Rycerze Wielkiej Sprawy – Ewa Polak-Pałkiewicz

Aktualizacja: 2018-11-10 9:55 pm

Dodano: 2012-12-13 10:55 pm

Katoliccy mężowie stanu wobec wrogów ojczyzny i Kościoła 

„Może się zdarzyć — pisał ks. prałat Robert Mäder — że nieposłuszeństwo jest koniecznością, a posłuszeństwo staje się grzechem A zachodzi to wtedy, gdy dusza, rzecz najważniejsza w człowieku, staje wobec niebezpieczeństwa. Dusza jest ponad wszystkim, przed wszystkim i mimo wszystko!”1.

Bojowy oddział Kościoła, polscy jezuici, stanowili największą w historii Kościoła siłę kontrreformacyjną. Odzyskali dla katolicyzmu w ciągu kilkudziesięciu zaledwie lat — w XVII i na początku XVIII wieku — wielki obszar naszych Kresów, zagrożonych protestantyzmem. Polska w czasie kontrreformacji wydała też jednego z największych świętych tej epoki, św. Andrzeja Bobolę, „Duszochwata”, męczennika za wiarę, który oddal życie na Kresach wschodnich, walcząc o wiarę ludności zagrożonej przez schizmę prawosławną. Także św. Jana Sarkandra, męczennika, który zginął z rąk protestantów na Śląsku. Ale nie są to wszystkie zwycięstwa duchowe i moralne naszego narodu, który — przypomnijmy rzecz, która całkiem dziś wypadła z pamięci — w XVIII i XIX wieku składał się w 10 procentach ze szlachty.

Czy można być Polakiem i katolikiem, a zarazem lojalnym poddanym cara albo cesarza niemieckiego w rozdartej przez zaborców ojczyźnie? Oto dramatyczne pytanie, które musiano zadawać sobie przez z górą wiek w katolickim społeczeństwie. Władza zaborców została narzucona przemocą. Rozbiory były permanentną wojną toczoną przez sześć pokoleń przeciwko katolickiemu narodowi przez dwa państwa niekatolickie i jedno, niestety, katolickie. Były hańbą Europy, za którą wcześniej czy później trzeba będzie zapłacić, jak bezkompromisowo podsumował francuski pisarz Paul Claudel2. Przyzwolenie ze strony chrześcijańskich państw na zniesienie Polski z mapy kontynentu, „ohydny rozbiór narodu chrześcijańskiego”, jest grzechem śmiertelnym Europy, który musi zostać odpokutowany. Dlatego też naród polski miał moralne prawo bronić swoich świętych praw do wolnego życia w niepodległym państwie. I to nie tylko poprzez bierny opór wobec niesprawiedliwych rozkazów uzurpatorskiej władzy i nie tylko przez wytrwałe poszukiwanie rozwiązań politycznych, co czynili m.in. konserwatyści wileńscy i krakowscy.

Chwycenie za broń przeciw zaborcom w powstaniach narodowych nie było żadną „rewolucją”, jak się dziś często uważa w posługujących się demagogią kręgach konserwatywno-liberalnych, nawet jeśli wśród organizatorów i przywódców powstań można osoby znaleźć o lewicowych przekonaniach. Polaków przed rewolucją uchronił głęboko zakorzeniony w ich mentalności i całej kulturze katolicyzm. Co było celem ich walki? Czy zniesienie władzy w państwach zaborczych, anarchia i publiczne upokarzanie autorów krwawej przemocy przeciw Polsce?

Dyktator powstania styczniowego Romuald Traugutt, słynący z osobistej prawości, gorliwy katolik, przykładny mąż i ojciec, którego spowiednikiem był św. abp Zygmunt Szczęsny Feliński, w swojej odezwie do powstańców pisał: „Żołnierze bracia! Nie na podbój idziemy, ale na odbiór wydzieranego nam dobra boskiego. Dobrem boskim jest wolność. Wygraną będzie ocalenie narodu. Jeżeli przegramy, rzeką krwi naszej inni popłyną ku wolności”. Traugutt słał również listy do Piusa IX z prośbami o apostolskie błogosławieństwo dla walczących Polaków. Jego błagania nie pozostały bez odpowiedzi. W mowie tronowej z 24 kwietnia 1864 r. papież wypowiedział słowa niezwykle mocne: „(…) sumienie mnie nagli, abym podniósł głos przeciwko potężnemu mocarzowi, którego kraje rozciągają się aż do bieguna. (…) Monarcha ten prześladuje z dzikim okrucieństwem naród polski i podjął dzieło bezbożne wytępienia religii katolickiej w Polsce”.

Wybitny historyk Stefan Kieniewicz, komentując wydarzenia z lat 1863–1864, przyznał, że w wyniku powstania istotnie „załamał się system trzymania Polski w niewoli rękoma Polaków”3. Dusza narodu, zagrożona przez zewnętrzną przemoc i kuszona do zdrady, by uzyskać doczesne przywileje od morderców ducha, została ocalona.

