Futurystyczne deja vu

Aktualizacja: 2013-11-25 10:03 am

Jest rok 2112. Istnieje jedno państwo – Stany Zjednoczone Świata ze stolicą w Nowym Jorku i o ustroju zwanym demokracją konsumencką. Światem rządzi pieniądz i wszystkie decyzje podejmowane na szczeblach władzy są mu podporządkowane. Rozpusta moralna w niczym nie ustępuje tej, która panowała za czasów cesarza Nerona w Imperium Rzymskim. Chrześcijanie zostają zepchnięci do katakumb, a ostatecznie skazani na śmierć jako winni wybuchu kryzysu gospodarczego. Oto tło wydarzeń opisanych na kartach powieści science fiction „Quo vadis trzecie tysiąclecie”.

Jak sugeruje tytuł książki Martina Abrama, autor w bezpośredni sposób odnosi się do powieści Henryka Sienkiewicza. Zasadnicza część „Quo vadis trzecie tysiąclecie” istotnie opiera się na XIX-wiecznym „Quo vadis”. Jest okrutny i nieobliczalny władca John Garison, który w celu rozwiązaniu problemów z koniunkturą postanawia rozpętać wojnę, a winą za kryzys gospodarczy obarczyć chrześcijan. Jest arbiter elegancji Petroniusz, przyboczny prezydenta Stanów Zjednoczonych Świata, czy detektyw John Smith, niezwykle przypominający w swych postawach pozbawionego zasad moralnych Chilona Chilonidesa. Osią fabuły jest zaś na początku niemożliwa, trudna, a ostatecznie spełniona miłość Szymona i Angel, należących – podobnie jak Sienkiewiczowscy Winicjusz i Ligia – do dwóch odrębnych światów. Szymon tak jak jego pierwowzór literacki wiedziony miłością do chrześcijanki doświadcza przemiany, nawraca się i przyjmuje chrzest. I wreszcie są stanowiący zaledwie kilka procent światowej populacji wyznawcy Chrystusa, którym zostaje postawiony zarzut „podpalenia” gospodarki.

Poza tym jest już świat wybiegający daleko w przyszłość, niekiedy irytujący w swej infantylności, być może przerysowany, ale też przerażający w swojej esktrapolacji. Nie ma już nacji, nie ma obywateli, są tylko konsumenci pozbawieni umiejętności rozróżniania dobra i zła. Światem rządzi Rada Dwunastu, złożona z najbogatszych przedstawicieli gatunku, skupiających 80 procent światowego kapitału. Globalny Wskaźnik Konsumpcji, Średnia Światowa Oglądalność i Dow Nasq to najważniejsze wskaźniki gospodarcze.

Największy sukces finansowy państwa to program „Wolni od dwunastki”, w ramach którego dzieci po skończeniu 11 lat przenoszą się do własnych mieszkań (gdyż „oddzielenie od rodziców przyspiesza rozwój emocjonalny dziecka, uczy je pokonywania trudności, pozwala też na świadome samookreślenie seksualne”), a który ożywia m.in. rynki wydawnicze i muzyczne, przemysł filmowy i odzieżowy. Sztuka pozbawiona jest smaku i piękna (wystawa George’a Pitagorasa, na której przedstawił kolekcję swoich, zbieranych od miesięcy, odchodów; czy inna o znamiennym tytule „Oczekujące ciało”, na której przedstawił sztucznie wyhodowane części swojego ciała). I w tym wszystkim Kościół, ze swoim niezmiennym od stuleci nauczaniem o miłości bliźniego. Kościół, którego katechizm można nabyć jedynie w antykwariacie, którego działalność uznawana jest za zagrożenie dla każdego konsumenta, zostaje zepchnięty do katakumb. „Kościół jest nieproduktywny, przejada tylko pieniądze wiernych i pozostaje jedyną niedemokratyczną instytucją we współczesnym świecie” – czytamy w powieści. Inaczej mówiąc – Kościół nie pasuje do czasów będących tłem opowieści Abrama i dlatego trzeba się go pozbyć.

Książka Martina Abrama wpisuje się w nurt literatury futurologicznej, a za sprawą licznych rozważań teologicznych także fikcji religijnej, a tym samym staje się wezwaniem do refleksji nad kondycją współczesnego świata i chrześcijaństwa. To niezwykle aktualny głos, jeśli weźmie się pod uwagę zmasowane w ostatnim czasie ataki na Kościół katolicki i jego przedstawicieli, na podstawowe wartości, które przez wieki uznawane były powszechnie za fundament człowieczeństwa. Dosłownie kilka dni temu świat obiegła informacja, że w „tolerancyjnej” Norwegii popularna prezenterka wiadomości Siv Kristin Sællmann została zwolniona z pracy, gdyż podczas nagrywania programu miała na szyi krzyżyk. W ubiegłym roku australijski obrońca życia Graham Preston, ojciec siedmiorga dzieci, został skazany na osiem miesięcy więzienia za pokojowe blokowanie klinik aborcyjnych. Widowiskowe egzekucje chrześcijan opisane w powieści przypominają w swym rozmachu współczesne – choćby niedawną egzekucję ok. 80 osób w Korei Północnej, również chrześcijan, przeprowadzoną w obecności tysięcy osób, także dzieci. Prezentowana wiosną tego roku w Gdańsku wystawa „The Human Body”, na której demonstrowano wypreparowane organy ciała ludzkiego, nazywana sztuką, a nawet nauką, czy wygwizdane ostatnio przedstawienie Jana Klaty „Do Damaszku” w krakowskim Teatrze Starym to „atrakcje” kulturalne w rodzaju tej, jaką zaoferował swoim widzom powieściowy Pitagoras.

Powieść Martina Abrama to wreszcie smutna wizja tego, jaką siłę ma komercja i do czego może prowadzić odhumanizowana globalizacja. Autor nie daje wprawdzie gotowej recepty, jak zmienić bieg historii, ale za pomocą literackiej fikcji skłania do refleksji i ukazuje grozę rzeczywistości, w której konsumpcja i hedonizm są bogiem, a człowiek służy mamonie.

Renata Ziomek

Martin Abram, QUO VADIS trzecie tysiąclecie, wyd. Polwen, Radom 2013

Za: Polonia Christiana – pch24.pl (2013-11-21)

 

„Quo vadis trzecie tysiąclecie”

Był rok 2112. Petroniusz obudził się jak zwykle koło południa. Gdy otworzył oczy, holograficzne okna sypialni rozjaśniły się, wyświetlając poranny wschód słońca. Patrzył na niego przez moment. Czuł się zmęczony. Wieczorny bankiet na dworze prezydenta przeciągnął się do późna w nocy. Od pewnego czasu źle znosił zbyt długie, nocne przyjęcia. Budził się potem z bólem głowy i zdrętwiałymi mięśniami. Dopiero ciepła kąpiel i dokładny masaż całego ciała przyspieszały obieg krwi, powracały siły i jasność umysłu. Staranny makijaż i wykwintne ubranie, w którym wychodził z garderoby, dopełniały metamorfozy. Stawał się na nowo młody, pełen życia, z oczami błyszczącymi inteligencją, niedościgniony. Czyli taki, jakiego znali wszyscy – osobisty konsultant do spraw mody prezydenta Stanów Zjednoczonych Świata Johna Garisona III. 

W tej chwili jednak miał swoje 67 lat i fizyczne objawy tego faktu nieco go frustrowały. Dodatkowym powodem złego samopoczucia było wczorajsze zachowanie jego dziewczyny – Chloe Lacosty. Cały wieczór kokietowała szefa Urzędu Ochrony Konsumenta Dicka Straubota, a w pewnym momencie wymknęła się z nim z sali na piętnaście minut. Nie kochał jej, co prawda, już dawno i zdradzał równie często jak ona jego, ale nie cierpiał Straubota za jego prostackie maniery oraz służalczość wobec Garisona i Amandy Kein – ministra siły. Chloe wiedziała o tym. Poczuł niesmak, gdy wychodziła. „To tylko podrażniona ambicja” – pomyślał i wdał się w dyskusję na temat zależności pomiędzy sposobem ubierania się a znakami zodiaku. Kiedy wróciła, uśmiechnęła się do niego promiennie. Odpowiedział jej tym samym. Z przyjęcia wyszli jednak osobno.

Obserwując przeskakujący co kilka sekund licznik pomnażarki pieniędzy, zastanawiał się, czy nie powinni się wreszcie rozstać. Znają się już za dobrze. Nudzą się sobą i irytują wzajemnie. To, że oficjalnie ciągle byli razem, wynikało przede wszystkim z prestiżu, jaki sobie zapewniali. W końcu on był światowej sławy kreatorem mody, a Chloe jedną z najpiękniejszych kobiet Nowego Jorku i, co za tym idzie, świata. Wydawali się dla siebie stworzeni. Takiej opinii trudno się przeciwstawić, no i zresztą po co to robić?
Pomedytowawszy jeszcze chwilę nad tym zagadnieniem, lekko westchnąwszy, wstał z łóżka i podszedł do okna. Holograficzna projekcja ustąpiła miejsca realnemu obrazowi. Z apartamentu zajmującego ostatnie piętro Hotel des Artistes rozciągał się widok na Central Park. Był piękny letni dzień. U stóp Petroniusza falowało morze drzew. Na ścianach wieżowców po przeciwnej stronie parku billboardy wyświetlały właśnie reklamę proszku do prania. Spojrzał w lewo, w kierunku Pałacu Prezydenckiego. Jeszcze dziesięć lat temu w tym budynku mieściło się Muzeum Miejskie.

