Galon homoseksualizmu i kilka szklanek antyrasizmu

Aktualizacja: 2014-03-21 11:27 am

Od lat się głowimy się w Polsce nad tym, jak zdobyć złotą statuetkę Amerykańskiej Akademii Sztuk i Wiedzy Filmowej, czyli popularnego Oscara. A przecież takie to proste: wystarczy być politpoprawnym zbereźnikiem. Oto odważne kino, skrojone na hollywoodzką miarę.

Za kamerą powinien więc stanąć ktoś w rodzaju Martina Luthera Kinga, w dodatku ze skłonnościami homoseksualnymi. Nic przecież nie sprzeda się lepiej niż mocny film o niewolniczej przeszłości Stanów lub o udręczonych brakiem akceptacji homoseksualistach, umierających na AIDS niemal na ulicy.

Niewolnik to miał źle

Główną Nagrodę Akademii Filmowej w kategorii „Najlepszy film 2014 roku” dostał „Zniewolony. 12 Years of Slave”, czyli film o tym, jak to źle jest być niewolnikiem. Reżyser Steve McQueen nie przebiera w środkach, ukazując brutalność właścicieli plantacji na południu Stanów Zjednoczonych w – by tak rzec – pełnej krasie. Poza naturalistycznymi obrazami okrucieństwa, niewiele jednak z filmu wynika. Chyba, że za coś wartego uwagi uznamy banalny i mało odkrywczy morał: zniewolenie to uprzedmiotowienie człowieka. Możemy poczuć dreszcz, gdy okrutny plantator chłoszcze czarnych niewolników, ale co zostaje nam w głowie po wyjściu z sali kinowej? Co najwyżej poczucie moralnej wyższości, bo przecież współcześni nam ludzie – cóż za ulga – niewolnictwo potępiają. To chwalebne uczucie niewiele wszak wnosi do rozumienia nie tyle nawet współczesnego świata, ale choćby i historii.

McQueen lubi szokować, co udowodnił chociażby w filmie „Wstyd” opowiadającym o uzależnieniu od seksu. Jest to obraz przejmujący, choć bardzo obrazoburczy, bo – niestety – do głębi realistyczny. Sporo w nim scen ocierających się niemal o pornografię, a wszystko to w filmie, mającym stanowić memento dla każdego, kto się ekscytuje pornografią. Sporo jest w tym sprzeczności, brakuje logiki. McQueen zrobił bowiem bulwersujący film, z ważnym co prawda morałem, tyle że pokrył go obrazami nieznośnymi, odpychającymi. Pokazać upadek erotomana, epatując zarazem seksem? Przyznajmy, że to pomysł cokolwiek głupi, lub po prostu perfidny.

Perfidna była też decyzja Akademii by najlepszym filmem uznać właśnie „Zniewolonego…” (w sumie obraz otrzymał trzy statuetki). Obok znakomitej gry aktorskiej (fenomenalni Chiwetel Ejiofor, Michael Fassbender i  Lupita Nyong’o) nic więcej w obrazie McQueena nie zachwyca. To wydmuszka, opowiastka odświeżająca problem dawno już przez tak zwaną kulturę Zachodu rozstrzygnięty. Można jednak wnioskować, że Oscar to złota pieczątka potwierdzająca, że w Stanach – oczywiście i naturalnie – niewolnictwo wszyscy potępiają i potępiać będą. Przecież głową państwa jest tam czarnoskóry polityk a Murzyna dawno już zastąpił Afroamerykanin. Cóż z tego, że hollywoodzcy twórcy potraktowali jak „czarnucha” odtwórcę pierwszoplanowej roli w „Kapitanie Philipsie”, czarnoskórego Barkhada Abdiego. Bo choć chłopaka szacowna Akademia dostrzegła i zaprosiła na galę, to jego pryncypałowie – mówiąc bez ogródek – wykiwali go na kasę. Ot, wypadek przy pracy.

