„Foreign Affairs”: Czas na nowy typ gospodarki po COVID-19

Aktualizacja: 2020-10-2 11:34 am

Po kryzysie w 2008 r. rządy skupiły się na ratowania wielkich banków, które poprzez nieuczciwe działania doprowadziły do krachu. 3 bln dolarów, które „wpompowano” w gospodarkę światową miało pomóc w odmrożeniu rynków kredytowych i ponownym rozbudzeniu gospodarki światowej. Stało się jednak inaczej i podobnie może być teraz – ostrzega Mariana Mazzucato na łamach „Foreign Affairs.” 

Autorka w tekście na temat „Kapitalizmu po  pandemii” chociaż słusznie diagnozuje sytuację gospodarki światowej, to jednak lansuje rozwiązanie, które może wprowadzić jeszcze więcej patologii.

Mazzucato przypomina, że te 3 bln dol. zamiast wspierać „realną gospodarkę”, czyli produkcję towarów rzeczywistych, trafiło do sektora finansowego, ratując duże banki inwestycyjne, które bezpośrednio przyczyniły się do kryzysu. Po ożywieniu, to właśnie te instytucje odniosły największą korzyść, podczas gdy globalna gospodarka pozostała zepsuta i straty ponosi prawie całe społeczeństwo.

Autorka domaga się większego interwencjonizmu władz państwowych, by aktywnie kształtowały nowe oblicze rynków. Jej zdaniem, świat stracił okazję, aby to zrobić w 2008 roku, ale „los dał mu kolejną szansę.” Przekonuje, że pomoc powinna trafić jedynie do tych korporacji, które zobowiążą się chronić interes publiczny i będą rozwiązywać problemy społeczne, przyspieszając proces dekarbonizacji gospodarki.

Autorka chce powiązania wypłaty dotacji z ograniczeniem emisji dwutlenku węgla i nieukrywaniem zysków w rajach podatkowych.

Dodaje, że rządy zbyt długo „uspołeczniały ryzyko, ale prywatyzowały nagrody.” Innymi słowy ratowało się duże firmy prywatne na koszt podatników i ci ostatni nie mieli z tego żadnych korzyści.

Kryzys COVID-19 miałby więc być okazją do „wyrównywania tej nierównowagi poprzez nowy styl zawierania umów, który zmusi przedsiębiorstwa objęte programem ratunkowym do działania bardziej w interesie publicznym i pozwoli podatnikom na udział w korzyściach płynących  z sukcesów tradycyjnie przypisywanych wyłącznie sektorowi prywatnemu.”

Mazzucato obawia się, że jeśli rządy nie skupią się na kształtowaniu nowego systemu ekonomicznego, to wzrost gospodarczy, który nastąpi po kryzysie nie będzie ani sprzyjający włączeniu, ani zrównoważony, doprowadzając do kolejnego krachu.

Autorka przypomina o negatywnym zjawisku finansjalizacji gospodarki, polegającej na inwestycjach zysków finansowych z powrotem w finanse (banki, firmy ubezpieczeniowe i nieruchomości), a nie w infrastrukturę czy innowacje. Przykładowo, brytyjskie banki pożyczają jedynie dziesięć procent kapitału firmom niefinansowym. Reszta przeznaczana jest na nieruchomości i aktywa finansowe.

W gospodarkach państw rozwiniętych jeszcze w latach 70. kredyty na zakup nieruchomości stanowiły około 35 proc. wszystkich kredytów bankowych. A już w 2007 r. poziom kredytów na zakup nieruchomości wzrósł do około 60 procent. Finansjalizacja powoduje spiralę zadłużenia i spekulacje, które w razie krachu kończą się ratowaniem systemu finansowego przez rządy i produkcją pustego pieniądza.

Mając obsesję na punkcie kwartalnych zwrotów i cen akcji, menedżerowie korporacji  nagradzają akcjonariuszy, skupując akcje i sztucznie zawyżając ich cenę. W ciągu ostatniej dekady firmy z listy Fortune 500 skupiły własne akcje o wartości ponad 3 bilionów dolarów.

Rządy ratują duże firmy kosztem podatników i kosztem wydatków na poprawę chociażby opieki zdrowotnej. Kryzys finansowy np. był spowodowany nadmiernym napływem kredytów do sektora nieruchomości i sektora finansowego, zwiększającym bańki aktywów i zadłużenie gospodarstw domowych.

