Mater Poloniae dolorosa – o ataku na Królową Polski

Aktualizacja: 2012-12-26 9:03 am

Ksiądz Boniecki z jego wizją modernistycznego Kościoła w wersji „holenderskiej” czy „gazetowo-wyborczej”, Nergal na pierwszych stronach gazet, wyśmiewanie ludzi modlących się na ulicach i w kościołach, ataki na krzyż pod Pałacem Namiestnikowskim. To trwa od lat. Od czasu katastrofy smoleńskiej przybrało zaś na sile w sposób przerażający. Ciśnięcie żarówkami z farbą w Obraz-Symbol, Obraz-Świętość, Obraz-Kwintesencję Polski – to nie jest przypadek. To efekt.

Czterdzieści tysięcy wojowników Batu-chana wyjęło strzały z kołczanów, po czym nałożyło je na cięciwy. Wystrzelone w górę pociski zawyły diabelskim jazgotem i zasłoniły całe niebo, po czym spadły na głowy mieszkańców Kijowa. Był 6 grudnia 1240 r. Zaczynało się mające trwać tydzień oblężenie.

Uratowana z pożogi, czyli na plecach św. Jacka

Największa metropolia tej części Europy, stolica Rusi, porównywalna jedynie z Konstantynopolem, miała upaść. Zagłada czekała liczne cuda architektury kijowskiej, m.in. Cerkiew Dziesięcinną mierzącą 45 m wysokości, zbudowaną z chersońskich marmurów, o kolorowych witrażach wypełniających okna i wielkim rydwanem z brązu przed wejściem. Gdy gród Kija, tak malowniczo położony na wzgórzach, płonął, ciągle jeszcze opierając się najeźdźcom, w drewnianym kościele o.o. Dominikanów rozegrała się scena, która stała się częścią legendy jednego z najwspanialszych polskich świętych – Jacka Odrowąża.

Ten uczeń samego świętego Dominika, pierwszy polski „pies pana” (Domini canis), był nie tylko założycielem polskiej prowincji zakonu, ale także szerzył działalność misyjną na terytorium Rusi. Podobno przebywał w Kijowie, gdy zza skutego lodem Dniepru leciały płonące pociski. Pożar trawił już większą część miasta. Kościół i klasztor dominikański leżały w lackiej dzielnicy, przy bramie – także zwanej przez kijowian lacką, czyli polską. (Jak domniemywał prof. Aleksander Brückner, terminy „lach” i „lacki” wzięły się od tego, iż używaliśmy wtedy przede wszystkim łaciny, stanowiliśmy więc swoiste Lacjum w tej części Europy). Świątynia stanęła w ogniu. Według legendy, Jacek wraz z kilkoma braćmi próbowali w ostatniej chwili ratować, co się da – przede wszystkim naczynia liturgiczne, które stanowiły największą wartość. Odrowąż chwycił monstrancję, by ocalić przed zniszczeniem także to, co najcenniejsze z punktu widzenia wiary, czyli Najświętszy Sakrament. Gdy biegł w stronę wyjścia, wśród spadających, rozżarzonych belek usłyszał za sobą głos: „Dokąd uciekasz? Zostawisz mnie? Nie zabierzesz ze sobą?”. Odwrócił się i zdumiony zobaczył, że mówi do niego posąg Matki Bożej. Wrócił więc po alabastrową figurę Madonny, wziął ją na barki i wyniósł z płomieni. Bał się, że posąg będzie za ciężki, że go nie udźwignie. Jednak Ona dodała mu sił. Podobno doradziła także ucieczkę za Dniepr, pomimo oblężenia. Tak też uczynił, zabierając ze sobą resztę braci. Legenda opowiada w tym miejscu o cudzie chodzenia po powierzchni wody, lecz wyjaśnienie jest dość proste – Dniepr był w tym czasie pokryty grubą zmrożoną taflą. Tatarzy starali się bowiem prowadzić ataki zimą, gdy rzeki pokrywała warstwa lodu. Dzięki temu mogli przeprawiać na drugą stronę dużą liczbę konnych, a także zyskiwali przewagę psychologiczną, gdyż o tej porze roku Europa raczej nie walczyła.

Dlatego też św. Jacek pokazany jest na obrazie wiszącym w prawej nawie warszawskiego kościoła Dominikanów, jak idzie w rozwianym płaszczu, a raczej ślizga się, po powierzchni rzeki. W jednej ręce trzyma monstrancję, w drugiej figurę Madonny. Uratował nie tylko swoje życie, ocalił także Ją, Matkę Bożą.