Homofob wyzwolony

Jak natomiast wyzwolić się z homofobii, poucza z kolei widzów kolejny „odważny” obraz – „Witaj w klubie”. Otrzymał on aż trzy statuetki Oscara. Na tyle wyceniono regułę będąca, jak się zdaje, głównym przesłaniem filmu: homofobem być przestaniesz, gdy chorym na AIDS się staniesz. Brzmi lekko i przyjemnie? Pozory. Film oparty jest na autentycznej historii mieszkańca południa, drobnego oszusta z nizin społecznych, miłośnika whiskey, rodeo i rozrywki wszelakiej. Ron Wodroof – bo o nim mowa – to bywalec spelun wypełnionych kłębami papierosowego dymu i wielbiciel kobiet lekkich obyczajów. W oscarowym filmie nie brakuje więc erotyzmu i obscen. Wyuzdany styl życia Wodroofa skutkuje tym, że zaraża się wirusem HIV, a w końcu choruje na AIDS. Niemal z miejsca z „homofoba” staje się sprzymierzeńcem homoseksualistów, którego drażnią wszelkie przejawy niechęci do „kochających inaczej”. Wytacza też działa przeciwko koncernom farmaceutycznym i na własną rękę dostarcza lekarstw zarażonym HIV.

Akcja filmu rozgrywa się w latach 80. w dodatku na południu Stanów Zjednoczonych (ach te wstrętne i duszne tereny). Mogą więc państwo wyobrazić sobie zobrazowanych troglodytów, wolnych potomków secesjonistów z zapijaczonymi gębami, którzy z całego serca nienawidzą homoseksualistów. I właśnie jeden z nich, Wodroof z owej nienawiści „się leczy”, kiedy okazuje się, że jest chory na AIDS. Odwiedza więc „gejowskie” kluby, pomieszkuje z transwestytą a oprócz tego jest klasycznym amerykańskim bohaterem, biorącym sprawy w swoje ręce i walczącym z bezdusznym systemem. A wszystko przez ten HIV… Choroba uszlachetnia i pozwala otworzyć się na „odmienność”. Odważna teza, nie ma co. Zwłaszcza w sercu filmowej rozpusty, czyli w Hollywood.

Coś odważnego, proszę

Na powyższych przykładach polscy twórcy mogą się tylko uczyć, co znaczy oscarowy film. Na naszym krajowym rynku musiałby to być obraz o prześladowanym przez żądnych krwi Polaków Żydzie-homoseksualiście (wspaniale byłoby gdyby scenariusz napisali Jan Tomasz Gross do spółki z Robertem Biedroniem). Mielibyśmy namiastkę polskiej „Filadelfii” czy „Obywatela Milka”. Murowany kandydat do Oscara. Zapewne reklamowany byłby w wielkim świecie, jako „odważny” i „przełamujący tabu”.

Byłaby to oczywiście kpina z widzów w żywe oczy. Podobnie jak kpiną jest nazywanie odważnymi „Zniewolonego…” czy „Witaj w klubie”. To raczej śmieci płynące z nurtem mainstreamu, choć zaprawione świetną grą aktorską. Poza indywidualnymi popisami obrazy zioną pustką. Nie jest sztuką potępiać rasizm i homofobię w świecie, w którym rasizm jest uznawany za zło, a homoseksualizm za ciekawy i fajny „styl życia” wymagający powszechnej akceptacji. Gdyby tak Akademia Filmowa nagrodziła film o aborcji… Bo jeśli już o niewolnictwie mowa to warto nadmienić, że niewolnikami handlowano, niewolnika można było zabić bez większych konsekwencji. Dzisiaj na handel wystawiane są ludzkie zarodki, a skala mordowania nienarodzonych dzieci przeraża. Obsypany Oscarami film o dokonanej przez prawodawców w krajach Zachodu dehumanizacji poczętych dzieci, to jednak tylko pobożne życzenie.

Krzysztof Gędłek

Tags: , , , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=73952 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]