Nici demokratycznej podszewki – Stanisław Michalkiewicz

W demokracji politycznej wiedza o tym, kto podejmuje decyzje i kto wydaje polecenia pierwszorzędnym fachowcom od uszczelniania politycznej sceny, nie tylko jest zakazana, ale kwestionowane jest samo jej istnienie. Każdy, kto uważa odwrotnie, staje się podejrzany o przypadłość, którą wracze radzieccy określali mianem „schizofrenii bezobjawowej”.

Ludność świata liczy już prawie 7 miliardów. Wprawdzie tu i ówdzie spotykamy dyktatury, niekiedy nawet niczym nie maskowane, niekiedy maskowane „demokracją ludową”, ale większość państw świata skłania się ku demokracji politycznej, a w każdym razie – udaje, że się skłania. A w demokracji politycznej jedną z najważniejszych spraw staje się sposób rekrutowania ludzi do aparatu władzy, czyli wyłonienia z masy „obywateli” ich „przedstawicieli”. Nie chodzi mi w tym miejscu o systemy wyborcze, przy pomocy których nie tylko można wyselekcjonować grupę przedstawicieli, ale i skutecznie zablokować możliwość przedostania się do tego grona elementów niepożądanych. Na przykład system wyborczy we Francji skutecznie blokuje dostęp do Zgromadzenia Narodowego tamtejszemu Frontowi Narodowemu. Co Front Narodowy zawinił i komu – tego dokładnie nikt nie wie, a jeśli nawet wie – to nie powie, niemniej faktem jest, że blokowaniem tej grupie dostępu do ośrodków władzy muszą zajmować się pierwszorzędni fachowcy. Kiedy bowiem pewnego razu kandydat Frontu z departamentu Var w Prowansji, Jan Maria Le Chevallier, przedarł się przez wszystkie zapory i w swoim okręgu wygrał, to Sąd Najwyższy unieważnił w tym okręgu wybory. Znaczy – jak jest rozkaz, że Front ma nie przejść, to nie przejdzie, żeby tam nie wiem co. I to właśnie jest w demokracji politycznej najciekawsze – kto mianowicie takie decyzje podejmuje i kto wydaje polecenia owym pierwszorzędnym fachowcom.

Tego oczywiście nikt oficjalnie nie wie, bo w demokracji politycznej taka wiedza jest zakazana. To znaczy nie tyle nawet zakazana, co wręcz kwestionowana. Masom, czyli „wyborcom” podawana jest do wierzenia zbawienna prawda, że w demokracji politycznej niepodzielnie panuje pełny spontan i odlot, że nikt niczym tu zdalnie nie kieruje, a każdy, kto uważa odwrotnie, niewątpliwie cierpi na przypadłość, która wracze radzieccy określali mianem sławnej „schizofrenii bezobjawowej”. Czasami tylko zdarzają się momenty dyspensy, ot na przykład, kiedy Lew Rywin przyjdzie do redaktora Michnika z korupcyjną propozycją od „grupy trzymającej władzę”. Ponieważ sławne „dziennikarskie śledztwo” wykryło straszliwy spisek wymierzony w spółkę „Agora”, wyznawcy red. Michnika otrzymali czasowe pozwolenie uwierzenia w spiski i „grupę trzymającą władzę” – oczywiście do momentu w którym nie było to już potrzebne. Ale takie właśnie momenty tym bardziej skłaniają do uzyskania odpowiedzi na pytanie, kto tak naprawdę rządzi państwami uprawiającymi demokrację polityczną i jakimi kryteriami się kieruje.