Jest w tej całej legendzie coś niezwykłego. Piękna metafora, figura retoryczna, która każe zobaczyć czyn Jacka jako symbol. Nie chodzi tylko o to, że Odrowąż był jednym z pierwszych na naszej ziemi krzewicieli kultu maryjnego, bo tych nigdy nie brakowało, świadczy o tym chociażby wezwanie pierwszej gnieźnieńskiej świątyni. Okazuje się jednak, że Matka Boża nie tylko stanowi przedmiot kultu i modlitwy, nie tylko sama daje opiekę czy wyprasza nam u swojego Syna różne łaski, lecz oczekuje od nas tego, byśmy i my się nią zaopiekowali – żebyśmy czasem ponieśli ją na swoich barkach. Jak święty Jacek. Nieodmiennie wzrusza mnie ta wizja – dominikanin pokonujący zaśnieżonymi szlakami setki kilometrów, niosący na plecach alabastrowy posąg Maryi. Jakby chciał powiedzieć: „Czasem ty niesiesz nas na swoich plecach, innym razem my, dzieci, niesiemy ciebie”. Jak w życiu… Ojciec i Matka troszczą się o nas, gdyśmy jeszcze mali, a potem nadchodzi taki dzień, gdy tego Ojca lub tę Matkę trzeba wziąć na ręce. Zanieść po schodach. Położyć do łóżka. Tak właśnie niesie święty Jacek Matkę Bożą przez śniegi, z płonącego Kijowa, do Polski. Bo tu jest jej miejsce. Było. Od początków.

Madonna w oczach „dzieci hipermarketu”

Niedawno media podały wiadomość o zamachu dokonanym na częstochowską Madonnę. Atak na polską świętość religijną i narodową, jaką jest obraz Matki Bożej na Jasnej Górze, nie jest przypadkowy. Nawet jeśli został dokonany przez szaleńca, to jest efektem prowadzonej już od lat niebywałej nagonki na wszystko, co katolickie. A jeszcze szerzej – na wszystko, co chrześcijańskie, patriotyczne, narodowe. A więc – polskie. Jakże dziwić nas może wypełniona farbą żarówka wymierzona w święty obraz, jeśli w kilka dni później Ruch Palikota bierze oficjalnie w obronę człowieka, który rzucał w kierunku – jak to określił poseł Ryfiński – „bohomazu” i chce wpłacić za niego kaucję, pokazując, że tak naprawdę czyn zamachowca zasługuje na pochwałę i wsparcie! I takie właśnie wsparcie jest gorsze niż sam obrazoburczy wyczyn – bo go usprawiedliwia i gloryfikuje! Cały medialny szum wokół wydarzenia ma służyć jednemu celowi – dalszej propagandzie wymierzonej w środowisko tradycyjno-chrześcijańskie. Ksiądz Boniecki z jego wizją modernistycznego Kościoła w wersji „holenderskiej” czy „gazetowo-wyborczej”, Nergal na pierwszych stronach gazet, wyśmiewanie ludzi modlących się na ulicach i w kościołach, ataki na krzyż pod Pałacem Namiestnikowskim. To trwa od lat. Od czasu katastrofy smoleńskiej przybrało zaś na sile w sposób przerażający. Ciśnięcie żarówkami z farbą w Obraz-Symbol, Obraz-Świętość, Obraz-Kwintesencję Polski – to nie jest przypadek. To efekt.

Czyż nie liczy się atmosfera? Klimat? Powiedzmy to tak: scenografia, światła, dobór kostiumów, muzyki i twarze statystów? Tak, by ci, którym zamarzy się bycie aktorem w antykatolickim spektaklu, poczuli, że są tak naprawdę oczekiwani? Że w ciemnościach czuwa publiczność gotowa ich oklaskiwać?

Ta żarówka rzucona w ołtarz na Jasnej Górze w roku 2012 pokazuje, jak głęboko następują zmiany w świadomości narodowej. Matkę Bożą jako Królową Polski – prawdziwą duchową Przewodniczkę, Orędowniczkę, Pocieszycielkę i Opiekunkę naszego Narodu – postrzega ciągle topniejąca, wierna grupa praktykujących katolików. Reszta przestaje poruszać się w świecie podstawowych pojęć kształtujących naszą tożsamość. Jest to tym bardziej przerażające, że nawet w dobie, gdyśmy fizycznie nie byli wolni, mieliśmy siłę wynikającą z niezależności Ducha. Ten Duch zaś wyrastał na rzeczach wspólnych, zaszczepianych głęboko w sercu już od dzieciństwa, tkwiących w moralnym kręgosłupie Polaka. Teraz jednak – mimo pozoru zewnętrznej wolności – coraz więcej rodaków naszych staje się pustych pod względem posiadania jakiegokolwiek ducha polskiego, narodowego. Coraz bardziej powiększa się grupa nieszczęśliwych ludzi, którzy są „dziećmi hipermarketu”, produktem masowym, niemyślącymi samodzielnie plastykowymi europejczykami. Dla takiego europejczyka Matka Boża z Jasnej Góry staje się jedynie zabytkiem podobnym do kolumny Zygmunta czy Kopalni Soli w Wieliczce – przedstawia wartość, ale nie niesie ze sobą szczególnej, wyjątkowej treści duchowej.

