Wspomnienia nauczyciela akademickiego. Kilka pytań, na które moi studenci nie potrafili znaleźć odpowiedzi…

Aktualizacja: 2013-11-3 7:34 pm

W roku akademickim 2011/12 działało w Polsce 460 wyższych uczelni, w tym 328 niepublicznych. Pobierało nauki 1 764 tys. studentów (520 tys. w uczelniach niepublicznych), a dzieliło się z nimi wiedzą 16 tys. nauczycieli akademickich. Przez krótki okres byłem jednym z nich.

Warsztaty

Pierwsze doświadczenia akademickiego belfra zaliczyłem w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. M. Wańkowicza, gdzie na drugim roku studiów miałem poprowadzić tzw. warsztaty dziennikarskie. Moim zadaniem, co przewidywał program studiów, było nauczenie młodych ludzi pisania reportażu. Było to przedsięwzięcie dosyć karkołomne, podobne do zatrudnienia poety na wydziale polonistyki z zadaniem nauczenia młodzieży pisania wierszy.

Podzieliłem się tą refleksją już na pierwszych zajęciach, dodając, że wprawdzie najważniejszy jest talent, ale można się nauczyć warsztatu, analizując i „podglądając” reportaże najwybitniejszych twórców tego gatunku. Reportaże – kontynuowałem – można podzielić na kilka gatunków, ale dwa są najważniejsze: reportaż uczestniczący i nieuczestniczący.

Pierwsze pytania

– Czy moglibyście – tu zwróciłem się do studentów – podać mi jakieś przykłady tych dwóch gatunków.

Nastąpiła krępująca cisza. – Patronem uczelni, na której studiujecie, jest znakomity reportażysta, który między innymi napisał „Monte Cassino”. To był klasyczny reportaż uczestniczący, gdyż Wańkowicz, jako korespondent wojenny, był na miejscu bitwy.

Niestety nikt z moich studentów nie czytał tej książki. – A czy czytaliście jego reportaż o tych, którzy jakoby mieli iść czwórkami do nieba?

Nie było żadnej reakcji (zapewne wszyscy przysypiali na lekcjach polskiego, gdy omawiano poezję pana Ildefonsa), więc już wprost zapytałem, czy słyszeli o Westerplatte?

Owszem, słyszeli, nawet nie pomylili wojen światowych, ale książki nikt nie czytał. Niezrażony wyjaśniłem, że „Westerplatte” jest klasycznym reportażem nieuczestniczącym, że powstał on po wielogodzinnych rozmowach Wańkowicza z komendantem placówki, majorem Henrykiem Sucharskim, na krótko po wyzwoleniu z oflagu, w którym major spędził wojnę.

Zwróciłem uwagę, że pisanie reportażu nieuczestniczącego obarczone jest ogromnym ryzykiem napisania nieprawdy i że tak było z reportażem Wańkowicza, który stworzył hagiografię i mit Sucharskiego, a mit ten dopiero po pól wieku udało się zweryfikować. Natomiast nazwisko kapitana Franciszka Dąbrowskiego moi studenci usłyszeli po raz pierwszy. Już tylko dla porządku: nikt nie tylko nie czytał żadnej książki patrona szkoły, ale nawet nie potrafił wymienić tytułu.

Przez cały semestr na kolejnych zajęciach analizowaliśmy wskazane przeze mnie króciutkie reportaże mistrzów i niezmiennie zaskakiwała mnie świeżość i czasami wręcz wzruszająca wrażliwość, nieobciążona bagażem wcześniejszych lektur.

Film o Szwejku

Warunkiem zaliczenia prowadzonych przeze mnie warsztatów było samodzielne napisanie reportażu. Ale o czym? – denerwowali się studenci. Można na każdy temat: o swoich sąsiadach, o wycieczce do lasu, o swoim hobby. – Ja nie mam żadnego hobby – pożaliła się jedna ze studentek – ale chodzę na lekcje tanga. – Świetnie, znakomity temat na reportaż, czy czytała pani „Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych” Hrabala? Nie czytała. A jakąś inną książkę tego znakomitego pisarza? Też nie. A ktoś na sali? Milczenie. Czy ktoś czytał jakąkolwiek książkę czeskiego autora albo przynajmniej potrafi wymienić nazwisko któregoś z całej plejady znakomitych czeskich pisarzy? To samo. A „Przygody dobrego wojaka Szwejka”? Znamy, znamy, wiemy, o co chodzi, widzieliśmy przecież film.

Moi studenci byli bardzo mili, mieli dużo młodzieńczego zapału, wielką ochotę zrobienia kariery w żurnalistyce i zasilenia czwartej władzy. Niektórym na pewno to się uda.

Bezbronni

Nie sądziłem, że po opisanym, a dojmującym dla mnie doświadczeniu z „Wańkowiczem”, powtórzę kiedykolwiek eksperyment z nauczaniem akademickim. Stało się inaczej: uległem perswazji mojego przyjaciela, który był rektorem jednej z prywatnych uczelni w mieście wojewódzkim. Miałem prowadzić zajęcia na ostatnim roku studiów magisterskich na wydziale „Stosunki międzynarodowe”. Ponieważ dotyczyło to studiów zaocznych, obciążenie nie było zbyt dokuczliwe i musiałem spotykać się ze swoimi studentami na kilka godzin – raz na miesiąc, w niedzielę. Jego magnificencja dał mi dużą swobodę w zakresie tematyki zajęć, zdecydowałem się skoncentrować na zagadnieniach związanych z technikami manipulacji i marketingu politycznego.