Święty arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński, metropolita ówczesnej Warszawy, początkowo był niechętny rozlewowi krwi. Zdecydowanie zaprotestował jednak u władz rosyjskich przeciwko prześladowaniu Polaków. Zapłacił za to 20­‑letnim zesłaniem. Ale niewielu na świecie, poza nieliczną grupą duchowieństwa, rozumiało sens walki Polaków. To właśnie ów tragiczny brak zrozumienia dla naszej niemożności życia w niewoli i dla gotowości do płacenia krwią za marzenia o odzyskaniu bytu narodowego — co dla Polaków było tożsame z możliwością praktykowania wiary — jest tematem wstrząsającego wiersza Cypriana Kamila Norwida Pieśń o ziemi naszej, którego bezpośrednim motywem stał się wyrok wykonany przez Rosjan na Romualdzie Traugutcie na stokach Cytadeli Warszawskiej… Przypomnijmy, Norwid, uważany za wieszcza narodowego, nie należał do romantycznego nurtu ideologicznego, nigdy nie „wadził się z Bogiem”; był niezwykle trzeźwym analitykiem współczesności, myślicielem, którego intelekt ożywiała, pokorna, wręcz dziecięca wiara.

Tam, gdzie ostatnia świeci szubienica,
Tam jest mój środek dziś — tam ma stolica,
Tam jest mój gród.

Od wschodu: mądrość­‑kłamstwa i ciemnota,
Karności harap lub samotrzask z złota,
Trąd, jad i brud.

Na zachód: kłamstwo­‑wiedzy i błyskotność,
Formalizm prawdy — wnętrzna bez­‑istotność,
A pycha pych!

Na północ: Zachód z Wschodem w zespoleniu,
A na południe: nadzieja w zwątpieniu
O złości złych! (…)

Gdy ducha z mózgu nie wywikłasz tkanin
Wtedy cię czekam — ja, głupi Słowianin,
Zachodzie — ty!…

A tobie, Wschodzie, znaczę dzień­‑widzenia,
Gdy już jednego nie będzie sumienia
W ogromni twej.

Południe! — klaśniesz mi, bo klaszczesz mocy;
A ciebie minę, o głucha Północy,
I wstanę sam.

Braterstwo ludom dam, gdy łzę osuszę,
Bo wiem, co własność ma — co ścierpieć muszę —
Bo już się znam.

Romuald Traugutt został powieszony na oczach 30­‑tysięcznego tłumu, który w chwili jego śmierci śpiewał suplikację: „Święty Boże, święty mocny…”. Rosjanie, chcąc zagłuszyć potężne śpiewy i głośne modlitwy podczas egzekucji, kazali orkiestrze wojskowej grać walca Na wzgórzach Mandżurii.

Kardynał Stefan Wyszyński uznawał dyktatora powstania styczniowego za świętego; Prymas Tysiąclecia był nawet jednym z inicjatorów przekreślonych przez wojnę i okupację starań o beatyfikację Traugutta.

Żeby nie zginąć jak pies

Polski katolicyzm nadał specyficzne piętno Rzeczypospolitej szlacheckiej, ocalając ją od rozpadu wskutek zagrożenia wewnętrznego, potęgowanego przez nasze cechy narodowe, które tak bezbłędnie potrafili sto lat później wykorzystać nasi polityczni wrogowie. Męstwo w obronie ojczyzny już wtedy nie mogło być wystarczającą rękojmią. Adam Mickiewicz przedstawia w Panu Tadeuszu typowy motyw społecznego i religijnego życia dawnej Polski — scenę z sejmiku szlacheckiego, który odbywał się w klasztorze, przedstawioną na „arcyserwisie” podczas uczty weselnej:

„Jeden szlachcic na zgodę powszechną nie zważa.
Patrz, wytknął głowę oknem z kuchni refektarza,
Patrz, jak oczy wytrzeszczył, jak pogląda śmiało,
Usta otworzył, jakby chciał zjeść izbę całą:
Łatwo zgadnąć, że szlachcic ten zawołał: «Veto!»
Patrzcie, jak za tą nagłą do kłótni podnietą
Tłoczy się do drzwi ciżba, pewnie idą w kuchnię;
Dostali szable, pewnie krwawy bój wybuchnie”.

„Lecz tam, na korytarzu, Państwo uważacie
Tego starego księdza, co idzie w ornacie —
To przeor; Sanctissimum z ołtarza wynosi,
A chłopiec w komży dzwoni i na ustąp prosi;
Szlachta wnet szable chowa, żegna się i klęka,
A ksiądz tam się obraca, gdzie jeszcze broń szczęka;
Skoro przyjdzie, wnet wszystkich uciszy i zgodzi”.