W zalewie antychrześcijańskiego jazgotu

„Bogurodzica” grzmiała nad hufcami Jagiełły pod Grunwaldem. Tę cudowną pieśń, pierwszy hymn polski o Madonnie, co była „Bogiem sławiena”, Jan Łaski zawarł w swoim Statucie już na wstępie. To rzecz wielkiej wagi. W starożytnym Rzymie, budując państwo, starano się oprzeć je na fundamencie boskim. Juliusz Cezar wywodził swój ród od Eneasza i Wenus, a auspicja, czyli oficjalny system wróżb, należały do rytuału państwowo-religijnego. Gdy więc w kształt prawno-instytucjonalny przyoblekała się Pierwsza Rzeczpospolita, uczyniono podobnie. Tekst „Bogurodzicy” w pierwszym drukowanym dokumencie, pochodzącym z czasu rodzenia się polskiej „prakonstytucji” Nihil Novi, zbiorze kodyfikacyjnym i jednocześnie akcie „erekcyjnym” polskiej kultury, stał się tekstem o znaczeniu fundamentalnym, jeśli chodzi o założycielski mit polskiej Republiki. Matka Boża stawała się w ten sposób sui generis „matką założycielką” państwa. Sam Łaski nazwał „Bogurodzicę” pieśnią „najpobożniejszą ze wszystkich” (prima omnium devotissima) i „jakby wyrocznią Królestwa Polskiego” (tanquam vates regni Poloniae). Wyrocznię należy tu rozumieć nie w świetle współczesnego znaczenia okultystycznego, lecz w wymiarze rzymskiego rodowodu instytucjonalnego Rzeczypospolitej Polskiej. Tak jak Rzym opierał większość swoich decyzji na głosach wyroczni (począwszy do założenia miasta i wróżby, jaką z lotu ptaków odczytał Romulus), tak i Polska odwoływała się do kultu Matki Bożej, który leżał u podstaw jej istnienia i wytyczał drogę duchowego wzrostu. Tą drogą podążaliśmy, zawsze wierni, przez stulecia. „Bogurodzicę” śpiewano więc w dobrych i złych chwilach – pod Cecorą i Chocimiem. P
oprzez wieki naszej Historii setki pieśni, wierszy i świętych obrazów w miejscach kultu budowały spójny obraz Matki Bożej – Królowej Polski. Aby wyjednać pomoc Najświętszej Panienki w walce z niewiernymi, król Władysław IV ustanowił jej order – Order Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. O Madonnie pisali poeci – zwany polskim Horacym Sarbiewski, czy też, zapomniany już, Wacław Kochowski. Ten ostatni tak zwracał się do Niej, gdy Turcy oblegali Kamieniec Podolski: „Królowo Polska, Sarmacyi pani,/Tobie i nieba, morze i otchłani/Posłuszne zawsze, świetną słońce togą,/Miesiąc pod nogą./Twojać to Polska, ty jej z dawna bronisz,/I teraz ją ty w tym razie zasłonisz”. Legenda obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry stanowiła jeden z elementów kultu narodowego. Sięga nawet Łukasza Ewangelisty, a potem cesarza Konstantyna Wielkiego, choć oczywiście współczesne badania nie potwierdzają aż tak wczesnego rodowodu. Nie przypadkiem jednak w legendzie pojawiał się Konstantyn. Jeśli bowiem pierwszy cesarz chrześcijański widział na niebie znak Chrystusa i kazał go umieścić na labarum, sztandarze legionowym, słuchając wskazania „in hoc signo vinces” (pod tym znakiem zwyciężysz), to podobną rolę miała odegrać w naszych dziejach Matka Boża z Częstochowy. Stała się symbolem nie tylko religijnym, ale w pewnym sensie państwowym. Niemcy mieli włócznię św. Maurycego z relikwią Krzyża Świętego, wierzyli w jej potężną siłę duchową – niesiona na czele armii miała stanowić rodzaj ochronnego talizmanu i pozwalać odnosić zwycięstwa pod znakiem Chrystusa. Naszą „włócznią” była i jest Święta Ikona z Jasnej Góry. Do Niej zawsze jako naród mogliśmy udać się „pod obronę”.