Pięć lat wcześniej Petroniusz, który był już wtedy bardzo znany – to on wylansował w latach dziewięćdziesiątych „formy okrągłe” zamiast „prostokątnych”, stworzył kolejną, wielką kolekcję. Nawiązywała ona do strojów starożytnego Rzymu. Jej inspiracją były ilustracje widziane w dzieciństwie w książkach ojca, profesora historii sztuki na Harvardzie. Kolekcja odniosła olbrzymi sukces. Na świecie zapanowała moda na rzymski antyk. Nie tylko tak się noszono, ale i urządzano w tym stylu wnętrza, projektowano nowe budynki i jeżdżono do Rzymu po natchnienie. Przejmowano także ówczesne zwyczaje, a dokładniej – odkrywano ich podobieństwo do współczesnych.
Jedną z ofiar tej mody stało się Muzeum Miejskie. Po wygranych wyborach w 2100 roku Garison postanowił uczynić je swoją siedzibą. Majestatyczna budowla idealnie pasowała do koncepcji władzy nowego prezydenta. Po rozbudowie w stronę Wielkiej Łąki i niezbędnych pracach adaptacyjnych, wprowadził się tam prawie rok później. Część eksponatów pozostała na swoim miejscu. Resztę przewieziono do Muzeum Postępu Ludzkości, które zajmowało budynki po byłej ONZ.

Petroniusz, okrzyknięty przez media „arbitrem elegancji”, zaczął często bywać na prezydenckim dworze. Wkrótce stał się jedną z najchętniej widywanych tam osób. Lubiano jego dowcip i błyskotliwą inteligencję. Został „prawdziwym przyjacielem” Garisona, który radził się go w prawie każdej, nie tylko związanej z modą, sprawie. Jego rola była niewspółmiernie duża w porównaniu do piastowanego oficjalnie stanowiska konsultanta i nierzadko jego zdanie znaczyło więcej niż opinia któregoś ze strategów. Z tego powodu zapraszano go na posiedzenia rządu. Ostatnie przed wakacyjną przerwą miało się odbyć już za trzy godziny.
Petroniuszowi nie chciało się na nie iść. Kilka podobnych do siebie tematów obrad i co najmniej kilkanaście osób, których zachowanie zna na pamięć: grzebiący ciągle w swym kompie minister wiedzy Michael Morris, ubrana jak zwykle na czarno Ananda Kein, świat rozwijający się zgodnie z planem, Globalny Wskaźnik Konsumpcji w normie i ostentacyjnie ziewający, nieogolony Garison. Nie pomoże nawet Rada Dwunastu, domagająca się nowych bodźców przyspieszających produkcję. Wszyscy będą już myślami w letniej rezydencji prezydenta w Vanderbilt lub na dzisiejszym przyjęciu z okazji wyjazdu.

Odwrócił się od okna. Automatyczne drzwi w jednej ze ścian rozsunęły się. Wkroczył do wyłożonej prążkowanym marmurem wielkiej łazienki. W wannie pośrodku podłogi czekała na niego wonna kąpiel. W owych czasach wśród elity Nowego Jorku było w zwyczaju powierzanie każdej czynności dnia codziennego wyspecjalizowanym firmom. Obok wanny, w oparach wody, siedziały dwie nagie dziewczyny służebne, gotowe na każde skinienie Petroniusza. Były one pracownicami agencji obsługującej kreatora mody. Przywitał się. Dziewczyny z szacunkiem skłoniły głowy. Gdy wszedł do wanny, jedna z nich wsunęła się za nim i zaczęła nacierać mu plecy miękką gąbką. Druga skropiła mu włosy szamponem i zaczęła je delikatnie masować. Czuł, jak z każdą chwilą ogarnia go błogość. „Tego mi było trzeba” – pomyślał. Spojrzał w okrągłe lustro na suficie. Przejechał po włosach giętkimi palcami. Dotknął twarzy. Miał ładnie umięśnione i proporcjonalnie zbudowane ciało. Tak, w dalszym ciągu nie był podziwiany jedynie za swoją inteligencję i smak. Zachwycone spojrzenia służących to potwierdzały. Przymknął oczy.

Dźwięk telefonu wyrwał go z kontemplacji. Na ściennym ekranie pojawiło się nazwisko Szymona O’Neila. Był to kuzyn jego dalekiej krewnej, generał i dowódca 21 Armii, zwanej „indyjską”. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miał dwanaście lat. Wychowywał go dziadek, emerytowany wojskowy. Kilka lat temu, kiedy Szymon kupił apartament w Dakota House, słynny kreator stał się jego przewodnikiem po towarzyskim świecie Nowego Jorku. Wprowadził go na salony. Od tamtego czasu czuł do młodego żołnierza słabość. Piękny i atletycznie zbudowany młodzieniec umiał bowiem zachować pewną miarę w folgowaniu swoim namiętnościom, co Petroniusz bardzo cenił. Na dodatek w głębi serca był romantykiem, co wręcz wzruszało jego protektora.

– Witaj, Szymonie. Strasznie się cieszę, że cię widzę – powiedział, gdy twarz przyjaciela ukazała się na ekranie.
– Witaj – odpowiedział Szymon.
– Kiedy wróciłeś?
– Dziś rano. Dostałem trzymiesięczny urlop.
– Cudownie…! Co słychać?
– Bez zmian.
– Jak tam indyjskie kobiety?
– Takie same jak wszędzie.
– Naprawdę? Znałem kiedyś jedną dziewczynę z Kalkuty o oczach spłoszonej sarny. Oddałbym za nią tuzin tutejszych rozwódek.

Szymon uśmiechnął się.

– Nic się nie zmieniłeś – stwierdził. – Ciągle sobie dogadzasz…
– Och, po prostu biorę kąpiel – odpowiedział Petroniusz, wstając z wanny. – A że lubię otaczać się pięknem? No cóż… – służące wycierały go puszystymi ręcznikami. – Nie potrafię inaczej…

Wszedł do sali ćwiczeń, w której czekał na niego barczysty mężczyzna w koszulce. I tu, na ściennym ekranie, było widać twarz Szymona:

– Wysyłasz mi wiadomości, że „nie czujesz się najlepiej”, a wyglądasz kwitnąco! – powiedział.

Petroniusz położył się na łożu do masażu. Muskularny masażysta zaczął nacierać jego ciało olejkiem.

– Raczej przekwitająco, drogi Szymonie. Starzeję się, wbrew pozorom, i tylko te zabiegi przywracają mi młodość. Nie mogę zasnąć, a gdy już zasnę, wstaję obolały i niewyspany. Lekarz mówi, że muszę się z tym pogodzić. Wyobraź sobie, że nawet byłem w tej sprawie u peruwiańskiego znachora. Podobno są najlepsi. Zapłaciłem 10 tysięcy za półgodzinną rozmowę, podczas której spojrzał mi w oczy i dał do powąchania wywar z jakichś ziół. Potem powiedział, że muszę go wąchać trzy razy dziennie i wierzyć, że mi pomoże. Wierzyć…! Rozumiesz? Ja mam wierzyć…?! Wącham zatem, ale niestety nie wierzę. Więc chyba mi nie pomoże… No, ale wykręciłeś się sianem. Spodobała ci się jakaś indyjska dziewczyna?
– Powiedziałbym ci.
– Zapewne ciągle szukasz swojego przeznaczenia?
– Możesz nazywać to, jak chcesz. Przed wyjazdem z Delhi byłem u tybetańskiej wróżki, która powiedziała mi, że w moim życiu nastąpi wkrótce wielka przemiana z powodu miłości.
– Bardzo się cieszę, choć tybetańskie wróżki nie są już modne. Mam nadzieję, że ta jedna ostała się, bo nie jest oszustką. Zresztą to bardzo prawdopodobne. Jesteś pięknym chłopcem a Nowy Jork jest miastem pełnym nienasyconych kobiet, które palą się do miłości.

Petroniusz odwrócił się na plecy. Twarz Szymona pojawiła się na ekranie sufitu:

– Wiesz, że nie o to chodzi.
– A jeśli któraś z nich, to właśnie ta? Metoda prób i błędów jest najlepsza.
– Nie w moim przypadku.
– Powinieneś próbować aż do skutku. Chyba nie stałeś się odludkiem i wybierasz się na dzisiejszą ucztę?
– Trochę się stałem i dlatego się wybieram.
– No, to nie jest z tobą aż tak źle… Przy mnie jeszcze zasmakujesz życia.

Z ekranu dobiegł odległy dźwięk gongu do drzwi. Szymon spojrzał gdzieś poza kadr.