„Ach! Wy nie pamiętacie tego, Państwo młodzi,
Jak wśród naszej burzliwej szlachty samowładnej,
Zbrojnej, nie trzeba było policyi żadnej;
Dopóki wiara kwitła, szanowano prawa,
Była wolność z porządkiem i z dostatkiem sława!
W innych krajach, jak słyszę trzyma urząd drabów,
Policjantów różnych, żandarmów, konstablów;
Ale jeśli miecz tylko bezpieczeństwa strzeże,
Żeby w tych krajach wolność była — nie uwierzę”.

W Polsce nie istniała wolność bez pokory wobec Boga. Świadectwem są dziś przepiękne świątynie na Kresach Rzeczypospolitej — ocalałe z zagłady, spośród dziesiątków tysięcy, które ufundowała szlachta na tej ziemi, znacząc nimi wojenne zdobycze „przedmurza chrześcijaństwa”. Polski katolicyzm obecny w kulturze, w wychowaniu, w wielopokoleniowych rodzinach nieraz ocalił przed całkowitym rozkładem moralnym także tych spośród polskich magnatów, którzy nadużywali fortun dla zaspokojenia namiętności. Matylda z Windisch­‑Graetzów Sapieżyna, Austriaczka z pochodzenia, tak pisała o odejściu ze świata w 1905 r. właściciela Łańcuta, Józefa Potockiego, człowieka wiarołomnego, choć wielkiego pana z szerokim gestem wobec chłopów: „Nieraz mówiliśmy z Pawłem [Sapiehą, mężem, bratem kardynała Adama Sapiehy], że człowiek innej narodowości, po takim życiu, jakie prowadził Józef, i w innych okolicznościach byłby zginął jak pies; u Polaka wiara w życie pozagrobowe jest jednak tak głęboko zakorzeniona w uczuciu. (…) Istotnie żył jeszcze dwa dni w ciężkich cierpieniach, wyspowiadał się ze szczerym żalem i napisał do żony, by się z nią pogodzić”4.

Stanisław Falkowski celnie komentuje w Ciężkich norwidach wzruszającą scenę z Pana Tadeusza: „Oto wyruszającego do wojska Tadeusza Zosia obdarowuje relikwiami «świętego Józefa Oblubieńca, patrona zaręczonej młodzi» oraz obrazkiem ze świętą Genowefą. Może to nie przypadek, że poeta udzielił schronienia w sercu Zosi i pod dachem soplicowskiego dworu patronce Francuzów i Paryża, znieważonej we własnej zepsutej ojczyźnie? Relikwiarz św. Genowefy spalono w stolicy Francji w czasie rewolucji w 1793 r.; kościół pod jej wezwaniem zmieniono w świecki Panteon. W Soplicowie świętości się czci, a nie depcze” — puentuje autor, dodając, że temat pożegnania rycerzy „wiąże się z jednym z najgłówniejszych tematów dzieła — tematem dwóch cywilizacji, z których jedna czci świętości, a druga własne świętości lekceważy lub wręcz profanuje”.

Rodziny dostarczają wzorów

„Chrześcijanie nie są rewolucjonistami, ale nie są też niewolnikami — pisał ks. Robert Mäder. — Twoja dusza i sumienie mają pierwszeństwo, a w twoim sumieniu najpierw Bóg, a potem państwo!”5. Celem walki zbrojnej Polaków była elementarna sprawiedliwość, niepodległość polskiego państwa — państwa katolickiego od setek lat, państwa, które nigdy nie przyjęło herezji protestanckiej ani schizmy prawosławnej… Rozbiory były czasem walki przede wszystkim o dusze. Bez wzmocnienia wiary Polska się nie odrodzi — rozumiano to powszechnie w elitach polskich, pojmowali to głęboko polscy święci tego okresu, bohaterscy duchowni i przedstawiciele wyższych stanów. Tej walce towarzyszyła niezwykła inwencja w zmaganiach z okupantami na wszystkich możliwych polach — duchowym (obrona Kościoła!), kulturowym, pracy społecznej i zabiegów politycznych.

Polacy umieli cierpieć. Krzepiło ich przekonanie, że ich ofiara nie pójdzie na marne. Przemoc fizyczna i duchowa, kaganiec nałożony na życie religijne, kulturę, oświatę, naukę, uniemożliwienie swobodnego krzewienia wiary i praktykowania jej publicznie oznaczało karygodne niewolenie narodu. Takich czynów nigdy nie można nawet kojarzyć z wolą Bożą. Dziś często się o tym zapomina, szermując w duchu historycznego rewizjonizmu pojęciem prawowitości świeckiej władzy.

Z tego właśnie powodu uczono polskie dzieci w domach rodzinnych, odsuwając je od carskich szkół, gdzie szalał rosyjski nacjonalizm urzędników. Wywoływało to nieustanne wrzenie, czynny sprzeciw uczniów, niezdolnych do podporządkowania się absurdalnym, łamiącym charaktery zarządzeniom.