Chociaż Mazzucato słusznie diagnozuje patologie obecnego systemu gospodarczego, nie proponuje jednak rozwiązania innego niż dekarbonizacja gospodarki, większy interwencjonizm władz państwowych, przejęcie przez państwo, czyli de facto polityków będących u steru, aktywów prywatnych i tak dalej.

Domaga się natychmiastowego zaprzestania wspierania paliw kopalnych m.in. poprzez zniesienie preferencyjnych zwolnień podatkowych, likwidacji niektórych gałęzi gospodarki, wprowadzenie nowych podatków, w tym od emisji dwutlenku węgla na całym świecie i oficjalnej listy inwestycji, które uznawane będą za ekologiczne.

Chce rozprawienia się z dużymi koncernami farmaceutycznymi, zawyżającymi ceny leków i prywatyzującymi nie tylko owoce badań, ale także same narzędzia do ich prowadzenia, mimo iż skorzystały z rozległych dotacji rządowych.

Postuluje również uregulowanie sytuacji koncernów Big Tech. Google, zanim stał się sławny, uzyskał ogromną pomoc od rządu USA na rozwój technologii wysokiego ryzyka w celu znalezienia algorytmu wyszukiwania. Marynarka wojenna USA zrobiła to samo w przypadku technologii GPS, od której zależy Uber. A Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych Obrony, część Pentagonu, wspierała rozwój Internetu, technologii ekranu dotykowego, Siri i każdego innego kluczowego komponentu iPhone’a.

To podatnicy podejmowali ryzyko, inwestując w te technologie, jednak większość firm technologicznych, które odniosły korzyści, uznaje to za prywatny sukces i godzi w interesy tychże podatników. Dlatego autorka wskazuje, że technologia finansowana ze środków publicznych powinna być lepiej zarządzana przez państwo – a w niektórych przypadkach nawet należeć do niego. Dodaje, że dostęp do Internetu powinien być prawem, a nie przywilejem.

Domaga się zmian definicji w ekonomii dot. wartości,  która nie powinna być powiązana z ceną, by móc zapewnić bardziej sprawiedliwą dystrybucję korzyści ekonomicznych z innowacji finansowanych przez sektor publiczny. Autorka sugeruje dalszą cyfryzację gospodarki, szczególnie sektora publicznego i niemal pełne zatrudnienie, wprowadzenie wyższych zasiłków i lepszej ochrony pracy, ustanowienie tzw. dochodu podstawowego i dywidendy obywatelskiej.

Przekonuje, że państwo musi zawrzeć inny rodzaj umów z podmiotami prywatnymi. Powinno być czymś w rodzaju „państwa przedsiębiorczości”, by nie tylko narażać się na ryzyko w związku z inwestycjami w nowe technologie, ale by móc także czerpać korzyści z ewentualnego sukcesu wspieranego podmiotu prywatnego.

Przykładowo rząd USA wsparł firmę zajmującą się energią słoneczną Solyndra, która otrzymała gwarantowaną pożyczkę w wysokości 535 mln dol. od Departamentu Energii, ale szybko zbankrutowała i stała się synonimem niezdolności rządu do wybierania zwycięzców. Mniej więcej w tym samym czasie Departament Energii udzielił pożyczki w wysokości 465 mln dol. Tesli, która przeżyła gwałtowny wzrost. „Podatnicy zapłacili za niepowodzenie Solyndry, ale nigdy nie zostali wynagrodzeni za sukces Tesli. Żaden szanujący się inwestor kapitału podwyższonego ryzyka nie ukształtowałby inwestycji w ten sposób. Co gorsza, Departament Energii ustrukturyzował pożyczkę Tesli w taki sposób, aby otrzymała trzy miliony udziałów w firmie, gdyby Tesla nie była w stanie spłacić pożyczki (…) Ale dlaczego rząd miałby chcieć udziału w upadającej spółce? Mądrzejszą strategią byłoby zrobienie czegoś odwrotnego i poproszenie Tesli o zapłacenie trzech milionów akcji, gdyby była w stanie spłacić pożyczkę. Gdyby rząd to zrobił, zarobiłby dziesiątki miliardów dolarów, gdy cena akcji Tesli rosła (…) Te pieniądze mogłyby pokryć koszty niepowodzenia Solyndry i wiele zostałoby na następną rundę inwestycji” – wyjaśnia autorka.

Jej zdaniem rządy muszą także rozważyć, jak wykorzystać zyski ze swoich inwestycji do promowania bardziej sprawiedliwej dystrybucji dochodów. Przekonuje, że „nie chodzi o socjalizm” ale „zrozumienie źródła kapitalistycznych zysków.”