– To chyba weterynarz. Z Atosem jest coś nie tak. Wezwałem psie pogotowie – zaczął schodzić po schodach. – Stanley miał ich wpuścić. Pójdę zobaczyć, czy to nie oni.
– Oczywiście. Ale co się stało?
– Nie wiem, od rana wymiotuje.
– Biedne psisko! – Masażysta skończył ujędrniać mięśnie Petroniusza i podał mu jedwabny szlafrok. – Zobaczymy się wcześniej, czy dopiero wieczorem?

Wstał z leżanki, nałożył szlafrok i przewiązał go w pasie.

– Właściwie to dzwonię, bo chciałem cię odwiedzić – odpowiedział Szymon, przekraczając jakieś drzwi.
– Niestety wychodzę na posiedzenie rządu, ale mógłbyś mnie tam odprowadzić.
– Dobra myśl.
– A więc za godzinę w Central Parku, tam gdzie zwykle?
– Świetnie.
– Pa.

Z sali ćwiczeń Petroniusz wszedł do salonu kosmetycznego. Czekały tam na niego dwie kolejne dziewczyny. Jedną z nich widział po raz pierwszy. Od razu zwrócił uwagę na jej długie, złote włosy i wpatrzone w niego zielone oczy. Pewnie zjawiła się w zastępstwie dotychczasowej fryzjerki. Szef wynajętej przez Petroniusza firmy czasami zmieniał kogoś z obsługi, ale zawsze czynił to w zgodzie z upodobaniami wielkiego kreatora. Petroniusz przywitał się. A gdy dziewczyny odpowiedziały mu uśmiechem i skinieniem głowy, powiedział, patrząc w kierunku złotowłosej piękności:

– Jesteś nowa?

(…)

 

Amanda Kein – najskuteczniejszy z ministrów. Zastępowanie potrzeb rzeczami

Rozdz. VIII

Amanda Kein i Michael Morris, byli jedynymi ministrami w gabinecie Garisona III. W tamtych czasach, oprócz nich i prezydenta, rząd skła­dał się jeszcze z kilkunastu strategów oraz kilkudziesięciu pracujących na ich potrzeby operatorów. Istnieli także konsultanci, tacy jak Petro­niusz – znane postacie życia publicznego, formalnie nie będący człon­kami rządu, ale mający w nim głos doradczy. Ta struktura władzy utrwaliła się za rządów poprzedniego prezydenta, Jonathana Forda, w latach 2080-2100. Duży wpływ na jej kształt miała “zasada efektyw­ności” Fridricha Morrisa, ciągle doskonalona przez jego następców. Wtedy osiągnęła ona swój optymalny kształt.

Stratedzy byli odpowiednikami dawnych ministrów, choć ich kom­petencje były większe. Każdy z nich odpowiadał bezpośrednio przed prezydentem oraz ministrami siły i wiedzy. Stratedzy przygotowywali i wprowadzali w życie każdą decyzję podjętą przez tę trójkę. Choć z urzędu każdy ze strategów był przypisany do jednego z ministerstw, zdarzało się często, że kilku z nich wspomagało dwóch ministrów jed­nocześnie, a dziedziny, którymi się zajmowali, przenikały się nawzajem. Do najważniejszych strategów w rządzie Garisona III należała Sylvia Peterson – strateg do spraw propagandy, zajmująca się publicznym wi­zerunkiem władzy i całego systemu państwowego. Miała 32 lata. Była Szwedką. To ona na bazie mody na starożytność stworzyła plastyczną i medialną oprawę rządów Garisona. Nazwa “dwór”, którą wprowadzi­ła w obieg publiczny, bardzo dobrze się kojarzyła. Wzbudzała respekt, ale miała też w sobie element baśniowości. Dlatego jednym z pomysłów Peterson był zwyczaj kosztownych widowisk wzorowanych na czasach cesarstwa rzymskiego. Orgie i pijatyki, do których podczas nich docho­dziło, stanowiły doskonały sposób na przysporzenie “prezydenckiemu aworowi” popularności. Już prawie sto lat temu udało się przekonać “lud”, że życie erotyczne i obyczaje rządzących nie mają wpływu na ja­kość wykonywanej przez nich pracy. Doskonale za to sprzedają się w mediach. Sylvia Peterson szczyciła się, że rząd, dla którego pracowa­ła, osiągał w badaniach opinii publicznej najwyższe poparcie w historii Stanów Zjednoczonych Świata.

Z Peterson ściśle współpracował strateg do spraw rozrywki – Robert Davis. Urodził się w Los Angeles. Był czarny. Miał 29 lat. Jeszcze kilka lat wcześniej był właścicielem największej na świecie wytwórni “kości medialnych“, ale sprzedał ją Donaldowi Gatesowi, zostawiając dla sie­bie fotel prezesa. To właśnie Gates polecił go Garisonowi. Na swoim rządowym stanowisku Davis planował i stwarzał nowe kierunki, w któ­rych miała się rozwijać światowa kultura. Badał występujące zapotrze­bowania, testował na wybranych grupach konsumentów wymyślone przez siebie i swoich operatorów rozwiązania. Potem przedstawiał te propozycje na wspólnych posiedzeniach rządu i Rady Dwunastu. Tam zapadały decyzje produkcyjne.

Davis zajmował się muzyką, filmem, modą, programami komputerowymi. To on wymyślił najpopularniejszy w tamtym czasie kierunek muzyczny – synchrobit – oraz był twórcą Be­stymana, bohatera niezliczonych odmian gier multimedialnych i naj­popularniejszego serialu telewizyjnego. Davis zajmował się również “trendami poprzecznymi”, czyli przebiegającymi przez każdy rodzaj rozrywki. Jeśli zapadła decyzja, że jakiś produkt lub wyobrażenie ma być intensywnie lansowane, do niego należała koordynacja jego poja­wienia się we wszystkich mediach jednocześnie. Dzięki niemu różnego typu masowi bohaterowie co pewien czas nosili ten sam rodzaj fryzury lub ubranie zrobione z tego samego materiału.

Zadania Sylvii Peterson i Roberta Davisa w szerszym planie wiązały się z działalnością stratega do spraw planowania – Gila Magnusa. Był to biały homoseksualista w wieku lat 57; najstarszy w całym zespole stra­tegów. W młodości studiował filozofię reklamy, a potem sam był szefem kilku agencji. Jego specjalnością stały się strategie reklamowe. Gariso­na poznał podczas pierwszej kampanii prezydenckiej i stał się jednym z jego najbardziej zaufanych ludzi. Stwarzał nowe kierunki konsumpcji dla całego globu i w każdej dziedzinie życia. Wymyślał ogólnoludzkie marzenia, odpowiadające im realne i abstrakcyjne produkty oraz sposo­by ich promocji. Jeszcze na studiach napisał pracę na temat reklamo­wych substytutów psychicznych potrzeb człowieka. Postawił w niej te­zę, że potrzeby miłości, wiary, akceptacji, wiedzy i piękna da się sprowadzić do potrzeby posiadania i zastąpić konkretnym produktem lub ideą.

O ile zastępowanie potrzeb rzeczami nie było niczym odkryw­czym – reklama działała tak od zawsze i na wielką skalę, a jego praca je­dynie potwierdzała praktykę – o tyle teoria substytutów w postaci idei była czymś niezwykłym i wielu ludziom z branży wydawała się niemoż­liwa do zrealizowania. Gdy Magnus został strategiem, udowodnił im, że się mylili. Pierwszy raz wprowadził ją w życie w roku 2102, promując w globalnej skali kolor szafirowy. Kampania odniosła ogromny sukces. Po niej przyszły następne: kampania liczby “∏” i dźwięku “sol”, które ponownie potwierdziły, że miał rację.

W poprzednich ekipach rządowych bardzo ważną rolę odgrywał rów­nież strateg do spraw finansów. To on proponował wysokość podatków i wskazywał, na co przeznaczyć państwowe pieniądze. Za prezydentury Garisona tę funkcję przejął minister wiedzy, Michael Morris.

Strategami byli również specjaliści w jednej określonej dziedzinie. Typowym ich przedstawicielem był strateg do spraw sieci komputero­wych – Gabriel Furijama. Miał 30 lat i wygląd wiecznego studenta. Ubierał się w dżinsy i T-shirty, a jego włosy były w ciągłym nieładzie. Odkąd nauczył się czytać w wieku dwóch lat, uważany był za cudow­ne dziecko. Po skończeniu studiów informatycznych w Kioto został ściągnięty do Instytutu Technologicznego w Massachusetts. Stamtąd bardzo szybko trafił do rządu. Oprócz zarządzania rządowymi syste­mami komputerowymi i kontrolą nad sieciarni informatycznymi jego rola polegała na odpowiadaniu na potrzeby innych strategów czy też ministrów lub samego prezydenta. Kiedy wybuchła afera z Ligą RNR, Amanda Kein zwróciła się do niego z prośbą o opracowanie programu wykrywającego adresy anonimowych nadawców sieciowych. Po kilku dniach Furijama dostarczył jej gotowy projekt, uzupełniony propozy­cjami nowych rozwiązań w produkowanych już seryjnie programach. Takie zadania traktował jak wyzwanie dla swojej inteligencji. Lubił być podziwiany za to, co zrobił, i przy okazji mieć z tego “kupę kasy”. Najczęściej nie wiedział, na co ją wydać. Wszelkie oprogramowanie, ja­kie kupował, nie było tak ciekawe, jak to, które sarn wymyślał, a zami­łowań nie związanych z komputerami zdawał się nie mieć.

