Rok leminga, rok hieny

Aktualizacja: 2013-01-3 11:19 am

Początek każdego roku to zwykle czas ogłaszania zwycięzców rozmaitych tytułów: „człowieka roku”, „polityka roku”, „pisarza roku”, „kariery roku”, „klapy roku” i tym podobnych. Chciałbym wnieść swój skromny wkład w ten zwyczaj i zgłosić nominację do tytułu bohatera roku 2012, którym – w moim przekonaniu – winien zostać mianowany leming.

To niewielkie zwierzątko, będące dotąd synonimem bezmyślności i ulegania przez jednostkę obłędnemu instynktowi stadnemu, stało się bowiem w Polsce bohaterem poważnej (jeśli AD 2012 można jeszcze było mówić o jakiejkolwiek powadze) debaty publicznej. Jak do niej trafiło? Czy wykreowali go politycy z pierwszych stron gazet, czy wielkonakładowe media? Owszem, oni też mieli swój udział w tym wielkim sukcesie, jednak „leming” wylągł się gdzieś indziej. W sieci. I do tego w jej prawicowym sektorze.

Z forów do publikatorów

Gdzieś około dwóch lat temu spotkałem się na którymś z forów internetowych ze słowem „lemingi”, użytym jako określenie licznej grupy mieszkańców naszego nieszczęsnego kraju, skwapliwie połykających papkę informacyjną serwowaną im przez największe media i na niej budujących swój obraz świata, będących jednocześnie – tak się dziwnie składa – wyborcami Jedynej Słusznej Partii (niezależnie od tego jaką aktualnie nazwą się ona posługuje). Nie byłem jedynym, któremu termin wydał się bardzo trafny i – co tu ukrywać – dość błyskotliwy, nic więc dziwnego, że już wkrótce „leming” wszedł na stałe do języka prawicowych portali. Na dobre spopularyzowały go jednak dopiero zeszłoroczne publikacje „Uważam Rze”, których autorzy podjęli próbę sformułowania definicji „leminga”, znacznie zawężając przy tym zresztą jego desygnat do mieszkającego w dużym mieście stosunkowo młodego i zamożnego pracownika korporacji, rezygnującego z samodzielnego myślenia na rzecz przyswajania komunikatów TVN-u i „Gazety Wyborczej” i desperacko próbującego nadążać za wszelkimi modami, propagowanymi przez owe media.

To zawężenie, choć wykluczające z grona lemingów całą masę osobników jak najbardziej na to miano zasługujących, miało jednak tę zaletę, że jak każdy konkret – dotknęło tych, których najcelniej opisywało. Odezwał się więc klangor całej masy lewicowych publicystów, próbujących zagłuszyć wrażenie, jakie na samych lemingach zrobiło celne ich zidentyfikowanie, a później oswoić ów obrazoburczy termin i w miarę możliwości przeinaczyć jego sens.

Pisano więc, że owszem, może istnieją lemingi lewicowe, ale są również i prawicowe (tak jakby w Polsce mainstreamowe massmedia elektroniczne znajdowały się w rękach prawicowych jastrzębi), że wyśmiewanie się z lemingów to właściwie atak na całą polską inteligencję lub (to już inny publicysta) całą polską klasę średnią, w pocie czoła wykuwającą lepsze jutro dla całego kraju (tak jakby leming miał coś wspólnego z inteligencją czy niezależnością stanowiącą o przynależności do klasy średniej). „Wszyscy jesteśmy lemingami” – zdawali się wołać wychowawcy współczesnej ćwierćinteligencji.

Hola, hola, samozwańczy obrońcy lemingów! Wy akurat na miano tych głupiutkich, ale bądź co bądź jednak dość sympatycznych zwierzątek, wcale nie zasługujecie! Wy jesteście bezwzględnymi, przebiegłymi kuglarzami, a w najlepszym wypadku zwykłymi szujami, prowadzącymi masy biednych lemingów w przepaść i zbijającymi na tym fortuny, realizującymi swoje chore ambicje czy programy ideologiczne. Lemingi to nasi zabłąkani bracia, których chcemy zbudzić z letargu i pokazać, dokąd prowadzi droga, jaką ich wiedziecie. Wy zaś stanowicie część układu, który jest jak nowotwór na ciele narodu. I który – jak nowotwór – musi zostać wycięty.

Trafieni w czuły punkt, czyli w… język

Dlaczego jednak „leming” tak zabolał liberalnych publicystów, dlaczego niewinne z pozoru publikacje, spotkały się z tak pryncypialną i gremialną odpowiedzią? Bo okazało się, że zanim termin ten trafił do mediów głównego nurtu, zagościł już na stałe w potocznym języku, o czym zaświadczyła ujawniona wypowiedź przedstawiciela jednego z medialnych potentatów, który lemingami określił odbiorców swej własnej stacji.