Stąd propozycja powszechnego dochodu podstawowego, w ramach którego wszyscy obywatele otrzymywaliby równe wynagrodzenie od rządu, niezależnie od tego, czy pracują. A nawet lepszym rozwiązaniem, jej zdaniem, byłaby
„dywidenda dla obywatela.” Zgodnie z tą polityką rząd bierze procent z bogactwa stworzonego dzięki inwestycjom rządowym, umieszcza te pieniądze w funduszu, a następnie dzieli się uzyskanymi zyskami z ludźmi.

Dywidenda obywatelska pozwalałaby na dzielenie się dochodami ze współtworzonego bogactwa z większą społecznością – niezależnie od tego, czy bogactwo to pochodzi z zasobów naturalnych, które są częścią wspólnego dobra, czy z procesu, takiego jak publiczne inwestycje w leki lub technologie cyfrowe, powstałe wskutek zbiorowego wysiłku.

Taka gospodarka – w której politycy decydowaliby o rozdziale dóbr, a także o gałęziach gospodarki, które miałyby się rozwijać, rozdzielając dotacje i likwidując niektóre branże – miałaby sprzyjać tak zwanemu „włączaniu społecznemu” i być bardziej zrównoważona. Wymaga ona niezwykłej współpracy publiczno-prywatnej, jakiej jeszcze nie było. Obecny kryzys covidowy powinien – według autorki – być wykorzystany, by przestawić gospodarkę światową na nowe tory.

Źródło: foreignaffairs.com

AS

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2020-10-02)

 


 

KOMENTARZ BIBUŁY: Dobrymi przykładami “uspołeczniania ryzyka i prywatyzowania nagrody” są kariery “założycieli” dzisiejszych firm-gigantów, takich jak Facebook czy – wspomniany w tekście – Google. Przypomnijmy co pisaliśmy o tych zjawiskach przed laty, bo jakoś nikt z “niezależnych” dziennikarzy nie kwapi się pociągnąć wątek.

 

Tylko naiwny, leming, idiota – niepotrzebne skreślić lub dopisać coś bardziej dosadnego – dalej sądzi, że taki wielki rozrost firm w rodzaju Facebooka, Googla czy innych, są jedynie efektem jakichś młodocianych geniuszy. Prawda, niestety, jest bardziej złożona. Bowiem w dzisiejszych czasach największą wartość – tą konkretną przełożoną na pieniądze, ale i tą niewymierną – wcale nie mają materialne towary, lecz dane, dane, dane, różnego rodzaju dane, informacje, ich przetworzone na konkretne potrzeby aplikacje, itp. Dla przykładu, niejednokrotnie tworzone są firmy-wydmuszki oferujące darmowe produkty (lub za ułamkową cenę wartości rynkowej), po to tylko aby pozyskać dane osobowe nabywcy. Potem, w wielohektarowych halach nikomu nieznanych z nazwy firm-gigantów, intensywnie pracuje miliony serwerów mających jedynie za cel przetworzenie zdobytych – legalnie, półlegalnie czy po prostu nielegalnie – danych o indywidualnych użytkownikach czy określonych grupach.

Bajki o tym jakoby kilku studentów, ot tak, samorzutnie utworzyło największe firmy na świecie, są dalej w powszechnym użyciu, a sprawcy cieszą się nie tylko pieniędzmi, władzą ale i szacunkiem. A przecież wiadomo, że np. Google powstał przy pomocy finansowej i przy wsparciu DARPA (Defense Advanced Research Projects Agency – Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności), czyli Agencji Departamentu Obrony USA, odpowiedzialnej m.in. za sfinansowanie pierwszych badań nad stworzeniem Internetu, najnowocześniejszych broni, czy… dzisiaj opracowywanych autonomicznych samochodów (stąd rozrost takiej firmy jak Uber). Z takimi firmami jak Google czy Facebook jest właśnie tak jak można było sobie przeczytać w niejednym “konspiracyjnym” opowiadaniu science-fiction: rządowe inwigilacyjne agencje typu NSA uznały, że łatwiej będzie zebrać dane ludzi przy użyciu popularnych narzędzi zabawowo-komunikacyjnych niż przy pomocy “klasycznej” acz technologicznie zaawansowanej metody wywiadowczej. Sfinansowano więc projekty Google’a (i Facebooka) i rozpostarto parasol ochronny nad przydatnymi dla wywiadu firmami.