Ostatnią grupę strategów stanowili dyrektorzy agend rządowych, takich jak Komitet Zagospodarowania Przestrzeni Kosmicznej, Od­dział Standaryzacji, Inspektorat Statystyki czy Urząd Ochrony Kon­sumenta.

Choć skrót UOK był powszechnie znany, a instytucja, która się pod nim kryła, budziła w społeczeństwie dreszcz lęku, rodzaj fascynacji i poczucie durny, o Dicku Straubocie, który stał na jej czele, wiedzia­no bardzo mało. Amanda Kein poznała go w FBI, gdzie zajmował się walką z przestępczością mafijną. To on ostatecznie zlikwidował pro­dukcję amfetaminy w Europie Środkowej. Był równie skuteczny, jak niesympatyczny. Bezwzględnie podporządkowywał sobie pracowni­ków, stwarzając atmosferę ciągłej walki o jego uznanie. Jednocześnie pozostawał niemal uniżony w kontaktach z prezydentem, ministrami i Radą Dwunastu. Miał 52 lata. Był krótko ostrzyżonym szatynem o szarych oczach. Kilkanaście lat temu rozwiódł się i od tego czasu nie utrzymywał z żoną i córką żadnych kontaktów. Czasami na przyję­ciach pojawiał się w towarzystwie prostytutek o dużych biustach. Pe­troniusz, gdy go widział, zastanawiał się, jak człowiek tak pozbawio­ny klasy, mógł zajść tak wysoko? I ze zgrozą dochodził do wniosku, że mimo jego starań, “klasa” liczy się coraz mniej.

Najniższe centralne ogniwo rządu stanowili “operatorzy systemu”. Było ich prawie trzystu. Większość pracowała dla poszczególnych stra­tegów, kilkunastu bezpośrednio dla ministrów. Zdarzały się też sytu­acje, że jeden operator z racji swojej funkcji obsługiwał kilku strategów jednocześnie. Operatorzy byli odpowiedzialni za funkcjonowanie kon­kretnych odcinków struktury państwa: jego systemów komputero­wych, informatycznych, wojska, policji czy egzekucji podatków. Do obowiązków wielu z nich należało również zapewnienie sprawnej ko­munikacji między centralą rządową a terenowymi ośrodkami władzy. Byli jak system nerwowy. Stanowili zespół najwyższej klasy fachow­ców z całego świata. Zarabiali krocie, a świadomość, że pracują dla naj­większego i najsprawniej zarządzanego państwa w dziejach ludzkości, napełniała ich dumą.

[…]

“Wolni od dwu­nastki”  a skok kon­sumpcji

Rozdz. IX

Morris skończył swoje wielowątkowe wystąpienie. Na ekranach pojawi­ła się twarz Rufusa Pheipffera z Rady Dwunastu, który uczestniczył w posiedzeniu, siedząc w swym londyńskim gabinecie.

– Jednym słowem, chodziłoby o coś w rodzaju „wolnych od dwu­nastki”? – zapytał nieco zaczepnie.

Na chwilę zapadła cisza.

– Dokładnie. Właśnie to chciałem powiedzieć – odpowiedział Morris.

     “Wolni od dwunastki” było zadrą w oku dla całego rządu Garisona. Kampanię promocyjną o tej nazwie opracowała ekipa poprzedniego prezydenta i wprowadziła w życie w roku 2083. Stała się ona najwięk­szym sukcesem finansowym w całej historii nowego państwa. Jej glo­balne zyski sięgały bilionów dolarów i ciągle rosły. Przy niej liczniejsze,  na pewno mniej toporne i łącznie dające większe wpływy kampanie lu­dzi Garisona, nie robiły dużego wrażenia.

Głównym pomysłem “Wolnych od dwunastki” była idea, że dzieci, które skończyły 11 lat, powinny mieszkać we własnym mieszkaniu. Po­wołano armię wybitnych naukowców ze znanymi psychologami na cze­le, aby potwierdzić tezę, że oddzielenie od rodziców przyspiesza rozwój emocjonalny dziecka, uczy je pokonywania trudności, pomaga w peł­niejszym kształtowaniu zainteresowań. Pozwala też na świadome samo­określenie seksualne.

Młodzież w okresie dojrzewania najważniejsze dla swojego życia decyzje może podejmować samodzielnie, bez presji dorosłych. Dzięki umiejętnej, skierowanej do wszystkich grup społecz­nych reklamie, świat szybko dał się przekonać. Młodzież zobaczyła w tym szansę na wyrwanie się z domu, a rodzice – poprzez kupienie mieszkania dzieciom – sposób na okazanie im miłości oraz, w perspek­tywie, więcej czasu dla siebie. Nielicznych przeciwników okrzyknięto reakcjonistami, którzy w imię swoich egoistycznych interesów próbują zawładnąć duszą dziecka.

Równolegle z ideową podbudową ruszyła wielka, przygotowywana przez kilka lat sprzedaż produktów dla „wol­nych od dwunastki”. Rynek został zalany nowymi propozycjami. Na­stąpił gwałtowny skok prawie we wszystkich dziedzinach gospodarki. Swoje wielkie dni przeżywała branża budowlana i rynek nieruchomo­ści. Powstawały tanie projekty małych domków dla dzieci i większych młodzieżowych wspólnot mieszkaniowych. Remontowano całe opusz­czone dzielnice mieszkaniowe i przeznaczano je na wynajem. Na inwe­stycje tego typu banki udzielały tanich, gwarantowanych przez państwo kredytów. Takie same kredyty otrzymywali także rodzice budujący sa­modzielnie domy dla swoich pociech. Oferowano także specjalne karty kredytowe dla młodych, którzy się przeprowadzili do własnych miesz­kań. Oczywiście, za wszystko płacili rodzice. W ten sposób pozwolono im na zachowanie poczucia odpowiedzialności.

Hossa zapanowała na rynku wydawnictw i multimediów. Powstawały nowe pisma, komiksy, książki “tylko dla wolnych po dwunastce”. In­struowano w nich szczegółowo jak poradzić sobie w każdej życiowej sy­tuacji od wyrzucenia śmieci począwszy, a na uprawianiu seksu skoń­czywszy. W specjalnych podręcznikach nauczano, jak zorientować się w swoich preferencjach seksualnych. Przestrzegano, by niczego nie robić pochopnie, a w decyzji kierować się rozsądkiem i głosem serca. Ukazywały się też poradniki dla rodziców o sposobach na przetrwanie rozstania i ułożeniu kontaktów z dziećmi w nowej sytuacji. Wszystkie te publikacje miały swoje odpowiedniki na kościach multimedialnych i można je było obejrzeć na ekranie telewizora czy komputera. Pojawi­ły się także sieciowe kluby dla “wolnych od dwunastki”, gdzie mogli się podzielić swoimi doświadczeniami, i sieciowe grupy wsparcia dla ich rodziców. Niezwykle rozrosła się także oferta tradycyjnych poradni psychologicznych.

Rozkwitł przemysł filmowy. Kręcono filmy fabularne z bohaterami, którzy próbują żyć samodzielnie, dojrzewają do bycia “wolnymi”, rozsta­ją się z rodzicami i pomimo trudności, jakie się z tym wiążą, dochodzą do samoświadomości i szczęścia. Powstawały seriale telewizyjne, w których wszyscy od razu po przeprowadzce byli szczęśliwi i pełni energii.

Wielkiej okazji nie mógł przepuścić rynek muzyczny. Lansowano “wolną” gwiazdkę za gwiazdką. Każda mieszkała w swym ładnym, kolo­rowym domku, miała podobne radości i problemy i śpiewała dla innych “wolnych od dwunastki”. Stworzono nowe kolekcje ubrań o “wolnościo­wych” fasonach i kolorach. Przemysł spożywczy wypuścił specjalne po­trawy do szybkiego i łatwego przygotowania. Przemysł chemiczny roz­winął produkcję proszków i kosmetyków w specjalnie oznakowanych opakowaniach. Wytwórnie samochodowe oferowały przystosowane do potrzeb nastolatków auta.