Szlachetna kultura polskich domów warstwy wyższej — ale także kultura chłopska i sfer inteligenckich (choć one szczególnie łatwo, zwłaszcza w Kongresówce, ulegały rusyfikacji) — została przepojona duchem katolickim. Polski dom był miejscem, w którym wspólnie — także ze służbą — modlono się, przestrzegano postów, dbano o dobre obyczaje (czego żelazną ręką pilnowały panie domu), pracowano, wychowywano dzieci w miłości do Boga i ojczyzny. Domek nazaretański był ideałem dużej liczby ziemian­‑katolików. Dla dzisiejszych Polaków tamte postawy stanowić mogą — i dla wielu stanowią — wspaniały wzór. Laicki świat zmienił obyczaje większości, ale dawne wzorce pozostały. Ich siła jest nieprzeparta, roztaczają ogromny urok, bo były oparte na niezmiennych zasadach moralnych i umiłowaniu prawdziwego piękna, wyższej kultury bycia, także w relacjach z bliźnimi różnych stanów. Dzisiejsze pielgrzymki piesze na Jasną Górę, te o tradycyjnym pokutnych charakterze, ciągnące kilometrami przez zmienne pogody sierpniowego pejzażu, z unoszącym się nad nimi śpiewem Bogurodzicy, są echem niewygasłym tej potężnej miłości. I próżno z niej szydzić i ją ośmieszać…

Przeszłość ma wielką siłę przyciągania. „Zobaczcie, jacy byliśmy, byśmy mogli powrócić do dawnej wielkości, wzbogaceni o doświadczenia upadków, z których należy wyciągnąć wnioski” — zdają się mówić wspomnienia ziemian pisane w XIX i XX wieku. Dokumenty, listy, pamiętniki zawierają relacje bezpośrednich świadków i uczestników wydarzeń; one nie kłamią ani nie upiększają rzeczywistości. Dziś, zwłaszcza dziś, gdy za „katolickie” uchodzą w niektórych środowiskach akcje charytatywne Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy marsze po ulicach miast „w obronie dostępności platformy cyfrowej”, katolicki obyczaj, dawna polska kultura jest skarbem, który nie może zostać zmarnowany. Wszystko bowiem, co kiedykolwiek istniało w dziedzinie ducha, a było szlachetne i piękne, ma w oczach Boga wielką wartość i nie ulegnie zniszczeniu.

Ugoda, czyli zimna krew

Czym była tzw. polityka ugodowa polskich katolickich konserwatystów, którymi byli w pierwszym rzędzie przedstawiciele wielkich rodów polsko­‑litewskich z terenów dawnej Litwy? Jej istotą i celem było osiągnięcie poprawy sytuacji Polaków pod zaborem rosyjskimi i przywrócenie państwu polskiemu niepodległości, gdy tylko warunki polityczne okażą się sprzyjające.

Najważniejszą sprawą było oczywiście doprowadzenie do poprawy sytuacji Kościoła katolickiego, poddanego przez rosyjskie władze niezliczonym represjom, począwszy od utrudniania kandydatom do seminariów zdobycia studiów na odpowiednim poziomie, po zabieranie kościołów, więzienie i zsyłki w głąb Rosji księży, zamykanie klasztorów i zmuszanie ludności grekokatolickiej do przechodzenia na prawosławie.

Drogą, na której starano się osiągnąć te cele, były zabiegi dyplomatyczne w kręgach związanych z dworem carskim i rządem rosyjskim. Prowadzili je w bardzo trudnych warunkach, po klęsce powstania styczniowego, katoliccy mężowie stanu. Byli to ludzie świetnie wykształceni, znający języki, o nienagannych manierach, swobodnie poruszający się wśród dyplomatów i koronowanych głów Europy. Niemal każdy z nich był właścicielem ziemskim, często ograbionym przez carat za udział ojca czy dziada w powstaniu. Odzyskanie ojcowizny i dbanie o jak najlepszy stan majątku, tak by przynosił dochód i zapewniał godziwą pracę możliwie dużej liczbie ludzi, uważano za główny obowiązek patriotyczny.

