Szumowski na aucie. Koniec medycynizmu władzy?

Co oznacza dymisja ministra Łukasza Szumowskiego dla losów polityki walki z epidemią koronawirusa? Czy mamy spodziewać się jakiejś zmiany na lepsze?

Rezygnacja ministra Łukasza Szumowskiego cieszy każdego, kto dostrzegał kompletny chaos w antyepidemicznej polityce państwa. Nie cieszy jednak jej uzasadnienie. Zamiast wyznać, że popełnił szereg błędów, nie potrafił komunikować się społeczeństwem, by zapanować nad chorobą COVID-19 i jej negatywnymi skutkami dla służby zdrowia, Szumowski przyznał, że… jest zmęczony. I to zmęczenie towarzyszy mu od kilku miesięcy.

Zauważmy zatem: minister podejmował wiele ważnych dla naszych losów decyzji, będąc przemęczonym i oczekując rychłego przyjęcia dymisji. Czy ta, podjęta wiele tygodni temu, decyzja, nie miała wpływu na jego posunięcia w zakresie walki z koronawirusem? Czy nie podejmował działań, w przekonaniu, że w gruncie rzeczy i tak niebawem wycofa się z kierowania resortem w okresie, było nie było, rzekomo kluczowym dla losów walki z nowym wirusem? Przecież profesor Szumowski od długiego czasu przekonywał nas, iż wiosna to wiosna, ale jesień… no, wtedy to się dopiero będzie działo.

Pytanie o to, jak wyglądało w ostatnim czasie zarządzanie resortem zdrowia pozostaje zatem otwarte. Z licznych informacji, które dotarły do nas m.in. dzięki kontroli poselskiej polityków opozycji, wiemy, że na te kluczowe miesiące „drugiej fali epidemii” jesteśmy przygotowani wcale nie lepiej niż na początku tego roku. Respiratorów jest zaledwie niewiele więcej niż przed kilkoma miesiącami, nie mamy też żadnych danych dotyczących ewentualnościowych planów szybkiego budowania szpitali polowych na wypadek wzrostu liczby chorych wymagających hospitalizacji. W zamian dostrzegamy kompletnie zdewastowaną przez koronapanikę służbę zdrowia, która obłąkana żądaniem robienia testów każdemu pacjentowi, stała się wręcz twierdzą, do której niemal nie sposób się dostać. Nie dalej jak kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że zmarła kobieta w ciąży, której nie przyjęto do szpitala pomimo nagłego pogorszenia stanu zdrowia m.in. dlatego że… nie miała zrobionych testów na SARS-Cov-2. I, proszę mi wierzyć, nie jest to ani pierwszy ani ostatni punkt czarnej księgi służby zdrowia czasów zarazy.

Bądźmy jednak szczerzy: winni tej sytuacji nie są lekarze, lecz procedury. Cała machina bowiem została skierowana na walkę z epidemią. Czy naprawdę dlatego trzymano nas w zamknięciu przez wiele tygodni, byśmy dzisiaj dowiadywali się, że polskie szpitale nie radzą sobie z dwoma tysiącami hospitalizowanych i 82 osobami na intensywnej terapii?

Czas sprzątania?

Minister Szumowski odchodzi zatem w czasie wielkiego chaosu, panującego w polskiej służbie zdrowia. I odchodzi jako jego główny winowajca. A w dodatku dość niepokojąco przyznaje, że tak naprawdę rezygnację składał już dawno, ale premier nie wyrażał na nią zgody.

Walka z koronawirusem, jaką deklaruje resort zdrowia, jest – to widać doskonale – walką pozorowaną, opierającą się przede wszystkim na nieustannym sianiu paniki wśród obywateli

. Kupiony przez rząd czas w okresie kwarantanny został wymieniony na respiratory, których większość nigdy do nas nie dotarła i już nie dotrze, oraz trefne maseczki, które przyleciały do Polski ogromnym samolotem, hucznie witane przez panów Szumowskiego i Morawieckiego.

A zatem być może dymisja Szumowskiego oznacza, że nadchodzi koniec polityki medycynizmu? Być może w końcu nadchodzi czas, gdy resort zdrowia przestanie odgrywać zasadniczą rolę w kreowaniu polityki państwa – w ostatnich tygodniach zresztą wpływy ministra zdrowia w obozie władzy topniały – i wreszcie zacznie się oczekiwany przez wielu okres sprzątania po tej nieszczęsnej wojnie?