Pomysł na “Wolnych od dwunastki” był genialny, bo objął wszystkie dziedziny gospodarki. Nawet tam, gdzie nie produkowano bezpośred­nio na rynek, zgodnie z zasadą domina, odnotowano niezwykłe ożywie­nie. Oczywiście, na “prawdziwe własne mieszkanka” dla swoich dzieci stać było tylko 20 procent konsumentów, tych mieszkających najczę­ściej w północnej części globu. Pozostali byli po prostu za biedni. Ale nie liczyła się sama “możliwość”, lecz dążenie ku niej. Największa część zysków całej kampanii pochodziła nie z wynajmu i sprzedaży mieszkań, a z handlu wszystkim, co się z tym wiązało. “Wolni od dwunastki” wy­znaczyło nowy standard młodzieżowych marzeń na wiele pokoleń. Dzięki temu ciągle jeszcze przynosiło dochody. Żadna kampania ludzi Garisona nie miała tak długotrwałych skutków. Każde wspomnienie o niej przypominało im tę smutną prawdę.

     – Tylko że taką rzecz trudno jest wymyślić – Pheipffer zrobił koleiny przytyk.

– Nie powinniśmy się spieszyć. Przypominam, że sytuacja gospodar­cza jest bardzo dobra – bezwiednie bronił się Morris. – Chodzi bardziej o wrażenie przełomu niż o sam przełom.

                                          – Jeśli mamy zrobić “wrażenie“, to zróbmy i prawdziwy przełom ­zauważył przytomnie Garison.

– Oczywiście, właśnie dlatego się spotkaliśmy – odpowiedział Mor­ris. – Mówiąc o “wrażeniu”, miałem na myśli to, że czasami zupełnie irracjonalny czynnik może spowodować szybki wzrost produkcji. My­ślę, że powinniśmy czegoś takiego poszukiwać, ale naturalnie nie mo­żemy się zamykać na inne rozwiązania. Zaczynają się wakacje. Jest czas, by się nad tym zastanowić. Następne posiedzenie rządu za półto­ra miesiąca. Dobry moment, by omówić konkretne propozycje.

– Nie będzie za późno? – spytał Garison.

Petroniusz spojrzał na niego zaskoczony. Zaczął zastanawiać się, czy prezydent uprawia jakąś grę wobec Rady Dwunastu, czy też rzeczywi­ście aż tak przejął się problemem. 

– Jestem przekonany, że to odpowiednia chwila – odpowiedział Morris. – Będziemy mieli pierwsze wyniki po wakacyjnej kanikule. Jeśli wskaźniki ruszą do przodu, skok, który planujemy, nie będzie mu­siał być tak wielki. Gorzej, jeśli dynamika się nie zmieni. Wtedy trzeba przygotować dużo więcej projektów. Tak czy inaczej, czeka nas pracowi­ta jesień, by wejść z wielką kampanią na początku wiosny 113 roku.

– Dopiero wtedy? – spytał Donald Gates.

– Jak powiedziałem, nie musimy, a nawet nie powinniśmy się spie­szyć. Z przeprowadzonych badań wynika, że przełom lutego i marca jest idealnym momentem na rozpoczęcie tego typu kampanii. Proszę spojrzeć na wyniki obrazujące stopień “społecznego znudzenia” i wy­kres średniej “wyobrażeń na temat zmian życiowych” – Morris wyświetlił na ekranach dwie symulacje. – Widzimy, że stopień znu­dzenia jest stosunkowo niski. To bardzo dobrze świadczy o naszej pra­cy, ale utrudnia przeprowadzenie gwałtownych ruchów.

Zazwyczaj dopiero okres zimy w naturalny sposób zmienia sytuację na nie­korzyść. Gdybyśmy jeszcze powstrzymali się od hucznego sylwestra i paru rutynowych kampanii, które przygotowujemy w tym okresie, stopień znudzenia mógłby się trwale zwiększyć. Z punktu widzenia naszych planów byłoby to bardzo korzystne i doskonale współgrało ze średnią wyobrażeń o zmianach, która tradycyjnie osiąga szczyt na po­czątku wiosny. Oczywiście, przy pomocy kilku prekampanii mogliby­śmy ten szczyt przyspieszyć, ale to są dodatkowe koszty, a wynik ni­gdy nie jest pewny. W tym wypadku zdałbym się na naturę.

– To brzmi rozsądnie – skomentował Gates. – Co o tym sądzicie? ­zwrócił się do pozostałych członków Rady.

Z ekranów dobiegały odgłosy aprobaty. Nikt nie zasygnalizował chę­ci zabrania głosu.

– Jak zwykle jesteś przekonujący – powiedział Garison do Morrisa.­

Są jakieś wątpliwości? – skierował pytanie do sali.

– Czy nasze wakacje są uratowane? – rzucił spod nosa Furijama. Odpowiedziały mu uśmiechy. Atmosfera się rozluźniła.

– Jestem za – dodał Petroniusz.

– Chyba nie wyraziłem się zbyt jasno – powiedział Morris. – Nie po­winniśmy się spieszyć, ale wcale nie mamy dużo czasu.

– Jednym słowem, zadajesz nam na wakacje pracę domową? – spytał Garison.

– Coś w tym rodzaju.

Petroniuszowi coraz mniej podobał się przebieg tego posiedzenia. – Koniecznie musimy coś zrobić, by zapisać się w historii – mruknął do siedzącego obok Roberta Davisa.

– A jeszcze w niej nie jesteśmy? – zdziwił się Davis.

– I pobić “Wolnych od dwunastki”.

– Dobrze, że prezydent cię nie słyszy.

“Gorzej, jeśli niczego nie wymyślimy” – pomyślał już tylko Petro­niusz.

 Tymczasem Garison ogłosił zakończenie obrad i jeszcze raz zapro­sił wszystkich na wieczorne przyjęcie. Diody, sygnalizujące łączność z członkami Rady Dwunastu, zaczęły wygasać. Najbogatsi ludzie świata wracali do swoich interesów. W ich rękach było prawie 80 pro­cent globalnego kapitału.

W owym czasie w skład Rady wchodzili: Roland Adler – właściciel ogólnoświatowej sieci telewizyjnej i jeden z większych udziałowców w branżach filmowej, komputerowej i wydawniczej; Olga Bieriezowska – właścicielka światowego przemysłu wydobywczego i hutnictwa, duży inwestor w sektorze bankowym, ubezpieczeniowym oraz wojskowym; Graham Elf, który opanował przewozy towarowe i rynek przewozów pasażerskich, był również współwłaścicielem branży paliw płynnych, pochodzenia roślinnego; John Gardiner – posiadacz większościowego pakietu udziałów w prze­myśle tworzyw sztucznych, włókiennictwie oraz inwestor w przemy­śle samochodowym, okrętowym i lotniczym; Donald Gates – właści­ciel sześciu ogólnoświatowych sieci komputerowych, współwłaściciel przemysłu muzycznego i globalnych “parków rozrywki”, inwestujący również w technologiach kosmicznych; Bruno Hofenstand – prze­mysł wojskowy, rolnictwo, duże udziały w funduszach emerytalnych, inwestycyjnych, ubezpieczeniach i budownictwie; Miguel Kimura ­cały światowy przemysł elektroniczny oraz większość globalnej tele­komunikacji i technologii kosmicznych, inwestycje w sieciach kom­puterowych i filmie; Tara Martinez – właściciel światowej sieci agen­cji reklamowych, przemysł muzyczny, duże udziały w branży odzieżowej, wydawniczej i spożywczej; Greta Murdoch – właścicielka światowej prasy, główny inwestor w przemyśle wydawniczym, udzia­ły w telekomunikacji; Rufus Pheipffer – największy inwestor na świa­towym rynku nieruchomości i w budownictwie, współwłaściciel prze­mysłu rozrywkowego, przemysł medyczny i farmaceutyczny; Alan Vendrine – światowy potentat w branżach: spożywczej i chemicznej, lotnictwo i udziały w przemyśle rozrywkowym; wreszcie Mira Rocke­feller – właścicielka większości światowych banków oraz dużych in­westycji w nieruchomościach, komunikacji i ubezpieczeniach.

To oni mówili ostatecznie “tak” albo “nie” każdej decyzji rządu. Teoretycznie mieli tylko głos doradczy. Mogli opiniować poczynania władzy i zgłaszać własne propozycje. Praktycznie byli władzą i każdy, począwszy od prezydenta, poprzez ministrów, strategów i operatorów, na zwykłym konsumencie skończywszy, przyjmował to jako rzecz na­turalną. Tak było od zarania dziejów. Kto ma pieniądze, ten rządzi. Trzeba przyznać, że robili to niezwykle dyskretnie. I nie dlatego, że nie chcieli się narzucać, a dlatego, że nie musieli. Wszelka kontrola była niepotrzebna. Garisonowi nigdy nie przyszłoby do głowy, by się im przeciwstawić, a oni mieli absolutną pewność, że ich nie zawiedzie. Racja stanu i interesy Rady Dwunastu były tożsame.

Taki system rządów zaczął kształtować się jeszcze przed powstaniem Stanów Zjednoczonych Świata. Jego geneza sięgała pierwszej połowy XXI wieku. To wtedy na skutek łączenia wielkich międzynarodowych koncernów powstało 50 “megakarteli”. kontrolujących prawie całą światową gospodarkę. W roku 2031 ich przedstawiciele po raz pierwszy wzięli udział w konferencji dziesięciu najbogatszych państw świata (USA, Niemcy, Japonia, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Kanada, Rosja, Chiny i Indie), zwanej grupą G-lO. Od tego czasu ich znaczenie systematycznie wzrastało.