O wyższości organizacji

Demokracja ufundowana jest na przesądzie, że wszyscy ludzie są równi. Jest to oczywisty nonsens, bo już na pierwszy rzut oka widać, że jeden mężczyzna jest silniejszy, drugi – słabszy, jeden człowiek mądrzejszy, a u drugiego na pierwszy plan wysuwają się inne zalety, jedna dama jest urodziwa, a u innej bardziej cenimy walory intelektualne – i tak dalej. W tej sytuacji wielkiego znaczenia nabierają grupy nieformalne, w jakie łączą się ludzie w celu zdobycia większego wpływu politycznego. Np. silni z silnymi, mądrzy z mądrymi, ładne z ładnymi – i tak dalej. Ale zorganizowanie się nawet na tak prostej płaszczyźnie jednoczącej wymaga sporo czasu i zachodu. Dlatego znacznie prościej jest organizować się w takie grupy na zasadzie np. przynależności narodowej, zwłaszcza w społecznościach pod tym względem zróżnicowanych. Dlatego np. we współczesnych demokracjach widoczny jest wyraźny wpływ np. środowisk żydowskich, nieproporcjonalnie wysoki w stosunku do ich liczebności. Co ciekawe, środowiska te najwyraźniej wiedzą, że to właśnie nacjonalistyczna płaszczyzna jednocząca daje im taką przewagę, bo nie tylko próbują zwalczać nacjonalizmy w krajach swego osiedlenia, ale nawet oskarżają obserwatorów, którzy tę przewagę zauważają, o „antysemityzm”. Jest to oskarżenie bardzo dziwaczne, bo już prędzej za antysemityzm można by uznać negowanie istnienia Żydów, albo odmawianie im umiejętności organizowania się, czy artykułowania narodowych interesów. W tej sytuacji oskarżenia o antysemityzm są raczej instrumentem ochrony monopolu organizowania się na zasadzie nacjonalistycznej w grupy nieformalne, by poprzez nie wywierać wpływ na niezorganizowane masy „wyborców”.

Ale zasada nacjonalistyczna nie jest bynajmniej jedyna, jak to w 1919 roku wyjaśniał hrabiemu Ostrowskiemu baron Rotszyld. Oprócz niej płaszczyzną jednoczącą bywa wspólnota poglądów. Wykorzystywał ją w latach 30-tych wybitny przywódca socjalistyczny Józef Stalin, montując w demokratycznych państwach Europy Zachodniej tak zwane „fołksfronty”, czyli fronty ludowe z partią komunistyczną, jako politycznym kierownikiem. Te „fołksfronty” miały na celu skierowanie tamtejszych „wyborców” w stronę pożądaną przez kierownictwo międzynarodowej wspólnoty rozbójniczej, jaką niewątpliwie stanowił Komintern. Skutki działania „fołksfrontów” są widoczne do dnia dzisiejszego np. we Francji, gdzie marksiści opanowali sektor edukacji i przemysłu rozrywkowego, więc są pełni wigoru i planów na przyszłość.

Inną płaszczyzną jednoczącą może być patriotyzm podszyty współczuciem. Taka postawa często jest spotykana wśród funkcjonariuszy tajnych służb, oczywiście nie takiego Scheissu, jak nasza, tubylcza razwiedka, tylko normalnych, jakie działają w państwach poważnych. Te tajne służby, próbują sterować miejscową sceną polityczną w taki sposób, by przynajmniej nie pogorszyć sytuacji swego państwa względem państw ościennych. Poprzez umiejętne plasowanie agentury, inspirują tworzenie i programy partii politycznych, a poprzez kształtowanie systemów wyborczych uszczelniają krajową scenę na wpływ agentur państw obcych, czy rozbójniczych międzynarodówek w rodzaju Kominternu. Takie postępowanie dyktuje patriotyzm, podczas gdy współczucie nakazuje utrzymywać to wszystko w tajemnicy przed „wyborcami”, którzy dzięki temu mogą z czystym sumieniem myśleć, że to wszystko naprawdę i nawet przekonywać do tego innych.