Film klasy C

Niestety, niewiele na to wskazuje. Sierpień rząd przywitał ogłoszeniem kolejnych obostrzeń, stanowiących w gruncie rzeczy namiastkę powrotu do absurdalnych procedur, jakimi katowano nas w marcu i kwietniu. Wprowadzanie jakichś żółtych i czerwonych stref, zmienianie kolorków na obszarze Polski co kilka dni i wysyłanie ostrzeżeń do kolejnych powiatów, że jeśli ludzie będą tam niegrzeczni to teren, na którym mieszkają, zostanie pomalowany na jedną z dwóch napawających grozą barw, brzmiał jak fragment scenariusza pseudoapokaliptycznego filmu taniej klasy C. A jednak, zrobiono to. Znów zamykano kluby fitness, deklarując, że ludzie nie robią tam niczego sensownego oprócz sapania na siebie nawzajem czy ograniczano ilości osób w restauracjach. A to wszystko zaledwie na parę dni, aż tu nagle „cyk” i kolorek zmieniony na zielony, „cyk” i już jest żółty…

Nie ma sensu dłużej znęcać się nad całą tą „grą w kolorki” czyli kolejnym, rzekomo nowym i genialnym, pomysłem resortu zdrowia na walkę koronawirusem. Dość powiedzieć, że żyrował go premier Mateusz Morawiecki a zatem niewiele wskazuje na to, by cokolwiek w najbliższych tygodniach miało się zmienić. Szczególnie, że resort zdrowia raczej nie ma wielkiego szczęścia do dobrych gospodarzy.

Jeśli zatem ktoś sądzi, że odejście ministra Szumowskiego zwiastuje choćby odrobinę bardziej racjonalną politykę państwa wobec pandemii koronawirusa, niech prędko porzuci te marzenia. Pisałem to już w jednym z tekstów, iż pomysł obecnej władzy na metody walki z rozprzestrzenianiem się wirusa to nie tylko kwestia osobowości byłego już szefa resortu zdrowia, ale sprawa rozumienia przez obecną władzę roli państwa w życiu obywatela. I kropka.

Miejmy tylko jedną nadzieję: być może nowy szef resortu nieco zracjonalizuje przynajmniej działalność służby zdrowia, wyciągając lekarzy z matni koronapaniki, w jaką wpędził ją odchodzący pryncypał. Jeśli tak się nie stanie, pozostaje pytanie, dlaczego w dalszym ciągu mamy płacić przymusową składkę zdrowotną, skoro publiczna służba zdrowia właściwie nie jest w stanie nam pomóc lub nieustannie straszy nas epidemią, by przypadkiem nie przyszło nam do głowy zgłosić się do szpitala. Rząd musi być świadomy tego, iż lada moment postawione zostaną twardo postulaty racjonalizacji usług publicznych. Ich jakość w czasach walki z koronawirusem, pozostawia wiele do życzenia. I stan ten budzi negatywne emocje Polaków.

A zatem bez wielkich nadziei, ale jednak z oczekiwaniem zmiany na lepsze, oczekuję rządów nowego ministra. Czy będzie choć trochę lepiej, czas pokaże.

Tomasz Figura

[Wybrane wypowiedzi internautów pod w/w tekstem na stronie źródłowej:]

Podsumowanie jest zenujace. Taka pandemia jaki minister! Najgorsze, ze ta pandemia na calym swiecie oglupia ludzi strachem.
Trad

Zagladajcie na sciezke legislacyjna nowelizacji druk 539. To dopiero szykuje nam się zamordyzm
Druk 539

Być może zostaną pociągnięci do odpowiedzialności jeszcze za życia, kto wie.
Gość

To dopiero początek. Chcą robić 60 000 niezweryfikowanych testów dziennie. Będzie masowe internowanie do aresztu domowego i więzień szpitalnych całych rodzin i zakładów pracy. Rozpoczyna się drugi o wiele bardziej brutalny etap walki z polskim narodem.
Ćma

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2020-08-18)

 


 

Dr Mariusz Błochowiak: utożsamianie zarażonego koronawirusem z chorym jest manipulacją