Symbol i zarazem ukoronowanie tej strategii polskiego katolickiego ziemiaństwa stanowił Wileński Bank Ziemski, potężna instytucja gospodarcza dająca oparcie wielu ziemianom walczącym o utrzymanie i odbudowę majątków nadwątlonych popowstaniowymi represjami. Jak pisze kronikarz owych zmagań, ks. Walerian Meysztowicz, bank „stał się wkrótce nie tyko źródłem tak wówczas potrzebnych kredytów rolnych, ale i potężną organizacją ziemiaństwa Litwy”6. Ważną rolę odgrywały również tzw. towarzystwa rolnicze, założone w Mińsku przez Edwarda Woyniłłowicza, namiastka „od pół wieku zniszczonej, prastarej instytucji sejmików szlacheckich. Miały ogromny wpływ na życie gospodarcze kraju (…). Liberalizujący kierunek moskiewskich rządów było to zwykłe zjawisko u epigonów wielkich carów, bez przekonania ciągnących linię poprzedników — tolerował instytucję z imienia tylko kredytową”7. Litewscy panowie nie chcieli żadnego pisemnego układu z dynastią, w zamian zmuszeni byli uczestniczyć w aktach symbolicznych; kilku ziemian — w tym ojciec księdza Meysztowicza — z wyrachowaniem przyjęło na siebie przykry obowiązek obecności przy odsłonięciu pomnika Katarzyny II w Wilnie. „Po długich targach i układach w zamian obiecano ulgi dla Kościoła i zgodę na prywatne szkoły polskie i litewskie. Byłem na ganku w Pojościu, gdy mój ojciec wsiadł do powozu jadąc na odsłonięcie tego pomnika. Nie rozumiałem o co chodziło. Ale pamiętam wyraz twarzy i słowa po francusku do matki: „Nous sommes toujours les boucs émissaires” (‘zawsze jesteśmy kozłami ofiarnymi’)… Uczestnicy tej demonstracji nie stracili zaufania współobywateli i byli potem obierani na najwyższe stanowiska społeczne i polityczne”8.

Kierownictwo Wileńskiego Banku Ziemskiego po śmierci pierwszego prezesa, Adama Platera z Wieprz, objął ojciec autora tych słów, Aleksander Meysztowicz, człowiek o dużym autorytecie osobistym, cieszący się przy tym sympatią zarówno Polaków, jak i Litwinów. Litewscy ziemianie mieli poczucie swojej historycznej misji. Towarzystwo Rolnicze czy Bank Ziemski „były zewnętrznym wyrazem niepisanego dziedzictwa wspólnoty rodzin, które siebie uważały za dalszy ciąg Senatu Rzeczypospolitej (…). Ta wspólnota to było coś bardziej zwartego niż jakakolwiek organizacja, niż związek lub partia — to była świadoma siebie warstwa społeczna o starej tradycji, oparta o posiadanie ziemi”9.

Celem prowadzonej przez nich „polityki realnej” było odzyskanie niepodległości. „«O tym nigdy nie trzeba mówić, ale o tym trzeba zawsze myśleć» — były to słowa matki Aleksandra Meysztowicza (…). Musieli być przygotowani na ostre zarzuty wielu współczesnych. (…) W Petersburgu przedstawiali oni [członkowie rosyjskiej Rady Państwa] interes Polski — właściwie niewygłaszaną, lecz stale im przyświecającą sprawę niepodległości Polski (…) nie tylko i może nawet nie tyle nawet wobec Rosji, co wobec państw mających swoje przedstawicielstwo nad Newą. (…) Można było bronić polskiego szkolnictwa (…), ukrócać samowolę czynowników wobec kleru, uzyskiwać lokalne ulgi dla Kościoła, bronić chłopów. Polscy panowie z Rady Państwa zaraz zawiązali «koło», do którego zaraz wszystkie takie sprawy spływały. «Koło» stało się w Petersburgu nieoficjalnym, ale w praktyce uznawanym przez korpus dyplomatyczny przedstawicielstwem Polski”10.

Czy były to działania skuteczne, wykraczające ponad wymiar lokalny? Mieczysław Jałowiecki, syn wielkiego właściciela ziemskiego z Litwy, był w tym samym czasie, na parę lat przed I wojną światową, młodym, świeżo po studiach i doktoracie, attaché rolniczym przy ambasadzie rosyjskiej w Berlinie. Jako przedstawiciel ambasady został pewnego wieczoru zaproszony przez dowódcę jednego z cesarskich pułków gwardyjskich na uroczyste przyjęcie. Wśród ubranych w galowe mundury oficerów był jeszcze jeden tylko cywil, hr. Ledebur z ambasady austriackiej. Jałowiecki wspomina:

„Dowódca pułku z wyszukaną grzecznością zapoznał nas po kolei z korpusem oficerskim. Przydzielono do każdego z nas młodego oficera jako cicerone. Dobór był właściwy, bo znalazłem się pod opieką młodego porucznika von Kempis, jak się okazało, katolika i ziemianina z okolic Bonn. Zasiedliśmy do stołu w obszernej, wykładanej ciemnym dębem sali jadalnej. (…) Pod koniec obiadu dowódca powstał, a za nim my wszyscy.

— Zdrowie cesarza! — zawołał podnosząc kielich.

Trzymając przepisowo kieliszki na wysokości piersi wypiliśmy zdrowie cesarza Wilhelma. Po trzykrotnym «hoch!» rozległ się hymn niemiecki.