Pierwsze wrażenie było lepsze niż w „Wańkowiczu”, gdyż moi studenci byli w okolicach trzydziestki, wszyscy gdzieś pracowali, większość pozakładała rodziny, krótko mówiąc, nie była to już smarkateria. W dodatku każdy z nich za kilka miesięcy miał zostać magistrem.

Na pierwszych zajęciach powiedziałem moim studentom, żeby niczego nie notowali, że nie będzie to wykład, tylko rozmowa. Że będę ich inspirował i czasami wręcz prowokował, żeby w ramach poruszanych tematów formułowali własne sądy .Gdy omawialiśmy techniki manipulacji, studenci ze zgrozą skonstatowali, że bardzo łatwo ulegają takim praktykom.

– Jak się przed tym bronić? – spytała jedna ze studentek. – Trzeba być sceptycznym, nie dawać wiary jednej stacji telewizyjnej czy jednej gazecie, trzeba zbierać informacje z różnych źródeł i potem samodzielnie wyciągać wnioski.– Na to nie mamy czasu, mamy pracę, mamy rodziny.

Oni wobec potężnej machiny medialnej byli w istocie bezbronni, w dodatku nie chronił ich pancerz jako-takiej ogólnej erudycji.

Penderecki– przyjaciel Wilsona

Najlepiej pokaże to dialog, jaki wywiązał się na jednych z ostatnich zajęć. Przyjechał właśnie do Polski prezydent Barack Obama – zadałem więc moim studentom, niedoszłym magistrom „stosunków międzynarodowych” pytanie: jak na przestrzeni dziejów wyglądały stosunki polsko-amerykańskie? Ponieważ nikt się nie wyrywał zacząłem zaczepnie. Jak to było w czasach Kazimierza Jagiellończyka?

Przerwałem kilkunastosekundową ciszę. – Nie mogło ich być, bo Kolumb nie dopłynął do Ameryki. Na sali ktoś się zaśmiał, nastąpiło odprężenie. – A jak to wyglądało w czasach walki Ameryki o niepodległość, pojawiły się wtedy dwa polskie nazwiska? Półminutowa cisza. Nie znacie nazwiska Kościuszko?. – Ależ naturalnie – zaczęli się przekrzykiwać – ale pan nas speszył tym Jagiellończykiem. – A drugi Polak był kawalerzystą, zginął, dowodząc szarżą, do dziś jest w USA obchodzone święto jego imienia? Nie pomogły dodatkowe informacje, nie słyszeli o Pułaskim.

No dobrze, a jak było w czasach wojny secesyjnej? Znowu cisza. – Nie było wtedy Rzeczypospolitej, mieliśmy Powstanie Styczniowe. Żeby rozładować sytuację, zacząłem opowiadać, jak to w Warszawie jeden z placów na Żoliborzu nazwano przed wojną Placem Wilsona, w PRL zmieniono mu nazwę i przywrócono po 1989 r. – Czy wiecie, kim był Wilson? Nie wiedzieli. – Był prezydentem Stanów Zjednoczonych – tłumaczyłem zażenowany – który pod koniec I wojny światowej ogłosił plan pokojowy nazwany:„14 punktów Wilsona”. A 13. punkt zawierał postulat odbudowy państwa polskiego z dostępem do morza. Historycy, zapewne nie bez racji, tłumaczą ten gest Wilsona faktem bliskiej i wieloletniej przyjaźni amerykańskiego prezydenta z wybitnym polskim muzykiem – kończyłem wykład. Czy wiecie o kim mówię? Cisza się przeciągała i stawała nieznośna. Nie wytrzymałem i warknąłem niewyraźnie P…….ski. – Wiemy, wiemy: Penderecki.

Pointa

III RP szczyci się tym, że skokowo wzrosła liczba Polaków mających wyższe wykształcenie. W roku 2012 39,1% Polaków w przedziale wiekowym 30-34 lata miało ukończone studia. Ten wskaźnik był wyższy od wskaźnika dla całej Unii Europejskiej, ba – był nawet wyższy od wskaźnika w Niemczech. O jakości studiów jakoś się nie mówi, natomiast trzeba odnotować, że w światowych rankingach wyższych uczelni tylko uniwersytety Warszawski i Jagielloński mają jako-taką pozycję (pomiędzy 300 i 400), z tendencją, niestety, opadającą.

I na koniec jedno zasłyszane zdanie, którego kategoryczna diagnoza wydawała się przed moimi akademickimi epizodami skrajnie przesadzona: „Nikt nic nie czyta, jeśli czyta, to nie rozumie, a jeśli nawet rozumie, to nie pamięta”.

Andrzej Gelberg
http://wpolityce.pl

Tags:

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=71000 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]