Źadnego ponadprzeciętnego zagrożenia nie ma. Moim zdaniem, mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki”, jak przy świńskiej grypie. Wówczas niektóre rządy państw zawarły tajne porozumienia z firmami farmaceutycznymi, że w przypadku, gdy WHO ogłosi pandemię szóstego stopnia, to rządy będą zobowiązane do kupienia m.in. szczepionek. I tak też się stało. Polska na szczęście nie kupiła niepotrzebnych szczepionek, ale np. Niemcy tak. Wiele z nich trafiło do kosza, a utylizacja kosztowała ćwierć miliarda euro – mówi w rozmowie z PCh24.pl dr Mariusz Błochowiak, współautor książki „Fałszywa Pandemia”

Dlaczego posługuje się Pan zwrotem „fałszywa pandemia”? Skąd twierdzenie, że „tak zwana pandemia koronawirusa to jeden wielki przekręt”?

Pandemia kojarzy się z czymś wyjątkowym i taka też była jej definicja jeszcze przed wybuchem skandalu ze świńską grypą. Wówczas WHO ogłosiło epidemię szóstego stopnia pomimo tego, że była to jedna z najłagodniejszych fal grypy, jak twierdzi dr med. Wolfgang Wodarg. A był on przewodniczącym komisji śledczej powołanej po to, żeby wyjaśnić ten skandal. Wyszło wówczas na jaw, że WHO zmieniło definicje pandemii. Poprzednia definicja związana była z dużą liczbą zgonów i ciężkich zachorowań, a zmieniono ją na szybko rozprzestrzeniającego się, nowego zarazka.

Jest to wielki przekręt, ponieważ śmiertelność koronawirusa jest na poziomie grypy sezonowej i to wcale nie tej najgorszej. A przecież w przypadku grypy nie mówimy ani o epidemii, ani nie wprowadzamy obostrzeń. Media też się tym tematem nie interesują.

Z czym w związku z tym mamy do czynienia? Przecież sytuacja na świecie związana z koronawirusem wypełnia definicję „pandemii” sformułowaną przez Światową Organizację Zdrowia?

Tak, wypełnia nową definicję. I co z tego? Źadnego ponadprzeciętnego zagrożenia nie ma. Moim zdaniem mamy do czynienia z „powtórką z rozrywki”, jak przy świńskiej grypie. Wówczas niektóre rządy państw zawarły tajne porozumienia z firmami farmaceutycznymi, że w przypadku, gdy WHO ogłosi pandemie szóstego stopnia, to rządy będą zobowiązane do kupienia m.in. szczepionek. I tak też się stało. Polska na szczęście nie kupiła niepotrzebnych szczepionek, ale np. Niemcy tak. Wiele z nich trafiło do kosza, a utylizacja kosztowała ćwierć miliarda euro, jak informuje prof. med. Sucharit Bhakdi, który wraz z dr. Wodargiem protestował przeciwko tym szczepionkom, jako zupełnie niepotrzebnym.

Media głównego nurtu codziennie podają „liczbę zarażonych”? Co oznacza, że ktoś jest zarażony koronawirusem? Czy zarażony jest jednocześnie chory na COVID-19?

Nie możemy być pewni nawet tego, że ktoś jest zarażony, a jedynie, że zrobiono mu test i wyszedł pozytywny. Ponieważ jednak testy nie są zwalidowane, czyli naukowo sprawdzone, co tak naprawdę badają, to nie możemy być pewni, że ktoś jest zarażony i do tego zarażony akurat SARS-Cov-2. W Tanzanii sprawdzono wiarygodność testów i okazało się, że wyszedł pozytywny u papai i kozy. Testy PCR są po prostu niewiarygodne.

Utożsamianie zarażonego z chorym jest jedną z wielkich manipulacji wywołującej strach w społeczeństwie. Ktoś zakażony tym wirusem może nie mieć żadnych objawów chorobowych. I tak jest z większością populacji.

Skąd twierdzenie, że statystyki dotyczące zmarłych na koronawirusa są fałszowane? Dlaczego poza kilkoma naukowcami i specjalistami, których głos można przeczytać na kartach książki „Fałszywa pandemia” mało kto nie boi się powiedzieć, że liczba zgonów w ostatnich miesiącach ma również inne podłoża, jak zły stan służby zdrowia, struktura wiekowa społeczeństwa, wszechobecna panika etc.?