Cztery lata później właściciele megakarteli zgłosili propozycję zastąpienia istniejących od 2033 roku dwóch glo­balnych systemów monetarnych: euro, obejmującego Europę (z całą Rosją) i Afrykę, oraz dolara, panującego na terenie obu Ameryk, Au­stralii i Azji – jednym środkiem płatniczym: dolarem. W roku 2038 ca­ły świat posługiwał się już tylko nim.

W wyniku dalszej konsolidacji w roku 2042 liczba “megakarteli” zmniejszyła się do 36. Rok później ich właściciele wysunęli postulat utworzenia jednego globalnego państwa. Według nich polityczna mapa kuli ziemskiej przestała odpowiadać jej gospodarczemu charakterowi. W obliczu jednej waluty, unifikacji przepisów handlowych i norm pro­dukcyjnych oraz ujednolicenia systemu miar i wag granice państwowe stały się niepotrzebną formalnością. Za integracją przemawiał również charakter ówczesnej kultury. Ludzie na całym świecie słuchali tej samej muzyki, oglądali te same filmy i kanały telewizyjne, czytali te same ga­zety, tak samo się ubierali.

Coraz mniejsze znaczenie we wszystkich krajach odgrywały też par­tie polityczne. Wobec powszechnej zgody na ten sam model ustroju go­spodarczego różnice światopoglądowe i obyczajowe przestały mieć praktyczne znaczenie. Nie było o co się spierać. Co prawda, w zreduko­wanych formach partie istniały jeszcze ponad trzydzieści lat, ale bez trudu można było działać w polityce również bez ich wsparcia. Liczyły się osobowość, pomysł i pieniądze.

Najlepiej rozumieli to politycy amerykańscy. W roku 2044 wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych Ameryki wygrał Ronald Carter – człowiek urzeczony wizją wielonarodowego państwa obejmującego wszystkie kontynenty, którą znalazł w pracach młodego, świetnie się zapowiadającego ekonomisty Fridricha Morrisa. Razem postanowili wprowadzić je w życie. Morris został jego doradcą ekonomicznym i w oparciu o opracowaną przez siebie “zasadę efektywności” stworzył pierwszy dokładny model funkcjonowania przyszłych Stanów Zjedno­czonych Świata.

Jego projekt wzbudził wielkie zainteresowanie mega­karteli i w roku 2046 stał się oficjalnym dokumentem, ogłoszonym po spotkaniu G-10 i zawiązanej właśnie Rady Trzydziestu Sześciu. Był również podstawą programu kolejnej kampanii prezydenckiej Cartera. Po miażdżącym, wspartym pieniędzmi biznesu zwycięstwie rozpoczęła się ogólnoświatowa akcja promocyjna. Dzięki niej oraz licznym inwe­stycjom megakarteli w krajach słabo rozwiniętych, do idei udało się przekonać zdecydowaną większość mieszkańców globu.

Na kolejnym spotkaniu Wielkiej Dziesiątki i Rady Trzydziestu Sze­ściu powołano zespół, mający przygotować praktyczne zasady funkcjo­nowania nowego państwa i jego konstytucję. Na czele stanął Fridrich Morris. Ustawa zasadnicza, stworzona przez tą grupę była oparta na wzorze konstytucji amerykańskiej.

Ustrój Stanów Zjednoczonych Świa­ta został nazwany “demokracją konsumencką”. Słowa “My, Naród” za­stąpiono słowami “My, Ludzkość“, a słowo “obywatel” – słowem “kon­sument“.  Ta ostatnia kwestia wzbudziła nieco kontrowersji wśród zajmujących się nią ekspertów. Argumenty historyczne przemawiały za tym, by zostawić stare określenie, jednak względy natury praktycznej i niezwykle silne poparcie tej propozycji przez Radę Trzydziestu Sześciu zadecydowały o zmianie. Uzasadniano, że jest to opis stanu faktycznego. Żaden człowiek nie może pozostawać poza systemem dystrybucji han­dlowej, a dzięki zapisowi w konstytucji jego racje będą chronione nawet przy najmniejszej transakcji. Każdy konsument miał prawo do szczęścia i konsumpcji, a zadaniem państwa było stworzenie warunków dla jej maksymalizacji. Wszystko, co temu zagrażało, stało się nielegalne i było zwalczane przez odpowiednie instytucje “z należytą surowością”. By za­pewnić jak największą sprawność pracy systemu państwowego i zmini­malizować koszty ponoszone na jego rzecz przez konsumentów, jako główną regułę działania wprowadzono “zasadę efektywności”. Co było nieracjonalne i niosło za sobą finansowe obciążenia – likwidowano. Z tych powodów władza ustawodawcza i wykonawcza zostały scalone.

Zaproponowano niewielką liczbę ministrów oraz stanowiska strategów i operatorów. Raz na dziesięć lat, żeby nie destabilizować zbyt często sys­temu zarządzania państwem, miały się odbywać wybory prezydenckie. Jeden prezydent mógł sprawował władzę maksymalnie przez dwie ka­dencje. W wyborach prawo wystartować każdy – musiał tylko zebrać brać sto milionów podpisów. Nie było ograniczeń co do finansowania kampanii.

Zgodnie z zasadą efektywności państwo rezygnowało z funkcji kon­trolnych nad nauką, edukacją, opieką zdrowotną i socjalną, ekologią czy sądownictwem. Stanowiska sędziów stanowych były kadencyjne i obsadzane w wyniku wewnętrznych wyborów wśród sędziów danego stanu. Z nich wywodzili się sędziowie Sądu Najwyższego, mianowani raz na pięć lat przez prezydenta. Ze swego grona wybierali potem przewodniczącego, który mógł uczestniczyć w posiedzeniach rządu. Rów­nież co pięć lat na wspólnym posiedzeniu Sądu Najwyższego i Rządu nowelizowano kodeksy prawne.

Państwo wyrzekało się także bezpośredniego wpływu na ekonomię. Jego zadaniem w tej dziedzinie miało być tylko stwarzanie optymal­nych warunków do “swobodnego przebiegu procesów rynkowych” i “pomoc w planowaniu i integrowaniu nowych strategii gospodar­czych”. Nadzór państwowy sprowadzał się do policji, wojska, przestrze­ni kosmicznej i kilku innych pomniejszych dziedzin. Jak skrupulatnie wyliczył Fridrich Morris, globalne koszty sprawowania władzy w takim systemie zmniejszały się prawie dwudziestokrotnie.

Był to jeden z argumentów za głosowaniem “tak” w ogólnoświato­wym referendum, które ostatecznie zadecydowało o powstaniu nowe­go państwa. Marcowy dzień głosowania 2050 roku przekształcił się w ogólnoświatowy wiec poparcia. Ludzie chodzili po ulicach owinięci we flagi w kolorach tęczy, proponowanych jako nowe barwy państwo­we. Małymi chorągiewkami w takich samych kolorach wymachiwały dzieci. Rozdawano tęczowe czapeczki, balony, lizaki. W każdym mie­ście organizowano mitingi, na których słynne postacie świata filmu, estrady i sportu w entuzjastycznym tonie wypowiadały się za tą ideą. Telewizja nieustannie prezentowała wyliczenia, ile na nowym państwie zarobi przeciętny konsument.

Wszystko to było niezwykle efektow­nym zwieńczeniem olbrzymiej, trwającej kilkadziesiąt miesięcy, kam­panii reklamowej. Roztoczyła ona przed społecznością całego świata wizję przyszłych Stanów Zjednoczonych jako krainy szczęścia i dobro­bytu. Wszystko miało być lepsze – począwszy od wschodów słońca, a na przyszłości kolejnych pokoleń skończywszy. Wyniki referendum nie były dla nikogo zaskoczeniem. Za utworzeniem globalnego super­-państwa było 83 procent mieszkańców kuli ziemskiej. Stany Zjedno­czone Świata proklamowano 2 kwietnia tego samego roku, a ich stoli­cą został Nowy Jork.

Pierwsze wybory prezydenckie odbyły się jesienią tego samego roku. Tak jak się wszyscy spodziewali, ich zdecydowanym zwycięzcą został Ronald Carter. Ale mimo powszechnego entuzjazmu, jaki towarzyszył początkom jego prezydentury, udało mu się przetrwać tylko jedną ka­dencję. Nie pomogły nawet wspaniałe wyniki gospodarcze, które osią­gał świat. Jego kontrkandydat w kolejnych wyborach obiecywał wyniki jeszcze lepsze i dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że jest w stanie swo­je obietnice zrealizować.

