi o to, że po ewentualnym zapłodnieniu współautor, czy też współsprawca takiego dziecka zupełnie znika z horyzontu. No, może niezupełnie, bo w razie potrzeby można z niego wycisnąć szmalec pod pretekstem „gwałtu”, albo „molestowania”, a w ostateczności – „alimentów” dla kobiet, które aborcję przegapiły. Tym łatwiej będzie go wycisnąć, im bardziej sfeminizowane będą zawody prawnicze. Przy przekroczeniu pewnego poziomu feminizacji na przykład zawodu sędziego, nie ma już co liczyć na zastosowanie prawa podczas rozpoznawania sprawy. Dominuje podejście „siostrzane” i gdyby nie obawa naruszenia tak zwanej „powagi sądu”, której służą też – jak to nazywała Oriana Fallaci – „śmieszne, średniowieczne łachy”, to „siostry” by się nawet wspólnie spłakały – no a potem trzeba tylko obmyślić jakieś krętactwa, żeby emocjonalnym rozstrzygnięciom nadać pozory uzasadnienia prawnego. Poza tymi wyjątkami zasadą jest jednak, że męski współautor dziecka przeznaczonego do aborcji, przy podejmowaniu decyzji nie jest w ogóle brany pod uwagę, ponieważ wśród postępactwa zapanował powszechny consensus, że aborcja jest „podstawowym prawem kobiety” i do niej – i tylko do niej – należy decyzja w tej sprawie.

Z pozoru wszystko wydaje się tedy proste – ale niestety tak nie jest. Jednym z filarów praworządności jest bowiem zasada równouprawnienia kobiet i mężczyzn, no a tutaj widzimy, iż o żadnej symetrii, o żadnej równości praw nie ma mowy. Tego nie powinno się tolerować, zwłaszcza w Unii Europejskiej, która nawet wysokość subwencji będzie uzależniała od oceny stanu praworządności w poszczególnych swoich bantustanach. Nie chodzi jednak o to, by wylewać dziecko z kąpielą, to znaczy – by „kobietom” cofać prawo do aborcji, skoro bez niego nie wyobrażają sobie życia. Zresztą nikt by się na coś takiego nie ważył, nawet przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska, która wprawdzie aborcji jest przeciwna, no bo jakże inaczej – ale… – i tak dalej. Z drugiej jednak strony nie możemy udawać, że nic się nie stało i tego słonia w menażerii nie dostrzegać tym bardziej, że żaden „strajk mężczyzn” jest nie do pomyślenia, bo zaraz niezawisłe sądy skazałyby strajkujących na przymusowe roboty, by dochodami z pracy przymusowej udelektować ofiary gwałtów, molestowań, czy prostego zaniedbania, to znaczy – przegapienia aborcji.

W tej sytuacji nie ma innej rady, jak uznać, że prawo do aborcji jest także podstawowym prawem mężczyzny. To oczywiście jasne, bo tylko wtedy zasada równouprawnienia zostanie zachowana – ale od razu rodzi się pytanie, w jaki sposób mężczyźni mieliby to przyrodzone prawo realizować. W przypadku kobiet sytuacja jest jasna, no a w przypadku mężczyzn sprawa wydaje się bardzo trudna. Ale nie ma takich trudności, które mogłyby nas powstrzymać przed dążeniem do praworządności i dlatego trudne sprawy też trzeba podejmować. W sukurs przychodzi nam koncepcja tak zwanej „aborcji opóźnionej”, która oznacza możliwość poćwiartowania osobnika nie tylko już urodzonego, ale nawet metrykalnie dorosłego. Uzasadnienie fizjologiczne jest bardzo proste. Moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus powiedziała kiedyś, że dziecko przed urodzeniem jest „zlepkiem komórek”. Rzeczywiście, coś jest na rzeczy, bo takie dziecko, jak zresztą każdy organizm, składa się z komórek – ale przecież nie tylko ono. Gdybyśmy na przykład – co oczywiście nie daj Boże! – rozłupali Wielce Czcigodnej Joannie Scheuring-Wielgus głowę siekierą, to prócz komórek niczego innego byśmy tam nie znaleźli. Oznacza to, że również osoby metrykalnie dorosłe, a nawet – Wielce Czcigodne – to tylko „zlepki komórek”, niezależnie od tego, co sobie na swój temat wyobrażają. Zasadniczej różnicy zatem nie ma, a skoro to właśnie jest okoliczność uzasadniająca aborcję dzieci przed ich urodzeniem, to nic nie powinno powstrzymywać nas przed dopuszczeniem aborcji opóźnionej tym bardziej, że bez niej trudno zrealizować zasadę równouprawnienia między płciami. Stanowisko przeciwne byłoby nieusuwalnie dotknięte ageizmem, to znaczy – dyskryminowaniem ze względu na wiek – co w demokratycznym państwie prawnym, w dodatku urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej, nie powinno nigdy mieć miejsca.

Skoro zatem wyjaśniliśmy sprawę dopuszczalności aborcji opóźnionej z punktu widzenia rewolucyjnej teorii, to pora przejść do rewolucyjnej praktyki, to znaczy – sformułować jej zasady de lege ferenda, czyli dla przyszłych regulacji prawnych. Wydaje się, że celowe byłoby powiązanie aborcji opóźnionej z aborcją tradycyjną, dokonywaną na dzieciach. Autor, czy, mówiąc inaczej, współsprawca dziecka wyabortowanego, czyli poćwiartowanego, powinien zostać wyposażony w bezterminowe roszczenie przeprowadzenia aborcji opóźnionej na drugim wspólniku, to znaczy – wspólniczce – jeśli można jeszcze tak powiedzieć w sytuacji, gdy mądrale właśnie odkryli 77 płci – a z pewnością nie jest to ostatnie słowo. Realizacja takiego roszczenia musiałaby zostać poprzedzona notarialnym oświadczeniem woli, które stanowiłoby tytuł wykonawczy i podstawę działania dla funkcjonariuszy kliniki pod wezwaniem Króla Heroda, czy imienia Józefa Mengele, by aborcję opóźnioną przeprowadzić nie tylko w sposób humanitarny, a więc z wykluczeniem uboju rytualnego, ale również gwarantujący możliwość wykorzystania pozyskanego w ten sposób białka na przykład na konserwy dla psów, które – tego chyba możemy być pewni – nie przyzwyczają się do diety wegańskiej, na którą, gwoli ratowania planety przed zbrodniczym klimatem, już wkrótce będziemy musieli przejść – zgodnie z pragnieniem Wielce Czcigodnej pani Spurek z Parlamentu Europejskiego.

Jestem w związku z tym dobrej myśli – że za wprowadzeniem aborcji opóźnionej opowie się cały postępowy świat, jako za podstawowym prawem mężczyzn – chociaż oczywiście wstecznictwo, swoim zwyczajem, będzie sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    specjalnie dla www.michalkiewicz.pl    29 października 2020

Tags: , , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=119991 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]