O fałszowaniu statystyk mówią naukowcy i lekarze z wielu krajów. Na błędne przypisywanie przyczyn zgonów koronawirusowi zwrócił uwagę np. wspominany prof. Bhakdi w swoim słynnym liście do kanclerz Merkel, który przetłumaczyłem na polski, ale rządzących i naukowców w Polsce nie poruszył, przynajmniej publicznie. Niech da do myślenia fakt, że we Włoszech po ponownym przejrzeniu kart zgonów uznano, że śmierci z powodu koronawirusa można przypisać być może jedynie 12 proc. tych zmarłych, których wcześniej zaklasyfikowano jako zmarłych z powodu koronawirusa.

Część naukowców i lekarzy wierzy zapewne, że mamy do czynienia z pandemią, a pozostali wolą siedzieć cicho, żeby się nie narażać władzy czy rektorom coraz bardziej zideologizowanych uczelni. Poza tym chodzi o różnorakie korzyści, jak np. pieniądze na badania, aplikacje do śledzenia ludzi, itp. Jeśli rząd daje pieniądze to można robić masę naukowych, niepotrzebnych badań. Dr Wodarg mówi o takich naukowcach „dworacy”, którzy kręcą się wokół rządu i podlizują władzy, chcą być zauważeni i oferują swoja niepotrzebną pomoc. Podobnie sądzi prof. Bhakdi, który bez ogródek mówi o tym, że nauka jest tak samo skorumpowana jak polityka. UE daje 10 milionów euro na badanie koronawirusa i można się o te pieniądze ubiegać i robić badania, które są niepotrzebne. Albo potrzebne do zrobienia szczepionki, która jest w przypadku koronawirusa zupełnie bezsensowna, jak twierdzi prof. Bhakdi. Wraz z Wodargiem uważali dekadę temu, że szczepionki na świńską grypę są tak samo bezsensowne. Jak się później okazało mieli wówczas rację.

Jaka jest rzeczywista śmiertelność SARS-CoV-2, jeśli chodzi o stosunek liczby zgonów do liczby wszystkich zakażonych? Jakie są to liczby i jak mają się one do śmiertelności wywołanej na przykład grypą sezonową? 

Jest na poziomie od 0.02 do 0.4 proc., ale oczywiście wraz z postępem badań te dane mogą zostać bardziej doprecyzowane. W każdym razie nie jest to 3,4 proc., jak mogliśmy usłyszeć na początku „pandemii” z ust przedstawicieli WHO. Grypa sezonowa może mieć różne wartości śmiertelności, bo przecież wirusy mutują i jedne mogą i są bardziej zjadliwe niż inne. I tak np. ta wartość może być np. 0.1 lub 0.2, ale był też sezon, gdzie miała wartość ponad 1 proc.! A zatem znacząco więcej niż SARS-cov-2 i nie było żadnego lockdownu, nie było w ogóle tematu.

Z czym w związku z tym mamy do czynienia? Czy przytoczone przez Pana dane świadczą o tym, że wirus SARS-CoV-2 nie jest groźny, a może raczej nie tak groźny jak przedstawiają to największe światowe media?

Pamiętając o wszystkich problemach z testami i fałszowaniem statystyk o ryzyku można mówić głównie w przypadku osób starych i bardzo starych, które mają choroby towarzyszące i obniżoną odporność. Dla większości społeczeństwa, jak mówi specjalista medycyny sądowej, który przeprowadzał sekcje zwłok osób, u których wykryto koronawirusa, prof. med. Klaus Püschel, jest to niegroźna infekcja wirusowa. W ciałach zmarłych nie widzi on żadnym zmian, które by się różniły od zmian powodowanych przez inne infekcje wirusowe.

Nota bene Püschel wykonał ponad sto sekcji zwłok osób, u których stwierdzono koronawirusa i nie znalazł żadnej (!) osoby bez jednej lub kilku chorób współistniejących. Tymczasem polskie Ministerstwo Zdrowia w oficjalnym piśmie poinformowało, że 200 osób zmarło na koronawirusa nie mając chorób współistniejących, co stanowiło wówczas 20 proc. (!) wszystkich zmarłych rzekomo z powodu koronawirusa. Jak Ministerstwo to ustaliło, skoro nie wykonuje się u nas sekcji zwłok? Dlatego uważam, że Ministerstwo zdrowia kłamie.