A przecież język jest najważniejszym frontem trwającej od wieków wojny o kulturę pomiędzy wrogami cywilizacji chrześcijańskiej a jej obrońcami. Świadomość tego od zawsze (czyli od swego aktu założycielskiego – lucyferowskiego „non serviam!”) ma lewica, która na różnych etapach swojej działalności – czy to spisków lóż i bractw, rozmaitych rewolucji i puczów, marszu przez instytucje czy sprawowania władzy wreszcie – zawsze starała się mieć przede wszystkim wpływ na język, nie tylko debaty publicznej, ale także – a może przede wszystkim – ulicy. Od oświeceniowców, przez bolszewików do współczesnych prekursorów neotrybalizmu – szczególną opieką rewolucjonistów zawsze cieszyli się językoznawcy, literaci, dziennikarze. Kontrola nad językiem to przecież wpływ na sposób myślenia mas, możliwość ich mobilizacji przez nazywanie wroga, definiowanie zagrożeń, lęków, nadziei.

Nic dziwnego, że w dotychczasowych dziejach III RP to lewica, kontrolująca w niemal 100 procentach duże media, miała absolutny monopol na tworzenie, wprowadzanie do obiegu i czynienie kanonicznymi rozmaitych pojęć, czy to mających stygmatyzować – jak choćby „zoologiczny antykomunizm” – czy stworzonych, by zaciemnić istotę rzeczy – jak „kochający inaczej”. To lewicowe ośrodki propagandowe, działając na zasadzie miliona kropel drążących skałę, albo raczej miliona bzdurnych komunikatów drążących świadomość ogółu, zmieniały sens słów, niekiedy zupełnie go nicując, odwracając o 180 stopni.

Zemsta za „moherowe berety”

Jako przykład pozwolę sobie przytoczyć dzieje pojęcia „moherowe berety” – choćby z takiego powodu, że miałem okazję być obecny przy jego narodzinach. Wraz z grupą krakowskich dziennikarzy katolickich w końcówce lat dziewięćdziesiątych zaczęliśmy w ten żartobliwy sposób nazywać zastępy starszych wiekiem, lecz silnych duchem i energicznych niewiast, w większości zagorzałych słuchaczek Radia Maryja, tłumnie pojawiających się na rozmaitych prawicowych imprezach. Moherowe nakrycia głowy, które stały się ich znakiem rozpoznawczym, kojarzyły nam się z tradycyjnymi wojskowymi beretami, od których potoczną nazwę brały rozmaite wojskowe formacje, choćby wojska powietrznodesantowe określane mianem „czerwonych beretów”.

„Moherowe berety” było więc początkowo określeniem żartobliwym, ale nie złośliwym, a nawet nacechowanym sympatią i pewną dozą podziwu, jednak z czasem zaczęło żyć własnym życiem w mediach, stopniowo zyskując – kompletnie różniący się od pierwotnego – szyderczy i pejoratywny wydźwięk. Ostateczny wyraz ów proces znalazł w retoryce polityków Platformy Obywatelskiej, którzy dokonali podziału Polaków na opowiadających się za nowoczesnym państwem, wykształconych i zadowolonych z „przemian demokratycznych”, uczęszczających do tzw. Kościoła łagiewnickiego właścicieli aksamitnych kapeluszy, oraz ciemnych, zacofanych, „niezaradnych życiowo” zwolenników tzw. katolicyzmu toruńskiego i moherowych beretów właśnie.

Od tego czasu wystarczyło wyartykułować jakikolwiek pogląd mający znamiona nieposiadającego salonowego „imprimatur”, aby zostać mianowanym „moherowym beretem”, a to z kolei zapewniało wykreślenie z grona osób „cywilizowanych”, z którymi w ogóle można rozmawiać. Co prawda prawica stosunkowo łatwo poradziła sobie z „moherowymi beretami” – młodzi, energiczni, wykształceni i dobrze usytuowani konserwatyści, których trudno byłoby ustawić w jednym szeregu ze wspomnianymi wcześniej starszymi paniami, zaczęli ochoczo zapisywać się w poczet „Polski moherowej”, wytrącając tym samym adwersarzom broń z ręki, jednak „moherowy” młot na wrogów lewicy nadal niekiedy bywa używany.

„Lemingi” są więc swoistą zemstą prawicowej opinii publicznej za „moherowe berety”. Nerwowość rozmaitych „arystokratów dziennikarstwa”, jaką wywołały, wynika ze zwykłego strachu, że monopol lewicy na narzucanie języka debaty publicznej może zostać ostatecznie przełamany i to pomimo posiadania przez nią miażdżącej przewagi w mediach głównego nurtu. Jako, że nie jest to pierwszy przypadek nadwyrężenia owego monopolu, należy mieć nadzieję, że proces jego erozji – przede wszystkim dzięki istnieniu Internetu – będzie postępował również w następnych latach.

Jaki 2013?

Niestety, miniony rok zasłużył sobie na miano Roku Leminga jeszcze z innego, znacznie bardziej istotnego powodu. Otóż zjawisko lemingozy miało się przez całe dwanaście miesięcy doskonale, umożliwiając prawdziwym – nie tym, których oglądamy w telewizyjnych wiadomościach – władcom naszego nieszczęsnego państwa dalszy jego demontaż. Czy również rok 2013 upłynie pod znakiem futerkowego zwierzątka? Nie, to nam już chyba nie grozi, zważywszy bowiem coraz bardziej wzmagającą się aktywność antychrześcijańskiej hołoty, można wysnuć przypuszczenie, że będzie jeszcze gorzej. To może być Rok Hieny. Albo Pawiana.

Piotr Doerre

Tags:

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=66063 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]