A propos: czy nie powinno dać nieco do myślenia, że dzisiejsze giganty wywiadowcze założone zostały przez Żydów? Larry Page (matka żydówka), Sergey Brin (rodzice – rosyjscy żydzi, żona – żydówka polskiego pochodzenia), Mark Zuckerberg, Eduardo Saverin czy Dustin Moskovitz… można wymieniać. Ale przecież to tylko przypadek, wszak jedynie żydowscy studenci są tacy zdolni…

Eksperymenty socjotechniczne trwają na polu biznesu i nauki. Poniżej, przypominamy jeszcze nasz Komentarz pod jednym z wpisów sprzed kilku laty, który również pokazuje złożoność problemu i tego, że wiele tzw. badań naukowych to zakamuflowane badania militarne.

 

Operacja Azorian

Prowadzenie szpiegowsko-militarnych działań pod przykrywką badań naukowych, nie jest nowością, a wręcz przeciwnie: stanowi stały repertuar setek projektów i operacji, od “szukania obcych inteligencji”, przez “badania leków przeciwko AIDS”, do super-kosztownych “badań kosmosu”. Łatwo bowiem ukryć szpiegowskie badania i związane z nimi monstrualne wydatki pod zasłoną “badań naukowych”, które dla współczesnych społeczeństw stanowią często sens sam w sobie, i na które jest przyzwolenie.

Przypomnijmy tylko jedną z ujawnionych tajnych operacji, prowadzonych pod przykrywką badań naukowych. Oto gdy w 1968 roku sowiecki okręt podwodny K-129, posiadający torpedy z głowicami atomowymi, doznał awarii i zatonął u wybrzeży Hawajów, agencja CIA zlokalizowała miejsce katastrofy i zdecydowała się na wydobycie wraku. Aby jednak nie wzbudzić żadnych podejrzeń, uczyniono to oczywiście pod pozorem badań naukowych. W tym celu zwrócono się do Howarda Hughes – wtenczas jednego z najbogatszych ludzi na świecie, właściciela wielu korporacji – aby w ramach jednej ze swoich przedsięwzięć użyczył nazwy, pod którą zbudowano specjalny statek mający jeden jedyny cel: wydobycie z głębin wraku sowieckiej łodzi podwodnej. Hughes przyjął propozycję CIA i w stoczni w Pennsylvanii zbudowano kosztem 350 milionów dolarów (ile to na dzisiaj: dwa miliardy dolarów?) statek GFS Glomar Explorer, będący oficjalnie ogromnym statkiem badawczym “do badań geologicznych dna morskiego”. Cały świat naukowy cmokał z uznaniem jakie to narzędzie posiedli naukowcy amerykańscy i ileż to ludzkość dowie się z badań głębin oceanu.

Operacja udała się tylko połowicznie, bowiem podczas wydobywania łodzi podwodnej pękła ona na kilka części, lecz mimo tego wywiad pozyskał wiele cennych informacji o konstrukcji łodzi.

Sprawa wyszła na światło dzienne już w 1975 roku, a później wszyscy bez wyjątku szefowie firmy Global Marines, tej właśnie która prowadziła “badania naukowe”, zeznawali, że okręt Glomar Explorer w praktyce nie nadawał się do niczego innego niż do tego do czego został zaprojektowany, czyli do wydobycia łodzi podwodnej (“okręt nie mógł być użyty w jakichkolwiek zadaniach badawczych prac oceanicznych, przy zachowaniu sensu ekonomicznego”).

Przykład operacji Azorian, w ramach której zbudowano okręt Glomar Explorer i wydano 800 milionów dolarów (według dzisiejszych przeliczników stanowi prawie 4 miliardy dolarów – czytaj: przetraconych pieniędzy podatników), to tylko jeden z wielu tego typu projektów szpiegowskich.

Uważajmy zatem na doniesienia prasowe, gdy mowa w nich o ekscentrycznych a kosztownych “badaniach naukowych”, jakichś “eksploracjach kosmosu”, szukania “śladów życia na Marsie”, szukania “innych cywilizacji w kosmosie”, bądź o innych bzrdurach, bowiem można być pewnym, że są one operacjami maskującymi inne zadania specjalne.

Bowiem: teorie konspiracji to nie bajki, nie wymysły, lecz nieustannie wcielane w życie konkrety, a wojna wywiadów trwa w najlepsze. Również wojna przeciwko społeczeństwom, prowadzona przez bezimienne, ukryte, najpotężniejsze mafie i loże, dla których oficjalnie i “demokratycznie” wybrani przedstawiciele rządowi stanowią jedynie wygodną maszynkę wykonywania poleconych zadań.

 


 

Tags: , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=119059 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]