Wracając do pytania, należy chronić osoby z grupy ryzyka, ale to nic nadzwyczajnego, bo tak trzeba też czynić w przypadku np. grypy. Kwarantanna zaś całego społeczeństwa i osób (w tym dzieci), gdzie ryzyko jest pomijalnie małe, jest absurdem i dodatkowo powoduje zgony w ramach skutków ubocznych walki z „epidemią”. Zamykanie szkół czy uczelni i obawa o zdrowie dzieci jest zupełnie nieuzasadniona naukowo.

Dlaczego przedstawione w książce „Fałszywa pandemia” badania specjalistów z Francji i Niemiec, którzy szczegółowo przeanalizowali wszystkie dostępne dane w związku z koronawirusem są przemilczane? Dlaczego nikt nawet nie chce się zająknąć o możliwości jakiejkolwiek debaty w tej sprawie? Dlaczego, jeśli nawet okazałyby się one nieprawdziwe, nie ma ekspertów, którzy przedstawiliby własne badania pokazujące, że cytowani w książce specjaliści się mylą?

Cui bono? Kto odnosi korzyść? Już o tym mówiłem wcześniej, o różnych korzyściach. Poza tym presja mainstreamu i pokusa płynięcia z jego nurtem jest silna i wygodna. To jest też kwestia odwagi, osobowości.

Czy podobne analizy przeprowadzono na podstawie informacji m. in. z Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Brazylii etc. Przecież media codziennie informują nas o tysiącach zmarłych i dziesiątkach tysięcy zarażonych koronawirusem. Czy w tych krajach śmiertelność związana z SARS-CoV-2 również w rzeczywistości oscyluje na poziomie 0,02-0,4 proc.?

W tej publikacji, w której podano ten zakres, badano m.in. stan Rio Grande do Sul w Brazylii i Santa Clara w Kalifornii. Oczywiście mogą być regiony w krajach, które są bardziej dotknięte niż inne. Podałem wcześniej przykład dużego przeszacowania z Włoch z kartami zgonów. Jeśli we Włoszech tak było, to dlaczego nie w USA czy Brazylii? Dopóki wiec dane nie będą rzetelnie sprawdzone, o ile to w ogóle będzie możliwe, nie ma się co podniecać medialnymi doniesieniami o rzekomo wielkiej liczbie zgonów czy zachorowań z powodu koronawirusa. A na liczby zakażonych w ogóle nie ma co zwracać uwagi, bo co z tego, że ktoś jest zarażony i nie ma objawów? Nie jest przecież obciążeniem dla szpitala i najprawdopodobniej w ogóle nie zaraża innych.

Trzeba też sobie uświadomić, że np. w sezonie zimowym 2017/2018 roku podczas ciężkiej fali grypy dochodziło do przeciążenia szpitali w USA. Stan Alabama ogłosił stan wyjątkowy. Natomiast w Hiszpanii i we Włoszech dochodziło do kolapsu szpitali, ale wtedy media się tym nie interesowały. A dzisiaj przedstawia się nam w mediach tę sytuację jako wyjątkową. A żeby coś określić jako wyjątkowe trzeba to porównać, mieć właściwy punkt odniesienia, bo inaczej ulegamy manipulacji.

Poza tym powinniśmy skupić się głównie na Polsce i naszym społeczeństwie. U nas nie ma najmniejszego problemu ani ze szpitalami ani z wysoką śmiertelnością. Nie jesteśmy Włochami czy Hiszpanią. Analizujmy swoją sytuację i nie dajmy się nabierać na nieuprawnione stwierdzenia typu „żeby u nas nie było tak, jak we Włoszech”.

Co do mediów, to dla nich zła wiadomość to dobra wiadomość. Poza tym nie oszukujmy się, znaczna część dziennikarzy przekazuje informacje bezkrytycznie w sprawie „epidemii” nic chyba z tego nie rozumiejąc. Szkoda, że są to też w Polsce w przytłaczającej większości media tzw. prawicowe i katolickie.