Za panowania Wazów wzgórza klasztorne ufortyfikowano i Jasna Góra stała się Fortalitio Mariano – Twierdzą Maryjną. A właściwie Polska cała stała się ową twierdzą. W sercach naszych była Ona, a myśmy tworzyli szaniec dookoła Rzeczypospolitej, broniąc własnymi piersiami tego, co polskie, i tego, co święte. Dzięki Sienkiewiczowi symbol ten uniósł się jeszcze bardziej w ponadczasową przestrzeń poprzez słowa kreślone genialnym piórem o obronie klasztoru w czasie potopu szwedzkiego.

Szramy na obrazie zbójcy zrobili wcześniej, bo w wieku XV, kiedy to obraz stał się obiektem barbarzyńskiego ataku. Teraz, w dobie gdyśmy wszyscy w wolnej Polsce, został zaatakowany powtórnie i jedynie dzięki specjalnym zabezpieczeniom nie uległ całkowitej dewastacji.

Szaleńców jest wielu. I pewnie należałoby bluźnierczy casus położyć na karb jedynie chorego umysłu, a rzeczy nie komentować w podniesionym sienkiewiczowsko tonie, gdyby nie dwa aspekty. Pierwszy – już wspomniany – dotyczy faktu, że od dłuższego czasu zewsząd we własnym kraju otoczeni jesteśmy tak silnym jazgotem antychrześcijańskim, że kto chadza do kościoła, zaczyna się zastanawiać, czy zaraz nie przyjdzie się spotykać po kryjomu w katakumbach. A drugi – niezwykle istotny – dotyczy sposobu, w jaki zareagowały na ten akt terroru polskie władze. Nie było już – jak w wypadku Brunona K. – konferencji prokuratury ani prezentowanego w mediach stanowiska premiera rządu. Zupełnie tak, jakby to była wewnętrzna sprawa Kościoła, w pewnym sensie „jego problem”. Jedyne więc oficjalne stanowiska to te ojców paulinów czy Konferencji Episkopatu Polski. Tymczasem Matka Boża na Jasnej Górze jest Świętością Narodową. Jest znakiem, symbolem tego, co w historii naszej największe i najpiękniejsze. Ona była na szkaplerzach tych, którzy walczyli o wolność przez stulecia. Do niej się modlili konfederaci barscy. O niej pisał Mickiewicz i Słowacki.

Po odparciu Szwedów Jan Kazimierz złożył w katedrze lwowskiej śluby – przyrzeczenie wobec Boga i Historii. Oddał Naród nasz w opiekę, pod władanie duchowe Matce Bożej. Od tamtej pory stała się Ona – Królową Polski. Tak jak Brytyjczycy chronią swoją królową, która niesie dla nich wartość wyższą niż bieżąca polityka, tak i my, Polacy, winniśmy chronić swoją. Nieść Ją na barkach, jak święty Jacek w lodowej zawiei pod Kijowem.

Na rozkaz carskiego namiestnika

W roku 1861, kiedy w Warszawie trwały demonstracje patriotyczno-religijne, naprzeciw rosyjskich bagnetów stawały tłumy nieuzbrojonych mieszkańców stolicy. W czasie jednej procesji ludzie szli ze Starego Miasta pod Zamek Królewski, gdzie rezydował carski namiestnik, książę Michaił Gorczakow. Nad nimi powiewały chorągwie z godłami – Orłem, Pogonią i Michałem Archaniołem. Z jakiegoś okna kobieta podała idącym studentom duży obraz. Matkę Boską. Młodzi ludzie chwycili ją i ponieśli nad głowami. Doszli na pl. Zamkowy, gdzie rzędem stali kozacy. Jeden z nich, asauła Zawarow, gdy zobaczył, że Polacy trzymają w rękach obraz Madonny, rozkazał krótko: „Brać ją! ”. Kilku jego podwładnych zeskoczyło z koni i rzuciło się w stronę studentów. Wywiązała się szarpanina. Sołdaci próbowali wydrzeć Madonnę z polskich rąk. Ale warszawiacy trzymali ją mocno. Naraz ramy pękły i się rozleciały. Młodzieńcy polecieli na bruk. I wtedy Rosjanie złapali płótno z Matką Boską i uprowadzili je. Jak żywą ofiarę. Zniknęli z Nią gdzieś w czeluściach zamkowych. Tłum patrzył w ciszy. Nieruchomo.

Tomasz Łysiak

m4s0n501
Tags: ,

Drukuj Drukuj

 

ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=65620 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


UWAGI, KOMENTARZE:

Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]