Międzynarodowe hybrydy

Na skutek globalnej strategii militarnej, jaka pod koniec lat 60-tych ubiegłego wieku ostatecznie wyżarła resztki autentycznego miąższu z demokratycznej skorupy, pojawiły się osobliwe twory, w rodzaju Komisji Trójstronnej, utworzonej w 1973 roku z inicjatywy Dawida Rockefellera i grupującej ponad 300 osobistości z Ameryki Północnej, Europy i Japonii. Ta Komisja jest osobliwym połączeniem międzynarodowej wspólnoty rozbójniczej z tajnymi służbami. Nikt dokładnie nie wie, czym się ta Komisja zajmuje, bo ani nie publikuje protokołów ze swoich posiedzeń, ani też nie publikuje żadnych komunikatów, ale tego i owego można się domyślić nie tylko z jej „trójstronności”, ale również – ze składu osobowego i domniemanych skutków zapadających tam ustaleń. Trójstronność Komisji skłania do przyjęcia, iż jej celem jest utrzymanie dominującej pozycji w świecie uprzemysłowionej i uzbrojonej w broń ultymatywną Północy globu. Na ile w ten cel angażują się przedstawiciele Japonii, a na ile tylko usiłowania te chłodno obserwują – tego sam bym chciał się dowiedzieć. Jedno wydaje się prawdopodobne – że ten cel dzisiaj jest znacznie trudniejszy do osiągnięcia, niż przed 30 laty i to z dwóch powodów: stopniowego zanikania i obyczajowej degeneracji narodów europejskich oraz stopniowej etatyzacji gospodarek Zachodu. W tej sytuacji Komisja nie jest w stanie osiągać zakładanych początkowo celów rozbójniczych. Rzecz w tym, że w ekonomii światowej nadal liczy się to samo, co liczyło się w czasach Hammurabiego, to znaczy – ilu kto ma niewolników. Dotychczas prawdopodobne założenie było takie, by przy pomocy monopolu broni jądrowej utrzymać ekonomiczną zależność Południa od Północy, powstrzymując 4 miliardy ludzi przed włączeniem się w główny nurt życia gospodarczego świata i zmuszając ich do pracy na rzecz tego nurtu. Ale coraz bardziej widać, że to się nie udało i najlepszym tego świadectwem jest kryzys finansowy, obejmujący przede wszystkim świat zachodni. Krótko mówiąc, mamy sytuację podobną, jak podczas I wojny światowej, kiedy to państwa wojujące, nie mogąc obrabować obywateli państw nieprzyjacielskich, obrabowały obywateli własnych, zawieszając wymianę papierowych pieniędzy na złoto i narzucając przymusowy kurs banknotów. Na tym tle można nawet odnieść nieprzyjemne wrażenie, iż Komisja Trójstronna mogła zostać zdominowana przez zwyczajnych grandziarzy, którzy nie mają już żadnych poglądów, poza tym, by się nakraść i uciec w jakieś bezpieczne miejsce.