Jak ocenia Pan reakcję polskiego społeczeństwa? Powiem szczerze, że rozumiem panikę wielu naszych rodaków, którzy w pewnym momencie na każdym kanale informacyjnym mogli zobaczyć dramatyczne i przerażające materiały z włoskiej Lombardii, gdzie jak podawano, „dziesiątki trupów leżą na każdej ulicy”.

Społeczeństwo można łatwo zmanipulować, ponieważ ludzie nie są nawykli do statystycznego i naukowego myślenia. I nie trzeba ich za to winić. Winić należy elity, naukowców i lekarzy, którzy milczą. Ryba psuje się od głowy, a stado bez pasterzy nie wie, dokąd ma iść. Także jak najbardziej rozumiem, że ludzie się wystraszyli. Zwłaszcza ci, którzy mieli i mają prane mózgi przez telewizorami. Z drugiej strony wystarczy rozejrzeć się po znajomych i na ulicach i samemu można stwierdzić, czy trup ściele się gęsto czy nie. Czy szpitale są przepełnione czy puste. A propos Włoch, to media donosiły, siejąc panikę, że tak wielu lekarzy umiera we Włoszech. Jednak po naukowym badaniu śmiertelności personelu medycznego we Włoszech, wybitny epidemiolog prof. med. John Ioannidis doszedł do wniosku, że umieralność personelu medycznego w tym kraju jest na poziomie grypy sezonowej. Niech nam to da do myślenia.

Jak ocenia Pan obecną sytuację w Polsce: „żółte” i „czerwone” powiaty, kolejne dobowe rekordy zarażonych, projekty nowych obostrzeń etc.?

To są jakieś kompletne bzdury nieuzasadnione naukowo. A jeśli rząd uważa inaczej, to niech przedstawi dowody naukowe, że to ma sens, bo to na nim spoczywa ciężar dowodu. I po co to robić, skoro nie ma zupełnie takiej potrzeby? Róbmy też projekty i obostrzenia z powodu grypy, cukrzycy, chorób układu krążenia i dobowe rekordy zgonów w wypadkach samochodowych, samobójstw i z powodu nowotworów. I sumujmy te wszystkie zgony, najlepiej od II wojny światowej, albo od chrztu Polski. Liczby będą robić piorunujące wrażenie. Źyjmy całe życie, jak w jednym wielkim szpitalu.

Rządzący uważają, że świetnie radzą sobie z sytuacją. Z drugiej strony media sprzyjające opozycji głoszą, że jest beznadziejnie, a nawet sugerują, że konieczne jest jeszcze mocniejsze dokręcanie śruby. Czy to jedyna alternatywa dla Polski? Czy nie moglibyśmy zrobić tego co Szwedzi, którzy nie zamykali kraju u gospodarki, a pod wieloma względami lepiej radzą sobie z trwającym kryzysem?

Rządzący chyba zawsze twierdzą, że sobie świetnie radzą z problemami. Oczywiście, że moglibyśmy zrobić to, co Szwedzi i zaraz po zorientowaniu się, że nie mamy do czynienia z wyjątkowo groźnym wirusem, uchylić wszystkie obostrzenia i wrócić do normalnego życia. Ale do tego potrzeba być mężem stanu i chcieć zarządzać państwem na bazie nauki, czyli dowodów. Bo kwestia epidemii lub jej braku to kwestia medyczna, statystyczna, naukowa, a nie polityczna. Politycy nie są w tej dziedzinie kompetentni, a rządowych „ekspertów” chyba jeszcze nikt nie widział. Ani ich prac, analiz czy publikacji naukowych.

Jak długo będzie trwał obecny stan rzeczy? Czy wynalezienie ewentualnej szczepionki rozwiąże wszystkie problemy?

Nie wiem, jak długo to będzie trwało. Być może do czasu zakupu i sprzedaży odpowiedniej ilości szczepionki.

Według prof. Bhakdiego, specjalisty od epidemiologii chorób zakaźnych, szczepionka na koronawirusa jest zupełnie bezsensowna, niepotrzebna, bo jest to niegroźny wirus, który szybko mutuje, a poza tym istnieje już częściowa odporność, odporność części ludzi w społeczeństwie. Tak, jak nie miała sensu szczepionka na świńską grypę, tak nie ma i teraz. Osobiście, mając wiedzę niezależnych i nieskorumpowanych naukowców z uznanym dorobkiem naukowym, na pewno nie dam się zaszczepić i będę odradzać to innym.