Był nim Rudolf Trump – jeden z najbogat­szych ludzi na kuli ziemskiej. Największy wtedy właściciel nierucho­mości i potentat w branży budowlanej, członek Rady Trzydziestu Sześciu. Styl jego kampanii prezydenckiej był całkowicie dostosowany do nowych czasów. Wydał na nią kilkaset miliardów dolarów. Olśnił przepychem i sprawił, że ludzie uwierzyli, iż część tych bogactw spły­nie także na nich. Rządził przez dwadzieścia lat. Bez większego trudu wywalczył drugą kadencję. Prawie cały okres jego prezydentury to lata najbardziej dynamicznego rozwoju gospodarczego w dziejach ludzko­ści. Wszystkie teoretyczne przemyślenia Morrisa, wprowadzone w życie za prezydentury Cartera, zgrały się w jedną, sprawnie działającą machi­nę. Nastąpiła kolejna konsolidacja megakarteli.

W roku 2064 ich liczba zmniejszyła się do dwudziestu czterech. Czasy prosperity skończyły się dopiero pod koniec jego rządów. Uśpieni doskonałymi wynikami eks­perci nie zauważyli w porę objawów recesji oraz zlekceważyli szerzący się wtedy, zwłaszcza w Afryce i Azji, propagujący wyrzeczenia material­ne kult Matki Teresy. Kryzys dotknął najbardziej branże budowlaną, energetyczną i transportową. Zachwiała się fortuna samego prezydenta. W takiej nerwowej atmosferze odbyły się kolejne wybory. Wygrał je nie­znany wcześniej szerszej opinii ekonomista z Uniwersytetu Columbia­ Jonathan Ford. Popierała go większość członków Rady Dwudziestu Czterech. Został wypromowany na godnego zaufania specjalistę w nie­pewnych czasach. I nie zawiódł.

Kampania „Wolnych od dwunastki”, ogłoszona w pierwszych latach jego prezydentury, całkowicie odmieni­ła nastroje konsumentów i bez problemów zapewniła mu drugą kaden­cję. Miała też ona wpływ na przekształcenia w gronie megakarteli. Osta­tecznie, po kilku latach przetasowań w roku 2091 ich liczba zmalała do dwunastu.

Wybory w roku 2100 wygrał John Garison III – syn Johna Gariso­na II, jednego z członków dawnej Rady Dwudziestu Czterech. Od dzie­ciństwa mówiono mu, że zostanie prezydentem. Tak postanowił ojciec w momencie jego narodzin. Syn, gdy podrósł, nie miał nic przeciwko temu. Mimo że nigdy nie był błyskotliwym studentem, skończył wy­działy polityki i ekonomii na Uniwersytecie Harvarda. Potem dostał we władanie jedną z firm transportowych ojca. Całą władzę przekazał w rę­ce zarządu, a sam prowadził beztroskie, pełne ekscesów życie światow­ca. Ta strategia przyniosła nadspodziewanie korzystne rezultaty. Firma osiągnęła jeden z najwyższych wskaźników rentowności w całym hol­dingu. Podobnie rzecz się miała jeszcze z dwiema firmami, którymi po­tem zarządzał. To wyrobiło w nim przekonanie, że decyzje dobrze opła­canych fachowców mogą przynieść właścicielowi więcej niż jego własne emocjonalne zaangażowanie.

Z tą wiedzą, przeniesioną na całą gospo­darkę i wiarą w swoją szczęśliwą gwiazdę oraz wielkim finansowym wsparciem ojca, który sprzedał w tym celu część swoich inwestycji, Ga­rison junior wystartował do wyborów. Trwająca ponad cztery lata kam­pania odbyła się pod ogólnikowymi, ale dobrze brzmiącymi hasłami w rodzaju: “Moim celem wasza nie ograniczona konsumpcja” czy “Pie­niądze dla chcących pieniędzy”. Zgodnie ze swoją zasadą, zdał się cał­kowicie na specjalistów. Dzięki jedynemu prawdziwemu talentowi, któ­ry posiadał – umiejętności dobierania sobie właściwych ludzi – byli to najlepsi z najlepszych.

Wizerunek, jaki wykreowali, odpowiadał i jego wyobrażeniu o sobie samym, i potrzebom konsumentów. Podkreślał je­go inteligencję, pragmatyzm w rozwiązywaniu problemów, nie przejmo­wanie się konwenansami i poczucie humoru. Atutem uczyniono także fakt, że jest synem swojego ojca: ma we krwi mechanizmy rządzące wielkim biznesem i będzie robił wszystko, by gospodarka, której czę­ścią jest jego rodzinny majątek, rozwijała się jak najlepiej. Gdy został prezydentem, miał 44 lata. W następnej kampanii wyborczej bazował na sukcesach pierwszej kadencji. Dodatkowo dorzucił rozdawnictwo akcji dla biednych. Te rzeczy i, jak zwykle, pieniądze ojca zapewniły mu kolejne dziesięć lat rządów, z których półtora było za nim.

Przyzwyczaił się do władzy do tego stopnia, że coraz częściej go nu­dziła. Był dużym dzieckiem, któremu ciągle podsuwa się nowe zabaw­ki i które szybko potrzebuje następnych.

“Za łatwo mi idzie” – myślał czasami. Niezwykle wystawny styl panowania nie zaspokoił wpojonego mu w dzieciństwie poczucia wyjątkowości. Jego ambicja wymagała cze­goś, co wyróżni go spośród dotychczasowych prezydentów. Miejsce w historii miał już zapewnione, ale gdy Carter był “pierwszy”, Trump osiągnął “największy wzrost gospodarczy”, Ford wylansował “Wolnych od dwunastki” – najbardziej znanym faktem prezydentury Garisona było ciągle to, że jest “czwarta”. Musiał to zmienić. W “skoku kon­sumpcji”, którego domagała się od rządu Rada Dwunastu, intuicyjnie wyczuł kolejną szansę. Chciał ją wykorzystać.

Źródła wybranych fragmentów książki: [1] [2] [3]

 

Z Martinem Abramem, autorem książki rozmawia Rafał Łączny.

Po przeczytaniu ostatnich stron Pana powieści „Quo Vadis Trzecie tysiąclecie” przyznam, że zacząłem się zastanawiać czy jest Pan aż tak wielkim pesymistą, czy może jednak tak doskonałym obserwatorem tego, co dzieje się wokół nas?

Martin Abram: Dlaczego pesymistą? Końcowe strony może rzeczywiście są tragiczne, ale wizja w finale książki budzi otuchę. Po latach prześladowań chrześcijaństwo jednak odradza się. Sama historia ma ostrzec przed światem, który się zbliża, a właściwie już jest. Książka, jak chyba większość publikacji futurystycznych, opisuje rzeczywistość i tylko pewne rzeczy wyolbrzymia. Nie ma w niej niczego, czego bym nie zaobserwował w otaczającym mnie świecie, gdy dwanaście lat temu powstawała. Nieustannie pojawiają się pomysły, podobne do tych, które opisałem. Chrześcijaństwo próbuje się ograniczyć do niewielkiej enklawy, a świat zbudować na jakiejś nowej ideologii. Jednak wydźwięk książki jest optymistyczny. Wydaje mi się, że te próby – mam taką nadzieję – nigdy ostatecznie nie zwyciężą.

Nakreślmy w kilku zdaniach fabułę. Zasadniczy szkielet powieści oparł Pan o tekst „Quo Vadis” Henryka Sienkiewicza. Przenosi Pan jednak czytelnika w XXII wiek. Oto maluje się przed nami świat niemal idealny. Istnieje tylko jeden kraj – Stany Zjednoczone Świata. Jego obywatele to sami szczęśliwi konsumenci. Istnieje też – co prawda nieliczna – ale rozsiana po całym globie grupa może nie tylko kontestatorów, co tych, którzy chcą żyć inaczej. To właśnie chrześcijanie. Dlaczego skorzystał Pan ze szkieletu zaproponowanego już przez Sienkiewicza?

Martin Abram: Pomysł książki narodzin się w 1999 roku, kiedy świat opanowało „milenijne szaleństwo”. Nieustannie mówiono o jakiś pluskwach milenijnych, które miały się pojawić wraz z nadejściem XXI wieku i innych milenijnych bzdurach, na których robiono wielki biznes. Wydawało mi się to nielogiczne, bo przecież XX wiek nie kończył się wraz z rokiem 1999, a z 2000. To, że tylu ludzie uwierzyło w „milenijne szaleństwo” było dla mnie znakiem, jak ogromna jest siła komercji. Moja myśl powędrowała wtedy do początków naszej ery. Dlaczego mówimy o wieku XX? Od kiedy liczy się ten czas? Pomyślałem o narodzinach Chrystusa, chrześcijaństwie… i tak pojawiło się skojarzenie z „Quo Vadis” Sienkiewicza, które o początkach chrześcijaństwa opowiada. Pomyślałem sobie, że jeśli tę w gruncie rzeczy dość archaiczną fabułę o miłości, ale i o prawdach wiary, którą napisał Sienkiewicz, da się przenieść w XXII wiek i jeśli taki zabieg się obroni, i opowiadana historia będzie wciągająca dla czytelnika, to będzie to tym samym oznaczać, że broni się samo chrześcijaństwo; że chrześcijaństwo z tą prostą historią było prawdziwe zarówno dwadzieścia wieków temu, jest teraz, jak i będzie w przyszłości. Mam nadzieję, że to się udało. Głosy czytelników mówią, że tak. Moja idea, która legła u podstaw książki, sprawdziła się. Chrześcijańskie prawdy są wieczne i niezmienne. W tym tkwi ich siła. Niezależnie od czasów chrześcijanie są wyzwaniem dla otaczającego ich świata i tym wyzwaniem pozostaną.