Polska mizeria

Ten wniosek nasuwa się również, kiedy popatrzymy na listę polskich uczestników Komisji Trójstronnej. Nie mówię oczywiście o Zbigniewie Brzezińskim, który do polskich uczestników może być zaliczony jedynie z uwagi na narodowe pochodzenie, bo tak naprawdę reprezentuje Amerykę. Mówię o Wandzie Rapaczyńskiej, Andrzeju Olechowskim, ojcu Macieju Ziębie, Jerzym Baczyńskim. Marku Belce i Januszu Palikocie. Jeśli chodzi o panią Rapaczyńską, to oczywiście ma ona same zalety z których najważniejszą wydają się właściwe „korzenie”. Ale już uczestnictwa panów Olechowskiego, Baczyńskiego, Belki i Palikota, a także ojca Macieja Zięby „korzeniami” wytłumaczyć się nie da. Na jakiej zasadzie właśnie oni znaleźli się w tej sławnej Komisji? Pewne światło rzuca na tę kwestię postać pana dra Andrzeja Olechowskiego, o którym były prezydent naszego państwa Lech Wałęsa powiedział, że ma „zalety fizjologiczne i inne”. Fizjologiczne, jakie są – każdy widzi. Gdyby Gałczyńskiego wspierały proroctwa, to można by powiedzieć, że przewidział pana dra Olechowskiego w wierszu „Zima z wypisów szkolnych”: „Hej, tam w Warszawie jest pan minister siwy i taki miły; przez okno rzuca spojrzenia bystre…” No a te „inne” zalety? Jedną z nich, kto wie, czy nie kluczową dla kariery pana dra Olechowskiego, było nawiązanie w odpowiednim momencie współpracy z – jak to sam taktownie określił – „wywiadem gospodarczym”. To by tłumaczyło jego członkostwo w Komisji Trójstronnej, gdzie od współpracowników „wywiadów gospodarczych” i nie tylko gospodarczych aż się roi. Kiedy przypomnimy, że również pan Marek Belka został w swoim czasie zarejestrowany w charakterze współpracownika razwiedki, to i jego udział w Komisji wydaje się bardziej naturalny. Podobnie tego samego rodzaju zakątek ma w swoim życiorysie pan redaktor Jerzy Baczyński, który w poprzednim wcieleniu nazywał się zresztą Sroka. Mamy zatem wśród polskich uczestników Komisji Trójstronnej już trzech dawnych konfidentów tajnych służb. Tres collegium faciunt – mawiali starożytni Rzymianie, więc w doborze polskich kandydatów do Komisji możemy już zauważyć wyraźną prawidłowość. Do tego klucza nie pasuje jednak poseł Janusz Palikot i ojciec Maciej Zięba. Warto jednak zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze – że wyjątki potwierdzają regułę, a po drugie – że pan Janusz Palikot zaktywizował się politycznie od roku 2005, kiedy to nastąpiła mobilizacja wszystkich rezerw, by zapewnić zaplanowany przez razwiedkę rezultat demokratycznych wyborów. Wprawdzie poseł Palikot prezentował się jako wolnorynkowiec i objęcie przezeń przewodnictwa komisji „Przyjazne państwo” wzbudziło początkowo różne nadzieje, ale szybko okazało się, że to tylko kolejna okazja do błazeństw, którymi ten lubelski polityk urozmaica sobie monotonię życia. Nie zrobił bowiem nic istotnego, by zlikwidować, a przynajmniej podważyć zaprojektowany jeszcze w 1989 roku kapitalizm kompradorski, przy pomocy którego razwiedka kontroluje, a właściwie okupuje państwo, a zwłaszcza miejsca strategiczne z punktu widzenia gospodarki, z finansami na czele. Poglądy wolnorynkowe prezentował też w swoim czasie o. Maciej Zięba, ale obecnie jest znany raczej jako beneficjent unijnych subwencji, więc jasne, że – podobnie zresztą jak wielu innych – już nie kąsa etatystycznej ręki, z której je otrzymuje.

Francuski łącznik

I na koniec jeszcze uwaga drobna, ale być może ważna. Pewien Francuz i mason powiedział mi kiedyś, że polscy masoni są „chłopcami na posyłki” masonów francuskich. Relata refero, a chociaż de mortuis nihil nisi bene, to nie ukrywam, że wizja „drogiego Bronisława” w charakterze chłopca na posyłki jakichś Francuzów, zwłaszcza w zestawieniu z tubylczą celebrą wokół niego, bardzo mnie wtedy rozbawiła. Ale mniejsza już o to, bo ważniejsze jest co innego. Otóż współczesna masoneria jest międzynarodową organizacją nepotystyczną i korupcyjną – rodzajem wspólnoty rozbójniczej, tyle, że maskującej się różnymi „świątyniami Salomona” i temu podobnymi metafizykami. Tak naprawdę jednak pepinierą Wielkiego Wschodu we Francji są dwie instytucje: Deuxieme Bureau, czyli tamtejsza razwiedka oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Mówiąc krótko – masoneria może być znakomitą przykrywką dla wywiadowczej penetracji państw, a skoro może być – to pewnie bywa, zwłaszcza w takim państwie, jak nasze. Naprowadza mnie na to również okoliczność, że na początku lat 90-tych do masonerii zapisał się chyba cały batalion Służby Bezpieczeństwa, co – jak słyszałem – nie pozostawało bez wpływu na weryfikację. Wspominam również o tym bo widać, jak w soczewce, że współczesna demokracja podszyta jest materią w której splatają się wszystkie wątki: i nacjonalistyczny i rozbójniczy i ezoteryczny i agenturalny, więc z rozszyfrowaniem kto czym dyszy, nie powinno być specjalnych kłopotów.

Stanisław Michalkiewicz
Felieton  ·  „Nasz Dziennik”  ·  2009-07-06  |  www.michalkiewicz.pl

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza z cyklu „Ścieżka obok drogi” ukazuje się w „Naszym Dzienniku” w każdy piątek.

Skip to content