Następnie wzniesiono toast na cześć cesarza rosyjskiego. Dowódca i oficerowie zwrócili twarze i kieliszki w moją stronę, jako członka rosyjskiego korpusu dyplomatycznego.

Potem nastąpił toast na cześć cesarza Austro-Węgier. Tym razem hr. Ledebur był przedmiotem owacji.

Hymnem austriackim Gott erhalte, Gott beschutze unsern guten Kaiser Franz… zakończono oficjalną część obiadu.

Jakież było jednak moje zdumienie, gdy dowódca pułku powstał z miejsca i z kieliszkiem w ręku dał znak orkiestrze. Rozległa się dziarska melodia Jeszcze Polska nie zginęła…

Ihres spezial! — zawołał dowódca podnosząc kieliszek i patrząc w moją stronę.

Hoch, hoch — odpowiedzieli chórem oficerowie…”11.

Autor wspomnień zaznacza, że zaprzyjaźnił się z porucznikiem von Kempis i że miał uznanie dla oficerów Pułku Cesarzowej Augusty, przedstawicieli sfery, gdzie ceni się wartości prawdziwe, nie tylko symboliczne. Polski od ponad stu lat nie było na mapie. O odrodzonej Rzeczypospolitej nikomu się jeszcze w Europie nie śniło.

W 1920 r. „niepodległościowcy i ugodowcy, a przynajmniej ich synowie, mogli wysiąść z obcych tramwajów i karet i razem wsiąść na koń — strzemię przy strzemieniu”12. Pan Bóg pobłogosławił w tej wojnie. Nie oszczędzali się w niej nie tylko synowie ziemian, lecz i wszyscy wierni Bogu i Kościołowi Polacy. „Wykazywano nam, że Polacy są «histerycznymi dziećmi», pozbawionymi dyscypliny, zmysłu praktycznego, niezdolni do wytworzenia żadnej formy bytu poza anarchią. «Histeryczne dzieci» odpowiadały ważkim argumentem, zadając bolszewikom jedyny istotny cios, jaki ich dosięgnął, i krusząc ich potęgę na polu bitwy, podczas gdy my poprzestaliśmy na zwalczaniu bolszewizmu w artykułach dziennikarskich, jednocześnie pobłażając mu tam, gdzie chodziło o zapewnienie sobie rynków zbytu”13. 19 czerwca 1920 r. Polska oddała się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. 15 sierpnia Maryja, od XVII wieku czczona u nas jako Regina Poloniæ, zwyciężyła. Polska i Europa została ocalona przed najazdem bolszewickim.

Straszny polski indywidualizm

Niemożność zrozumienia natury i istoty tego, co nazywa się niekiedy nieszczęsnym wybujałym polskim indywidualizmem, polega na brzemiennym w skutkach uproszczeniu. Nie pojmuje się, że ów indywidualizm to nie tylko to, co najbardziej rzuca się w oczy — i jest zarazem najbardziej wyeksploatowane w antypolskiej propagandzie — a mianowicie skłonność do postaw sobiepańskich, przekornych, egoistycznych (one także, rzecz jasna, zaznaczają się mocno w polskim charakterze narodowym). Nade wszystko jest on bowiem wynikiem bogactwa typów myślenia, niekonwencjonalnej twórczej postawy wobec życiowych zadań i wszelkich historycznych wyzwań. A to wynika z wiary. Życiowa i intelektualna inwencja Polaków, oryginalność rozwiązań, niezadowalanie się tym, co małe i przyziemne, wielkie ideały, zaangażowanie, pasja, patrzenie wzwyż i w głąb — na przekór tego, czego chciałby syty i zadowolony z siebie świat — to także „polski indywidualizm”. Mocno pragnąc celu, gdy jest prawdziwie wielki i trudny do osiągnięcia, i to nie dla siebie, ale dla dobra ogółu, nie szczędzić ofiar, by go osiągnąć — to postawa typowo polska. Aż do oddania życia za wielką sprawę, za Boga, za ojczyznę. Nie za „politykę” — ale za prawdę. Mieć za nic siebie w obliczu wezwania do obrony wielkiej sprawy — to wszak postawa arcykatolicka. Postawa ta była obecna w naszych dziejach i nie wygasła aż dotąd (choć dziś przytłumia ją jarmarczny zgiełk fałszywych idei i rozszalały konsumpcjonizm potomków zrusyfikowanych mentalnie mieszkańców Kongresówki). Jest ona całkowicie niezrozumiała dla naszych sąsiadów. Coś takiego po prostu nie mieści w głowach narodów niekatolickich, jak Rosja czy Prusy. Mają ją często za naiwność lub wybujałą uczuciowość. W istocie ta zdolność do ponoszenia ofiar ze świadomością celu i niezbędności ofiary jest zjawiskiem niepowtarzalnym. Czasem objawia się to drażniącym obcych przeczuleniem, przewrażliwieniem na własnym punkcie, ale jednocześnie, przy nadludzkim niemal wysiłku i cierpliwości w ponoszeniu ofiar osobistych i dźwiganiu krzyży społecznych, owocuje pięknem zdolnym zachwycić świat.