Uzupełnijmy tę fabułę o kilka dodatkowych szczegółów. Słysząc o książce futurologicznej można się spodziewać UFO-ludków, latających pojazdów, czy robotów na usługach ludzi. Jednak nic takiego nie znajdziemy w Pańskiej książce. Ten świat przyszłości wydaje się łatwiejszy dla człowieka, wygodniejszy, co nie znaczy, że prostszy, pozbawiony trosk codzienności. Czy zatem łatwo jest „projektować przyszłość”?

Martin Abram: Przyznam, że nie specjalnie się na tym koncentrowałem. Jeśli opisywałem jakiś gadżet to starałem się to robić na tyle ogólnikowo, żeby czytelnik sam mógł sobie wyobrazić jak taki przedmiot wygląda. Tak jest choćby z pojawiającą się w powieści pomnażarką pieniędzy. Założyłem też na przykład, że będą istniały jakieś pojazdy, którymi ludzie będą się poruszali. Uznałem, że mimo wszystko będzie to coś w rodzaju samochodu, ale nie opisywałem dokładnie jego wyglądu i zasady działania. Czytelnik może tu wstawić własne wyobrażenie na ten temat, że np. jest to rodzaj poduszkowca. Generalnie jednak, nie budowałem tego świata w oparciu o gadżety, które mogą ów świat przyszłości wypełniać. Nie chciałem popaść w jakieś błędne przewidywania. Interesowały mnie przede wszystkim mechanizmy, które tym światem rządzą. Ale i w tym wypadku potęgowałem tylko to, co już dzieje się na naszych oczach.

Wspomina Pan o mechanizmach, które wyolbrzymione stały się elementem świata w Pana powieści. Czy zatem Pana zdaniem założenia, reguły, które dzisiaj rządzą współczesnym światem mogą nas doprowadzić do takich sytuacji, jakie opisuje Pan w książce? Pozwolę sobie podać przykład. Pojawia się u Pana „Rada Dwunastu”, która w przyszłości de facto rządzi światem. Do owych dwunastu osób należy 80 proc. globalnego kapitału. Tymczasem już dzisiaj 46 proc. światowego bogactwa znajduje się w rękach 1 proc. populacji. Smutna konkluzja jest taka, że te dysproporcje wciąż będą narastać.

Martin Abram: To co Pan mówi tylko potwierdza to, o czym pisałem. Koncentracja kapitału to w pewnym sensie proces naturalny, jeśli założymy, że zysk jest głównym motorem działania w gospodarce. Już dzisiaj wielkie koncerny, które operują na całym świecie, nie są przedsiębiorstwami narodowymi. Mają co prawda swoją siedzibę w jakimś konkretnym kraju, ale tak naprawdę ich wpływy obejmują cały świat. Weźmy za przykład firmę, która produkuje środki chemiczne i pieluszki. To dziś przeogromna potęga, która jest w stanie dyktować pewne rozwiązania nawet rządom, np. wymuszając ulgi podatkowe. W ciągu zaledwie kilku lat temu koncernowi udało się zalać Chiny swoimi jednorazowymi pieluszkami. To zmierza w tym kierunku.

Ostatnio czytałem wywiad z laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii Muhammadem Yunusem. Mówi w nim, że zysk nie może być jedynym wyznacznikiem działalności firmy. Jego zdaniem, aby świat funkcjonował w miarę dobrze, a ludzie czuli się szczęśliwi, trzeba brać pod uwagę także inne czynniki oprócz zysku, w tym choćby względy społeczne: to jak ktoś czuje się w danej firmie, ile ma wolnego czasu, by poświęcić się rodzinie. Moja książka jest więc także apelem, żeby jeśli nie da się odwrócić procesu konsolidacji, to przynajmniej, by ten świat ekonomii, wielkich megakarteli trochę uczłowieczyć, dać mu ludzką miarę.

Jak rozumiem nie należy Pan do opisywanej w swoje książce Ligi Rzeczy Niereklamowanych?

Martin Abram: To w gruncie rzeczy pomysł wzięty z życia. Liga Rzeczy Niereklamowanych narodziła się w głowie jednego z bohaterów powieści, Tobiego, gdy kupował nożyki do golenia. Okazuje się, że nie mógł kupić tych nieco starszej generacji. To jest po prostu moja historia. Chodziłem przez kilka dni po wszystkich możliwych sklepach w Warszawie, próbując kupić nożyki, które pasowałyby do starej maszynki do golenia. Nawet podczas różnych wyjazdów zaglądałem w tym celu do sklepów w innych miastach. Niestety bez efektu. W powieści zwielokrotniłem absurd tej sytuacji pisząc o jakiś fotokomórkach, czujnikach, które znajdują się w tych nowoczesnych nożykach, ale to po prostu mi się przydarzyło.

Oczywiście, gdy już na potrzeby książki wymyśliłem Ligę Rzeczy Niereklamowanych z ciekawości, czy się uda, kupowałem rzeczy, o których nigdy wcześniej nie słyszałem. Okazało się to jednak trudne. Istnieje, opisany przez psychologów mechanizm, że nawet jeśli nie aprobujesz danego przekazu reklamowego, albo starasz się go ignorować, to jednak zapamiętując tylko nazwę jakiegoś produktu, podczas zakupów wydaje ci się on bardziej przyjazny i go kupujesz. Także ulegam tym mechanizmom. To, że zdaję sobie z nich sprawę to już wiele. Pozwala mi to czasami sięgać po coś, co jest „obok”, ale pewnie ten produkt też kiedyś będzie reklamowany, albo już był, tylko ja akurat na tę reklamę nie trafiłem.

W „Quo Vadis Trzecie tysiąclecie” chrześcijanie zostają zepchnięci do podziemi, a Kościół katolicki zdelegalizowany. W jednej ze scen bohaterka o imieniu Angel trafia do aresztu za odmówienie w miejscu publicznym modlitwy przed jedzeniem. Czytając ten fragment przypomniała mi się sprawa jednej z brytyjskich pielęgniarek, która straciła pracę za noszenie krzyżyka w widocznym miejscu. Dzisiaj coraz częściej mówi się o tym, że religia powinna być obecna jedynie w sferze prywatnej. Pana zdaniem ten proces będzie się jeszcze pogłębiał?

Martin Abram: W tej kwestii ma Pan z pewnością lepszy obraz niż ja, bo nie jestem publicystą i nie śledzę tych spraw na bieżąco, ale przypadki, których użyłem w powieści nie są zmyślone. Słyszałem o zakazie noszenia krzyżyka i po prostu to opisałem. Moglibyśmy mnożyć podobne przykłady. W jakimś angielskim mieście w witrynie sklepowej pojawiła się świąteczna dekoracja z elementami chrześcijańskimi. Rada miejska nakazała właścicielowi sklepu usunięcie tej dekoracji. Inny przykład, sprzed kilku lat, już po napisaniu mojej książki: chrześcijańskie organizacje adopcyjne w Wielkiej Brytanii nie mogą odmówić, gdy o adoptowanie dziecka zwracają się do nich pary homoseksualne. Dla mnie jest to ewidentne łamanie sumienia. Jeśli homoseksualiści mają tam prawo do adopcji to przecież nie muszą przychodzić do chrześcijańskich ośrodków. Ta sytuacja to absurd i muszę przyznać, że jestem nią bardzo zbulwersowany.

Próby spychania chrześcijaństwa poza społeczny nawias są więc wciąż podejmowane, ale mam nadzieję, że mimo wszystko zdrowy rozsądek, ale także prawda, który za tym zdrowym rozsądkiem się kryje, zwycięży i nie dojdzie do takiej sytuacji, że chrześcijaństwo zejdzie do podziemi.

Traktuje Pan tę książkę, którą niektórzy określają mianem fikcji teologicznej, jako przestrogę dla nas współczesnych, by się obudzić, pomyśleć, zreflektować, by nie doprowadzić do sytuacji, które Pan opisuje?

Martin Abram: Jest to rzeczywiście apel o refleksję, o zastanowienie się nad sobą, o dokonywanie właściwych wyborów w życiu, dawanie świadectwa, bo to ważne, by w różnych sytuacjach po prostu przyznawać się do tego, że jesteśmy katolikami, czy ogólnie chrześcijanami, począwszy od noszenia krzyżyka, poprzez przeżegnanie się w miejscu publicznym, po zabieranie głosu w debacie politycznej. Nic w tym złego, to nas określa i nie powinniśmy się tego wstydzić. Powieść jest również, apelem – być może naiwnym – o budowanie świata prawdziwej tolerancji, także dla ludzi wierzących.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Rafał Łączny

Źródło: Strona Ewy Stankiewicz (Lis 25, 2013)

Tags: , ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=71646 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]