Zatem szczepionka nie rozwiąże żadnego problemu, ale też żadnego problemu nie ma. Ona może jedynie problemy spowodować – w postaci skutków ubocznych szczepienia. Prof. Bhakdimówi, że już teraz da się przewidzieć, że szkody z powodu szczepionki będą większe niż potencjalne, dające się wyobrazić korzyści. Poza tym, szczepionka może zawierać adiuwant (wzmacniacz), któryzawsze niesie ze sobą niebezpieczeństwo poważnych skutków ubocznych. Co ciekawe, rząd niemiecki kupił dla ludu szczepionki przeciwko świńskiej grypie z adiuwantem, a dla siebie bez…

Warto dodać, że Bhakdi nie jest przeciwko szczepionkom co do zasady. Mówi wręcz, że jest dużo szczepionek, które są sensowne, ale szczepionka przeciwko koronawirusowi absolutnie do tej kategorii się nie zalicza.

Swoją drogą to dziwne – ciągle słyszymy o produkcji szczepionek, a niemal nikt nie podejmuje tematu stworzenia ogólnodostępnego leku na koronawirusa. Dlaczego?

Może dlatego, że na szczepionkach da się więcej zarobić. W przypadku świńskiej grypy państwa zakupiły je w bardzo dużychilościach, a firmy farmaceutyczne zarobiły 18 miliardów dolarów. Ponieważ teraz fałszywa pandemia ogarnęła niemal cały świat, myślę, że w grze są dużo większe pieniądze.

Bóg zapłać za rozmowę.

Tomasz D. Kolanek

Fałszywa pandemia. Krytyka naukowców i lekarzy, Fundacja Osuchowa, Częstochowa 2020. Opracowanie i korekta tłumaczeń – Mariusz Błochowiak.

Dr Mariusz Błochowiak; fizyk, pracował naukowo w Instytucie Maxa Plancka w Niemczech oraz instytucie badawczym SINTEF w Norwegii.

Za: PoloniaChristiana – pch24.pl (2020-08-18)

 


 

Szumowski przyznał, że kłamał. „Bardzo jest mi wstyd”

Łukasz Szumowski podał się do dymisji, mimo że jeszcze 7 sierpnia zapowiadał, że za żadne skarby nie odejdzie. Były już minister na antenie Polsatu News przyznał, że kłamał, bo musiał.

Od wyborów prezydenckich mówi się o rekonstrukcji rządu, a wśród jednych z osób, które wymieniano, że może odejść, był minister Szumowski.

Szumowski wielokrotnie zapewniał jednak, że nie odejdzie. Po raz ostatni mówił o tym 7 sierpnia. – W takiej sytuacji jaką mamy, nie można w ogóle rozmawiać o opuszczeniu okrętu. Ja akurat jestem żeglarzem i sternikiem, i wiem że takich rzeczy się nie robi. Rekonstrukcja, rekonstrukcją, a Łukasz Szumowski walczy z koronawirusem – mówił w programie „Tłit” w „Wirtualnej Polsce”.

11 dni później podał się do dymisji. W programie „Gość Wydarzeń” na antenie Polsatu News przyznał, że kłamał. Tłumaczył, że musiał tak mówić.

Bardzo jest mi wstyd. Jestem nieprzyzwyczajony, by mówić coś, co nie jest prawdą, ale nie można dyskutować o takich sprawach, jak zmiana ministra poza zaciszem gabinetu – tłumaczył się Szumowski.

Dodawał, że o dymisji od dłuższego czasu wiedziały trzy osoby w państwie: premier Mateusz Morawiecki, prezes PiS Jarosław Kaczyński oraz prezydent Andrzej Duda (w takiej kolejności wymienieni). Szumowski cieszył się, że informacja nie „wydostała się” poza ten krąg, czego dowodem jest zaskoczenie całej klasy politycznej oraz dziennikarzy zazwyczaj dobrze poinformowanych w kręgach rządowych.

Za: Najwyższy Czas! (18 sierpnia 2020)

 


 

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on pinterest
Skip to content