„Polski indywidualizm” rodził też różnorodne, zawsze zaskakujące naszych wrogów, formy oporu przeciw okupantom i najeźdźcom. Ci spośród polskich przywódców, którzy te cechy polskie znali i doceniali, rozumieli ich źródło, odnosili zwycięstwo. Nie byli więźniami tzw. opinii publicznej, często umiejętnie formowanej i podbarwianej przez zawodowych propagandystów i pokątnych informatorów (przypomnijmy wielki sukces „propagandy szeptanej” w czasach komunistycznych). Wielcy polscy przywódcy wsłuchiwali się uważnie w głos wewnętrzny, często cichy i nie narzucający się, w niezależną myśl, czyste intencje i głęboko przeżyte doświadczenie swojego narodu. „Dzisiejsi dyktatorowie — zauważyła z goryczą Matylda Sapieżyna — już tych przestróg nie potrzebują, oni sami stwarzają i narzucają opinię i ją wtłaczają wszelkimi środkami nowoczesnej techniki propagandowej w mózgi obywateli, wytępiając indywidualne myślenie i sądy”14. Jej słowa wydają się dziś jeszcze bardziej aktualne.

W duchowym i moralnym sensie okupanci nigdy nie zdobyli Polski. Wobec zagrożenia najświętszych spraw istniała potrzeba polskiej wojny obronnej. W tych warunkach imponowała moralna czujność Polaków, świadectwo katolicyzmu, by nie dać się uczuciu nienawiści wobec wrogów, nie pozwolić sobie na nią. Profesor Tomasz Strzembosz zwraca uwagę, że to przedwojenny etos rycerski, którym przepojone były instytucje wychowawcze i życie wielu polskich rodzin, pozwolił licznym przedstawicielom młodzieży harcerskiej przeżyć czas nienawiści — mimo konieczności toczenia bezkompromisowej walki z bronią w ręku w czasie II wojny — bez wypaczeń moralnych. „Dwudziestoletniego poetę, żołnierza II kompanii batalionu «Zośka» phm. Jana Romockiego «Bonawenturę», stać było na to, aby po ponadrocznej akcji dywersyjno­‑bojowej, po przeżyciu śmierci wielu kolegów, napisać: «Uchroń od zła i nienawiści, / Niechaj się odwet nasz nie ziści, / Na przebaczenie im przeczyste / Wlej w nas moc, Chryste!»”15.

Gilbert K. Chesterton, wielki przyjaciel Polski, zwierzył się kiedyś: „Moja instynktowna sympatia do Polski zrodziła się pod wpływem ciągłych oskarżeń przeciwko niej — rzec mogę — wyrobiłem sobie sąd o Polsce na podstawie jej nieprzyjaciół. Doszedłem do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzyło mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tych osobnikach, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski”16.

Chesterton całym sercem poparł Polskę w czasie wojny 1920 r. Pisał wtedy: „Polska to jedyny realny wał obronny przeciw barbarzyństwu. I jeśliby Polska upadła, wraz z nią runąłby szaniec pokoju całego świata”17. Właśnie wtedy, nieprzypadkowo zapewne, w prasie brytyjskiej i amerykańskiej, pojawiły się doniesienia o rzekomych pogromach Żydów w Polsce. „Chesterton przeprowadził z bratem i H. Bellokiem własne dochodzenie i ogłosił, że są to kłamstwa”18, jak przypomniał niedawno zmarły publicysta prawicowy Piotr Skórzyński.

* * *

Paul Claudel jak rzadko który przedstawiciel Zachodu rozumiał sens tragedii Polski i duchowy wymiar prowadzonej przez nią walki. Wiedział, że jej historia zawiera przesłanie dla innych narodów chrześcijańskich, które powinno zostać odczytane, by Europa ocaliła duszę chrześcijańską. A to odczytanie musi być odczytaniem całości, nie fragmentów. „Jedną z charakterystycznych cech prawdy jest być katolicką”, mówił, „to znaczy przedstawiać racje wystarczające nie tylko dla pewnego rzędu faktów, lecz dla ich całości”. 15 listopada 1908 roku zanotował w Dzienniku: „Od czasu rozbiorów Polski Europa jest w stanie grzechu śmiertelnego (o. Gratry)”19.

Podczas okupacji Paryża umieścił, pośród zapisków ohydnej zdrady i wiarołomstwa niektórych swoich rodaków (także ludzi Kościoła), notatkę o cudach Patrona Polski: „7 [maja] — Św. Stanisława męczennika, biskupa Polski. Kiedy kwestionują mu kawał ziemi, wskrzesza zmarłego, bierze go za rękę i prowadzi do króla Bolesława, żeby potwierdził prawo własności. Tyran zabił go, kazał rozsiekać i kawałki ciała rozrzucić. Ale kawałki są świetliste, orły gromadzą się nad nimi. Zbierają je, trup zrasta się z powrotem. Czy to nie zadziwiająco symboliczne?” Data (7 maja 1942 r.) wskazuje na czas, gdy do społeczeństw Zachodu zaczynają docierać informacje o mordzie katyńskim.

Claudel zamieścił także notkę bardzo osobistą: „Czarna Madonna, którą znalazłem u tandeciarza w Belley i zawiesiłem uroczyście nad drzwiami mojego gabinetu, to Matka Boska Częstochowska” (6 sierpnia 1941 r.).

Słowa te — wraz ze szczegółowym opisem męczeństwa św. Andrzeja Boboli oraz wspomnieniem św. Stanisława — stanowią wymowne świadectwo, że ten niedoszły ambasador Francji w Polsce (zamiast do Warszawy ostatecznie został wysłany w roku 1920 do Tokio), jeden z największych pisarzy i intelektualistów katolickich, będący chlubą kultury francuskiej, człowiek, któremu tysiące ludzi zawdzięczają nawrócenie z protestantyzmu, nie był w stanie pominąć niczego, co miało prawdziwą rangę w dziejach świata.

* * *

Gdy Adam Mickiewicz wyswobodził się już ze szponów sekty Towiańskiego — dzięki opiece i modlitwie kapłanów z zakonu zmartwychwstańców, działających z wielkim oddaniem wśród polskiej emigracji — zyskał przekonanie, że Polska jest zapomnianym i niezrozumianym problemem świata. Problemem, którego Kościół nie może przemilczeć. Polska jest dla Kościoła ważna, bo tu cierpią spragnieni prawdy katolicy. Najlepszym dowodem na prawdziwość tego poglądu była postawa, jaką wobec Polski zajęli Benedykt XV oraz Pius XI . Obaj papieże doskonale rozumieli, że bez wolnej Rzeczypospolitej Kościół na ziemiach polskich i na ziemiach dawnej Litwy ulegnie zniszczeniu przez Rosję. Polska była Kościołowi potrzebna i jest mu potrzebna także dziś.

O, dzięki Tobie za Państwo — boleści,
I za męczeńskich — koron rozmnożenie,
I za wylaną czarę szlachetności
Na lud, któremu imię jest — cierpienie —
I za otwarcie bram… nieskończoności20.

Ewa Polak-Pałkiewicz

 

PRZYPISY:

  1. Ks. R. Mäder, Jestem katolikiem!, Warszawa 2000.
  2. P. Claudel, Dziennik 1904–1955, Warszawa 1977.
  3. S. Kieniewicz, Powstanie styczniowe, Warszawa 1972.
  4. S. Falkowski, P. Stępień, Ciężkie norwidy, Warszawa 2009.
  5. Ks. R. Mäder, dz. cyt.
  6. Ks. W. Meysztowicz, Gawędy o czasach i ludziach, Londyn–Łomianki 2009.
  7. Tamże.
  8. Tamże.
  9. Tamże.
  10. Tamże.
  11. M. Jałowiecki, Na skraju Imperium, Warszawa 2003.
  12. Ks. W. Meysztowicz, dz. cyt.
  13. K. Sarolea, Listy o Polsce, poprzedzone listem kard. Merciera i przedmową G.K. Chestertona, Warszawa 1923.
  14. M. z Windisch­‑Graetzów Sapieżyna, My i nasze Siedliska, Kraków 2003.
  15. T. Strzembosz, Refleksje o Polsce i podziemiu, Warszawa 1990.
  16. K. Sarolea, dz. cyt.
  17. Tamże.
  18. P. Skórzyński, „G. K. Chesterton (1874–1937), w 125. rocznicę urodzin”, [w:] J. Gronau, Wędrówki po biografii G. K. Chestertona, Kraków 2006.
  19. O. Graty, Morale et la loi de l`Historie, t. II. s. 327: „Stąd przerażająca i świętokradcza przewrotność ducha podboju między narodami chrześcijańskimi. Stąd na przykład przekleństwo niezmazane aż do chwili kompletnego naprawienia, ciążące na cesarstwach, które (…) dopuściły się ohydnego rozbioru narodu chrześcijańskiego, Polski. Dopóki ten punkt nie znajdzie zrozumienia, Europa nie odzyska sprawiedliwości i pokoju” — przypis tłumacza.
  20. Cyprian Kamil Norwid, Psalm wigilii

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

    Tags:

    Drukuj Drukuj

     

    ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
    Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=64917 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


    Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


    Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


    UWAGI, KOMENTARZE:

    Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
    Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]